piątek, 31 grudnia 2010

Wszystkiego najlepszego w nowym roku

Dla uroczych i niepowtarzalnych czytelników serdeczne życzenia noworoczne śle The Bulversaint. Mam nadzieję, że macie już gotowe plejlisty i zapas dobrego humoru na ten wieczór. Ja na pewno mam. W nowym roku postaram się jeszcze bardziej urozmaicić wam muzyczne doświadczenia :) Liczę też na większą aktywność z waszej strony. Do zaczytania w 2011 :)

czwartek, 30 grudnia 2010

It's just Perfect

The Bulversaint zasłuchuje się w nowej płycie Perfectu i poleca wam zrobić to samo. Bujające granie, trafne teksty, świetny wokal i kolejna chlubna pozycja w dyskografii. Do zaczytania :)

wtorek, 28 grudnia 2010

W 2011 czekam(y)

Rok 2011 zapowiada się już dość ciekawie i liczę na to, że choć część wydawnictw spełni the bulversaintowe oczekiwania. Cicho w duszy myślę też, że będzie to o niebo lepszy rok niż 2010 :)

No to, co tam w zanadrzu?
Na pewno pojawi się nowa płyta Cold War Kids, a jej tytuł to "Mine is Yours" (24 stycznia). Na styczeń zaplanowana jest premiera lubianego w Polsce White Lies i ich drugiego długograja "Ritual" (17 stycznia), jedenaście dni później pojawi się Onslaught wobec, którego mam ogromne oczekiwania. Ich najnowsze dzieło będzie miało na imię "Sound of Violence" (28 stycznia). Mam jeszcze dwa potwierdzone terminy: PJ Harvey w lutym i Blackfield w marcu. Z dzieł, których data premiery jest niepewna warto wymienić Battles, Threshold, Radiohead, The Ting Tings, które męczy się ze swoim albumem "Kunst", Them Crooked Vultures, Rush, Queens of the Stone Age, Chew Lips, Editors, Santigold, wyczekiwany wspólny projekt Stevena Wilsona i Michaela Akerfelda, Pendragon z płytą "Passion", oraz Amon Amarth. Na pewno coś ciekawego jeszcze się pojawi.

Newest Zealand

Dejnarowicz brzmi jak Dejnarowicz. Szkoda, że nie nagrywa już płyt z The Car is on Fire, bo Newest Zealand brzmi dokładnie jak ułagodzona i uproszczona wersja wyżej wymienionego zespołu. No, ale co ja tam mogę wiedzieć. Żadna ze mnie indie hipsterska młodzież, którą takie ładnie brzmiące gitarki i powpychane gdzieniegdzie cymbałki pieszczą i radują. Uznaję tylko jedno dzieło TCIOF, a mianowicie Lake & Flames. Dla mnie ta płyta to ocean świetnych pomysłów i przede wszystkim zabawa muzyką. tu tego trochę brakuje. Przez 40 minut nucę sobie ładne melodyjki, udaje, że nie słyszę dziwnych przeszkadzajek, które w sumie nic muzyce brzydkiego nie robią, ale też nie dodają jakieś wielkiej wartości. Potem dochodzę do wniosku, że po pięciu przesłuchaniach nic się w moim życiu nie zmieniło i zastanawiam się czy jest tu do czego wracać.  "As Sure as Sunrise" daje mi 3 dość przebojowe minuty i zaczynam się bujać, potem znowu parę podobnych piosenek i świetne "Yours Sincerely", ale cóż to? Znowu skojarzenia z The Car is on Fire. Może to wszystko dlatego, że Dejnarowicz był najsilniejszą artystycznie postacią w tym zespole? Pewnie tak.  Czyli, co? Słuchać tego Newest Zealand czy nie? Jak ktoś wciąż się bawi w indie brzmienia, tak. Jeżeli lubicie eleganckie melodie i błyszczącą produkcje, tak. Podobnie jeżeli kochacie Dejnarowicza, a chłopak przystojny jest i młody, więc się nie zdziwię. Ja chciałem kiedyś posłuchać płyty Tili Tequili, ale strzeliłem się dwa razy w twarz i otrzeźwiałem. Jeśli już jesteśmy przy Tili, to trochę ten debiutancki album Newest Zealand zbyt silikonowy, pozbawiony naturalności i emocji. No, ale że dobrze się słucha to daję...
3/5

niedziela, 26 grudnia 2010

Bolą mnie oki!

Komunikat specjalny: Jeżeli ktoś uważa, że czytanie białych literek na czarnym tle jest bolesne może zagłosować na zmianę tegoż zestawienia. Zmiana będzie szara i nudna, ale przyjazna dla oka :) Do zaczytania.

Zachap to! - Ordinary Brainwash - Labeled Out Loud

Ma 21 lat i dwie płyty w dorobku. Sam komponuje. Sam nagrywa i produkuje. Nazywa się Rafał Żak i ukrywa się pod szyldem Ordinary Brainwash. Ja też mam 21 lat i cholernie mu zazdroszczę tak dobrej płyty. Jego pierwszego dzieła nie miałem jeszcze okazji posłuchać, ale jeśli choć w niewielkim stopniu jest tak dobre jak Labeled Out Loud, to wróże Rafałowi międzynarodowe uznanie. Cały materiał przesiąknięty jest duchem Porcupine Tree i nie potrafie nie zauważyć, że mamy o to Polski odpowiednik Stevena Wilsona. Nie zrozumcie mnie źle. Ta płyta to nie proste kopiowanie mistrza, lecz własne podejście do stylistyki uprawianej przez Jeżozwierze ze szczyptą własnych pomysłów. Do tego jest to płyta absolutna. Od początku do końca połączona w jedną spójną historię. Utwory są raczej w wolnych i średnich tempach i przynoszą słuchaczowi ukojenie i bogactwo emocji, nawet jeśli gdzieś w tle słyszymy charczącą gitarę. Jednym wyjątkiem, który trochę odstaję jest króciutki "Puppet", który ma najbardziej bezpośredni charakter. Mamy tu także piękny "FANatic" i progresywny "Burnout". Wokalnie Rafał nie zachwycałby pewnie gdyby jego głos nie został w tak umiejętny sposób przetworzony. Rzadko zdarza się, że słyszymy po prostu jego głos bez żadnych dodatkowych przybrudzeń. Myślę, że to również można uznać za podobieństwo do Stevena, który nigdy wybitnego głosu nie miał, a potrafił na nim stworzyć coś wspaniałego i ponadczasowego. Trudno uwierzyć, że tą płytę stworzyła jedna osoba, a jednak nasuwa mi się myśl, że tak hermetyczne dzieła powstają tylko w pojedynkę, kiedy twórca może skupić się na swojej wizji i nikt w nią nie ingeruje.
4/5

piątek, 24 grudnia 2010

Święta Święta

Ach Święta! Muzyka na poziomie Radio Maryja i nieznośny ból brzucha. Do tego przesterowane uśmiechy i radość na dyzonansie. Mam nadzieję, że bawicie się równie dobrze

Podsumowanie roku 2010 - Świat

Witam was w ten piękny świąteczny dzień. Nadszedł czas na najbardziej wyczekiwane podsumowanie, czyli listę płyt z całego świata, które zabłysnęły w ostatnich 12 miesiącach. Szczerze mówiąc w tym roku nie ukazało się wiele wydawnictw, które wstrząsnęły ziemią przez co miałem ogromny problem ze skompletowaniem tej dziesiątki. Większość płyt nie wybiła się jakoś szczególnie pod względem oryginalności czy wybitności. Stąd może ten rozstrzał stylistyczny, a i rozmieszczenie na mapie jest ciekawe, bo mamy tu Szwedów, Norwegów, Amerykanów, Włochów, Brytyjczyków i Brytyjki, oraz Niemców. Przejdźmy wreszcie do listy:

1. Pain of Salvation - Road Salt One
2. At the Soundawn - Shifting
3. Scorpions - Sting in the Tail

4. Chew Lips - Unicorn / Lonelady - Nerve Up
5. Gazpacho - Missa Atropos
6. We Are the Ocean - Cutting Our Teeth
7. Kvelertak - Kvelertak
8. Kno - Death is Silent
9. Ihsahn - After / In Vain - Mantra
10. Avantasia - Angel of Babylon / The Wicked Symphony

Mam wrażenie, że mnóstwo fajnych albumów tu brakuje, więc pozwolę sobie wyróżnić parę zespołów, ale to już na końcu tego tekstu. Teraz postaram się w paru zdaniach skomentować powyższą listę. Z numerem jeden nie miałem raczej problemu, bo ta decyzja ciągnęła się za mną co najmniej pół roku. Pain of Salvation wreszcie nagrało album, który w 100% mnie satysfakcjonuje. Paradoksalnie jest to album, w którym oddalili się znacznie ze ścieżki prog metalowej na... UWAGA... blues rock lat 70tych. Nie chodzi jednak o przydługie solówki i 8-minutowe smęcenie, a o energie tamtych lat i klimat. Bluesowe zagrywki pojawiają się sporadycznie, bardziej istotna jest siła przekazu i piękno tej muzyki. Dochodzą mnie słuchy, że wiele osób uważa tę płytę za zawód. Mam wrażenie, że to Ci sami ludzie, którzy lubią ciepłe klapki i ogólną stagnację. Druga pozycja to absolutne zaskoczenie, gdyż o tym zespole nigdy wcześniej nie słyszałem. Nagrali jednak jedną z najlepszych płyt post metalowych jakie w ostatnim czasie słyszałem. Ich dzieła nie należy jednak stawiać obok Neurosis czy Cult of Luna. Muzyce At the Soundawn bliżej do post rocka ze swoimi subtelnymi i wyciszonymi partiam, podkolorowanymi dźwiękiem saksofonu czy klawiszy. Nie martwcie się, partie krzyczane i brutalniejsze obchodzenie się ze strunami gitary też tu są. Następny w kolejności jest album, który ma zakończyć studyjną karierę Scorpions i bardzo mi zależy, żeby to była prawda, a nie chwyt marketingowy, bo jest to zdecydowanie jedna z ich najlepszych płyt. Wprawdzie czerpie mnóstwo z klasycznego dorobku Scorpions i nie grzeszy oryginalnością, ale jest w niej coś pięknego i szczerego. Zresztą to SCORPIONS i dali nam ostatnie 40 minut swojego charakterystycznego hard rocka i trzeba to docenić. Chew Lips i Lonelady zestawiłem razem, ponieważ w tych dwóch zespołach to kobiety rozdają karty. W pierwszym najważniejszą wartością jest głos wokalistki i jej charyzma, a w drugim także głos wokalistki, oraz jej gra na gitarze. Chew Lips to płyta, na która dość długo czekałem. Płyta mocno hypowana. Na szczęście docenili ją tylko ci, którzy czują ich muzykę i żadnego boomu medialnego nie ma do tej pory. Jak dla mnie genialny electro-pop, wręcz wybitny, pozbawiony nachalnych bitów i puszczania oka do stacji typu MTV. Lonelady z kolei to muzyka oparta na jednej gitarze, którą po pierwszym przesłuchaniu nazwałem kobiecym odpowiednikiem Joy Division. Jest tu trochę mrocznego klimatu, choć muzyka na ogół jest przebojowa i rytmiczna. Całe brzmienie i produkcja skłaniają mnie do myślenia, że o to Ian Curtis zawitał z zaświatów tylko po to by wyprodukować tą płytę. W pierwszej piątce zmieścił się także Gazpacho (drugi rok z rzędu). Jeśli ktoś zna Norwegów to wie czego się po nich spodziewać i każde słowo będzie powtórką tego, co inni piszą od paru lat. Dla tych, którzy pierwszy raz spotykają się z tą nazwą napiszę, że Gazpacho gra progresywny rock i nagrali kolejną znakomitą płytę, może nawet najlepszą w karierze. Powinni zajmować miejsce wyżej za kunszt, ale w tym roku postanowiłem się skupić na wydawnictwach, które mnie zaskoczyły choć iskierką oryginalności, a Missa Atropos specjalnie oryginalna nie jest, to po prostu przepiękne wydawnictwo ocierające się o geniusz wykonawczy. W skrócie o ostatniej piątce: We Are the Ocean to melodyjny hardcore, jakkolwiek pokracznie to brzmi, specjalnie nie używam nazwy metalcore, bo daleko im do pretensjonalności tego gatunku. Muzykom udało się zachować powagę mimo ogólnej melodyjności materiału. Kvelertak to bezkompromisowe połączenie Black metalu z Rock'n'Rollem, co według mnie nie wymaga dalszego komentarza. Pozycja ósma z kolei to ewenement i wydarzenie, ponieważ pierwszy raz na mojej liście uwzględniłem album z gatunku rap, ale trudno było tego nie zrobić skoro ten gatunek był dla mnie najbardziej zaskakujący w tym roku, a Kno to świetny przykład talentu i skromności wykonania, w porównaniu do nowego dzieła Kanye Westa, który był również nominowany do tego miejsca. Przegrał głównie dlatego, że jego płyta opiera się na znajomościach, ogromnym budżecie i talencie do produkcji. Kno poradził sobie z garstką najbardziej zaufanych ludzi i szufladą świetnych sampli, no i oczywiście przyjemnemu flow. Ihsahn i In Vain to z kolei obrońcy około black metalowej muzyki w tym zestawieniu. Na mojej liście zawsze jest miejsce dla tego gatunku, a że In Vain to naprawdę oryginalne podejście do tematu ( indiańskie zaśpiewy w jednym z utworów), a Ihsahn to solidna marka, która raczej nie zawodzi, to i płyty im wyszły znakomite. Ostatnia pozycja to projekt Tobiasa Sammeta, czyli mnóstwo genialnych heavy metalowych głosów i świetnie skomponowanego materiału. Na dwóch płytach mamy, aż 22 kompozycje, z których żadna nie przynosi Tobiasowi wstydu, a gdyby skompilować z nich 10 najlepszych utworów mielibyśmy absolutnie genialną płytę metalową. Tym pięknym heavy metalowym akcentem kończymy tego roczne podsumowanie i wciąż zachęcam do wysyłania swoich list w komentarzu :)

Wyróżnienia: Deftones, Kanye West, Skunk Anansie, James La Brie, Intronaut, Solefald, Titan ( ten sludge metalowy), Dillinger Escape Plan.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

PsyOpus - The Pig Keeper's Daughter


Coś na dobitkę. Miłego słuchania

Psyopus - Insects

Dowód na to, że the Bulversaint lubi dobry hałas, a nawet kocha, no i ból głowy nie występuje ( u odosobnionych istot). Utwór z jednej z moich ulubionych płyt (sic!) Our Puzzling Encounters Considered by PsyOpus :)

Krótko i na temat

Nadszedł czas na krótki komentarz dotyczący muzyki spod dywanu. Jeszcze nie wszystko przesłuchałem, ale co do paru dzieł mam już wyrobione zdanie. Gold Panda to zupełnie nie moja bajka, muzyka jako taka przyjemna, ale nie potrzebuje tła i wyciszenia tylko prawdziwych muzycznych emocji. Paristetris, który miał być premierą tygodnia w sumie nie spełnił oczekiwań ( najwyższa nota w machinie). Zrobili praktycznie to samo, co na pierwszej płycie, czyli zgwałcili moje narządy słuchu i zyskali moją nienawiść po pierwszym przesłuchaniu, a z każdym kolejny mój szacunek i sympatię. Na Polskim rynku muzyczny ewenement, niestety zbyt to wszystko "genialne" jak dla mnie. Może jakbym łyknął z cztery ibupromy to bym się zasłuchiwał, a tak jest tu trochę fajnych zagrywek i ból głowy. Co tam jeszcze? Aaa! Udało mi się wreszcie posłuchać Haken. Świetny prog rock. Burza braw dla wokalisty, który robi wszystko by nie było zbyt przewidywalnie. Reszta dość standardowa dla tego typu muzyki, ale zacnie wykonana. Do zaczytania :)

P.s. Możecie się spodziewać nowego cyklu muzycznego, ale to jakoś pod koniec roku ;)

niedziela, 19 grudnia 2010

Rytm

Nareszcie mogę karmić się geniuszem layoutu najnowszej płyty Blindead! Brak mi słów na to wydanie. Zdecydowanie chlubna pozycja na mojej półce, a nawet najchlubniejsza. Postawie sobie obok niej mini drogowskazik "Tu jest płyta Blindead" i będę się nią ciągle chwalić. Będę ją wertować, napawać się słowem, mrocznymi ilustracjami i świetnym opowiadaniem "Rytm" zawartym w książeczce. Zostawię na niej mnóstwo odcisków, potu, strachu, wzruszenia i łez. Będę się w niej co rusz zagłębiać, zatapiać i gubić pomiędzy słowem, a dźwiękiem. Będę w niej i po za nią. Będę po za światem. Zamknięty w przestrzeni, nie rozumiejąc słów i gestów ludzi po za nią. Będę podążać za rytmem. Głębiej i głębiej...

sobota, 18 grudnia 2010

Przebiegli Lingwiści

Przeznakomita płyta. Absolutnie genialna. Niezaprzeczalnie oryginalna i emocjonalna. Najlepsza rapowa produkcja jaką w całym swoim krótkim życiu słyszałem. A tak w ogóle to nazywają się CunninLynguists, a płytka, którą się jaram Dirty Acres. Kurwa, jeszcze te zajebiste sample...

Podsumowanie roku 2010 - Polska

Trochę to zajęło, ale wreszcie uporałem się z tą listą. Pierwotnie miała zawierać tylko 5 albumów, ale koniec roku przyniósł parę zacnych tytułów i poprzeczka trochę podskoczyła. Nic tylko się cieszyć, że jednak znalazło się dziesięć mniej lub bardziej znakomitych pozycji na Polskim rynku. Przejdźmy do listy

1. Blindead - Affliction XXIX II MXMV
2. Ania - Movie
3. Believe - World is Round

4. Lunatic Soul - Lunatic Soul II
5. Novika - Lovefinder
6. Division By Zero - Independent Harmony
7. Ordinary Brainwash - Labeled Out Loud
8. Corruption - Bourbon River Bank
9. Czesław Śpiewa - Pop
10. Muchy - Notoryczni Debiutanci

Blindead trochę podratował nam ten muzyczny rok. Gdyby nie ta genialna płyta nie byłoby albumu, który mógłby bez zażenowania wspiąć się na tegoroczny tron, a tym samym cała lista byłaby biedniejsza. Absolutnie polecam, a już 27 grudnia w Gdyńskim Uchu będzie można zobaczyć ich na żywo. Długo się wahałem gdzie umieścić Anię Dąbrowską i jak widać wspięła się aż na drugą pozycję. Czemu? Ponieważ stworzyła genialny zestaw filmowych coverów i z żadną inną płytą nie spędziłem tylu przyjemnych godzin. Po za tym to jedna z moich ulubionych Polskich wokalistek. Believe i Lunatic Soul szli łeb w łeb, ale jednak wygrał ten pierwszy. Przeważył element rockowy, którego na płycie Mariusza Dudy brak. Ciekawe, że Believe powoli staję się stałym bywalcem na tej liście. Produktywni i wciąż oryginalni, a przyjęcie na wokal Karola Wróblewskiego było genialnych posunięciem. Chłopak rozwija się wyśmienicie i życzę mu żeby zabłysnął na świecie. Wracając do Mariusza, druga część dyptyku poświęconego podróży w zaświatach jest bardziej nastawiona na trip-hopowe bity i oniryczną atmosferę i mimo, że jest pozycją bardzo dobrą, zabrakło w niej elementu geniuszu. Szkoda by jednak było, gdyby wraz z końcem tej historii, także projekt Lunatic Soul skończył działalność. Miejmy nadzieję, że tak się nie stanie. Kolejna pozycja i Novika ze swoją nową płytą. Świetny electro-pop, więc nie powinno dziwić, że został wyróżniony, gdyż mam słabość do tego typu muzyki. Division By Zero na pozycji 6 było jednym z wyborów mniej oczywistych, z tego względu, że nawet nie rozpatrywałem ich kandydatury. Jednak po wysłuchaniu Independent Harmony raz jeszcze, przypomniałem sobie jak bardzo mi się ta płyta podoba. Ordinary Brainwash dobiero zacząłem słuchać, ale wierzę, że ten projekt zasługuje na pozycje w tej liście, może nawet nie co wyższą. Jeżeli 21-latek nagrywa już drugą progresywno rockową płytę na wysokim światowym poziomie to jest to zdecydowanie wydarzeniem. Kolejny na liście, zespół Corruption to istna metalowa gorzelnia, luzacki feeling, mocne gitary i bujające melodię. Każdy prawdziwy metalowiec będzie wzruszony i sięgnie po piwo lub whisky do smaku. Szkoda tylko, że połowę porozlewa machając łbem. Na sam koniec nasz czołowy reformator popu, czyli Czesław Mozil, który mimo, że na tej płycie odgrzał parę kotletów to jest na naszych rynku postacią nieocenioną i oryginalną. Muchy też zbytnio nie zaskoczyły, nagrały płytę słabszą od debiutu, ale wciąż dobrą, potwierdzając swój talent. To tyle na dziś. Podsumowanie światowe już niedługo. Do zaczytania bracia i siostry :)

czwartek, 16 grudnia 2010

3, 2, 1 ...

Donoszę, że muzyczne podsumowanie roku 2010 zostanie na dniach opublikowane. Zostało mi jeszcze kilka przypominających odsłuchań i kwestia Polska do rozpatrzenia (ile albumów mam wspomnieć;p). Ogólnie było bardzo ciężko, bo nie wiedziałem czy sugerować się wartością artystyczną czy sympatią do wykonawcy. Mam jednak nadzieję, że wylądowałem gdzieś pomiędzy i podjąłem dobre decyzje. Najpierw opublikuje podsumowanie z naszego ogródka. Do zaczytania ;)

środa, 15 grudnia 2010

Zachap to!

Jakiś czas temu zdarzyło mi się trochę popsioczyć na nową płytę Kanye West'a, a teraz muszę świecić przed wami oczami, bo jak się pewnie domyślacie po tytule posta mam zamiar ją zarekomendować. Co prawda troszkę musiałem utworów z płyty zignorować, by ją polubić, ale było zdecydowanie warto. Co najmniej 8 utworów z płyty My Beautiful Dark Twisted Fantasy jest znakomitych i to głównie dzięki gościom. Znakomicie sprawdza się Bon Iver w przezajebistym "Lost in the World", mamy tu też popis Nicky Minaj w "Monster", całkowicie zdominowany przez Kanye "Power" i stonowany "Blame Game" (John Legend). Nawet Rihanna wypada nieźle. Ciekawostką jest utwór "Hell of a Life", którego melodia w refrenie niebezpiecznie zbliża się do klasyka metalu. Reszta utworów jest po prostu dobra dlatego trochę zlekceważyłem ten album. No, ale cóż w porę zauważyłem swój błąd. Opiniotwórcze media głoszą, że to najlepiej wyprodukowany album hip hopowy tego roku, a ja zastanawiam się czy jednak Kno nie był lepszy. W każdym razie oceniam album na, powiedzmy...
4,5/5

Przeoczone

Pati Yang wybitną artystką jest i żałuję wszystkich dni jakie straciłem na odkładaniu płyty Silent Treatment na później. Dla fanów popu nasyconego elektroniką pozycja obowiązkowa, tak samo dla tych, którzy cenią talent Chrisa Cornera, bo na płycie Patrycji Hilton (bo tak się ta Pani nazywa) można znaleźć podobne zabiegi muzyczne. Mnóstwo tu delikatnych bitów i klawiszy, ale zdarzają się też mocniejsze, przybrudzone sample (choćby "Pretty Fin"). Dla głosu Pati to nie problem, bo potrafi być drapieżna i urocza w ciągu jednego utworu, a przede wszystkim wymyśla znakomite melodie ( "All that is First"). Wiedzą to doskonale ci, którzy byli na którymś z jej koncertów i widzieli ją w akcji. Jej występy śmiało mogą konkurować z gigami rockowych zespołów w kategorii energii scenicznej i charyzmy. Jako ciekawostkę dodam, że Patrycja współtworzyła ścieżki dźwiękowe do paru znanych filmów. Jakich? Sprawdźcie sami :) Polecam

niedziela, 12 grudnia 2010

Zawiało z Berlina

Doszedłem do wniosku, że czas zapoczątkować nowy cykl. Nazwijmy go "Zawiało z...", a jego zadaniem będzie donoszenie o jeszcze niezbyt znanych zespołach, które mają szansę nieźle zamieszać, a przede wszystkim spodobały się mi.
Na pierwszy ogień Cold in Berlin http://www.myspace.com/coldinberlin
Oczywiście tytuł posta to małe oszustwo, bo zespół jest z Londynu.

Reap what you sow

Niektórzy może nie zrozumieli ogólnej koncepcji zamieszczania postów, w których wymieniam albumy, które dopiero zamierzam przesłuchać, więc szybko wyjaśniam. Zabieg ten to rodzaj pipeline'u, który ma za zadanie pokazanie, co w najbliższej przyszłości zostanie zrecenzowane lub napomknięte przeze mnie w okładkowych postach. Jeżeli jakimś cudem zapomnę o czymś wspomnieć to bez problemu możecie zwrócić się do mnie o krótki komentarz dotyczący tego wydawnictwa. Mam nadzieję, że chociaż część doceniła, że w jakiś sposób zapowiadam The Bulversaintowe zmagania muzyczne i choć liczba czytelników nie przekracza pewnie 10-ciu osób, to przynajmniej ja mam z tego ogromną radochę :)

Wracając do rzeczy ważnych. Nie wspomniałem jeszcze o trzech wydawnictwach, które zapowiedziałem w listopadzie, a były to: Atheist Jupiter, Helloween 7 Sinners i James Blunt Some Kind of Trouble. Ze wszystkimi wydawnictwami się już uporałem. Atheist niestety nie zagrzał długo miejsca na mojej plejliście, ale zrzucam winę na moje malejące zainteresowanie death metalem, o technicznej jego odmianie nie wspominając ( Przepraszam wszystkich fanów metalu śmierci;p). Zainteresowanie zainteresowaniem, a album Atheist dziełem solidnym jest i na pewno zadowoli wszystkich fanów tego typu muzyki. Wielki plus za 3 minutowe utwory, które są wręcz przesycone przeróżnymi smaczkami.
Przejdźmy do Helloween. Kto z was nie słyszał tej nazwy? Zespół ogólnie znany i szanowany. Ja osobiście zacząłem ich słuchać od albumu Gambling with the Devil z 2007 i plułem sobie w brodę, że wcześniej nawet nie pomyślałem, by poznać ich muzykę bliżej. Tym razem bez efektu zaskoczenia nie czuję takiej euforii. Album okrzyknięty wielkim powrotem do znakomitej kompozycyjnej formy, jak dla mnie jest tylko solidną kontynuacją próby unowocześnienia brzmienia klasycznego power/heavy metalu. Brakuje mi tu trochę tego polotu jaki wszyscy zdają się widzieć. Kompozycje owszem są w większości dobre, a nawet bardzo dobre, ale Helloween specjalnych odkryć tu nie dokonuję. Solówka na flecie w utworze Raise the Noise jest świetnym zabiegiem, niespotykanym wcześniej w twórczości tego zespołu, a do tego bezpośrednio uderzającym w moje upodobania słuchowe, bo uwielbiam piękno dźwięków, jakie można wydobyć z tego niepozornego instrumentu. Dla fanów heavy metalu absolutny 'must have', dla mnie miła ponad godzinna muzyczna wycieczka.
Ostatnim zawodnikiem jest James Blunt i pewnie już przestajecie czytać, bo po pierwsze tekst jest przydługi, a po drugie Blunt szans z wyżej wymienionymi w muzycznym pojedynku nie ma, a stawianie go obok nich to jakiś nietrafiony dowcip. Wszystko się pewnie zgadza, ale kto powiedział, że The Bulversaint trzyma się jednego prawdziwego stylu muzycznego i boi się zestawiać dwa tak skrajnie różne dzieła obok siebie na plejliście. Więc jeśli Blunt'a nie lubicie skończcie czytać, bo tego nie zmienię choćbym chciał. Jego album jest komercyjny, przyjemny w odsłuchu i powoduję radosne palpitacje rąk i nóg. Napiszę tylko, co się w muzyce z Some Kind of Trouble wyróżnia. Jest tego w zasadzie nie wiele, jeśli chcemy porównywać to wydawnictwo z jego poprzednikami. Najprzyjemniejszym są tu i ówdzie wplecione sola gitarowe a la Mark Knopfler ( Dire Straits). Totalna zrzyna, ale brzmi wyśmienicie i dodaję kompozycjom smaku i charakteru. Kolejna przyjemna niespodzianka to brak rzewnych ballad, do których głos Jamesa wyśmienicie się (nie)nadaje. Mamy za to dużo żywych akustycznych gitar, czasami nawet ktoś podłączy porządny wzmacniacz i uderzy z uśmiechem w strunę. Podsumowując jest to bardzo dobra płytka na sobotnie sprzątanie i podśpiewywanie. Ja lubię i sprzątać i śpiewać, więc mówię do Jamesa - " Nie jesteś taki w sumie zły, a nawet mi się z tobą miło spędza czas". Do zaczytania :)

piątek, 10 grudnia 2010

Cruentus - Terminal Code

Jakiś czas temu zapowiedziałem, że będę słuchał zespołu Cruentus, który został wypatrzony w dziale Demo(n) miesiąca w metalhammerze, a że jak ja coś zapowiem to znaczy, że prędzej czy później na blogu się znajdzie to macie teraz szansę przeczytać słów kilka o tym krążku. Pewnie niewielu z was zdaję sobie sprawy, że najciekawsza Polska muzyka nie wypływa ponad okazjonalne wydawanie demówek i nie zyskuje zasłużonego pogłosu. Winni są albo wydawcy, którzy są zbyt skąpi i zapatrzeni w mainstream, bądź też stracili biznesową intuicję i nie widzą drogi tego typu zespołów na szczyty, a przy dobrej promocji i organizacji koncertów taki scenariusz byłby bardo prawdopodobny. Z drugiej strony wysłannicy z wytwórni płytowych wykazują się brakiem "ucha" i robią szum wokół zespołów, które nie mają nic do powiedzenia swoją muzyką, ale za to są dochodowi i łatwi do manipulowania. Słuchając dema Terminal Code mam wrażenie, że najważniejsze światowe wytwórnie płytowe wydają po prostu kolejne cuda objawione, które są po prostu zwykłą papką i choć nie lubię zbytnio słuchać muzyki otagowanej jako industrial metal to muszę się chłopakom ukłonić. Pierwszy ukłon oddaję za produkcję, która jest wręcz wyśmienita. Wszystkie instrumenty mają mocne i żywe brzmienie. Bez dobrego materiału oczywiście nie miało by to znaczenia, ale tu też należy się głęboki ukłon, bo krążka słucha się z ogromną przyjemnością, a czas spędzony z muzyką Cruentus mija bardzo szybko i przyjemnie. Utwory są zwięzłe, niektóre z akcentem elektroniki inne nastawione bardziej na mechaniczny atak. Mamy też dwa krótkie elektroniczne przerywniki, które dają nam chwilę wytchnienia. Trzeci ukłon za to, że gdybym nie wiedział, że to Polacy nigdy nie znalazłbym elementu polskości w ich muzyce, a nawet postawiłbym ich album obok krążków Fear Factory i innych tuzów gatunku (gdybym je miał;p). A tak właściwie to ile znacie polskich kapel grających industrial metal?

środa, 8 grudnia 2010

Do you dubstep?

Zadziwia mnie czasami jak świetnie okładka oddaje charakter płyty. Eskmo wygląda jakby bezwładnie unosił się nad tworzonymi przez siebie dźwiękami, a te otaczają go jaskrawą przestrzenią. Dubstep dla tych, którzy wolą się wyluzować niż nadwyrężać mięśnie karku.

Premiera tygodnia

Paristetris z albumem Honey Darlin'. Ciekawe czy jest równie bezkompromisowy jak debiut. Mam nadzieję, że wprowadzi zamieszanie w podsumowaniach.

Chromeo - Don't Turn The Lights On (official video)


Jest Chromeo, jest imprezka!

The Bulversaint chowa pod dywanem:

1. Gold Panda - Lucky Shiner
2. Haken - Aquarius
3. Motörhead - The Wörld Is Yours
4. Robyn - Body Talk
5. Nina Simone - The Very Best of...
6. The black Tapes - Shipwreck
7. Paristetris - Honey Darlin'
8. Pati Yang - Silent Treatment

Te albumy czekają na swoje pierwsze przesłuchanie. Już niedługo dowiecie się co The Bulversainta zawiodło, a co zachwyciło.

It's just a funky ride down the breast-like hill

Nie było takiej płyty od debiutu Boy Crisis. Najlepsze jest to, że wszystko wskazuję na to, że nie jest to najlepsza płyta duetu Chromeo. Jeżeli poprzednie albumy bujają jeszcze bardziej to nie wiem co na to moje biodra, ale na cóż jest ketonal. Wreszcie coś do tańca i śpiewania :)

Album tygodnia

Solefald z albumem Norrøn Livskunst to drugie muzyczne zaskoczenie w tym roku. Nie chodzi tu jednak o zaskoczenie typu " O chłopaki nagrali nową płytę!". Nigdy wcześniej Solefald nie słuchałem, więc tego typu zaskoczenie u mnie nie zadziałało. Zaskoczeniem jest muzyka jaką tworzą dwaj Norwegowie. Nie łatwo ją nazwać jednym słowem, czy nawet trzema ( uważa się, że zespół tworzy Post Black Metal) i takie przypadki uwielbiam, bo osobiście okropnie nie lubię szufladkowania. Tym razem nie rozpiszę się bardziej, zostawię poznawanie tej płyty wam, jeżeli oczywiście umieszczony gdzieś poniżej utwór was nie zniechęcił (wybrałem najbardziej radykalny moment, reszta jest zdecydowanie przystępniejsza, a nawet przebojowa!).

4,5/5

Na grudzień

Czy taki widok masz za oknem? Jeżeli, tak to mam coś idealnego dla ciebie. Muzykę, która sprawi, że zaczniesz znajdywać piękno w zimowej aurze. Muzykę, która wciągnie cię w lodowate łapska mroku. Agalloch, bo tak się nazywa twór, który sprokurował płytę Marrow of the Spirit, nie przypadkowo rymuje się ze słowem "moloch". Tak długich kawałków dawno nie słuchałem. Średnia czasu trwania utworów to 10 minut, co mimo mojej niechęci do płyt trwających ponad godzinę jest ogromnym atutem. Utwory pięknie się rozwijają w swoim czasie trwania i nie dają wrażenia za długich, a po odsłuchaniu całości chcę się ponownie włączyć play. Jako ciekawostkę nadmienię, że przy tej płycie można pojechać z Elbląga do Fromborka i z powrotem i wcale się nie skończy. Nie polecam jej jednak słuchać w aucie, bo przy rzadkich black metalowych atakach można uderzyć w przydrożne drzewo. Polecam za to fanom black metalu, post rocka i ogólnie pojętego rozpasania. Do zaczytania

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Solefald -- Tittentattenteksti


Słucha mi się genialnie. A wam ?

Tak też można

Coraz więcej hip hopowych i rapowych produkcji wypływa z The Bulversaintowych głośników. Czy to rap robi się ciekawszy, czy muzyka rockowa nudna? Po trochu z każdego. Właśnie wymęczyłem nową płytę Kanye Westa (kolejne 75-minutowe monstrum) i nie zachwyciła mnie jak choćby redaktorów machiny, nie wspominając już o prawie wszystkich cenionych mediach internetowych. Do paru utworów jeszcze wrócę głównie przez podkłady. Rap Kanye'go nieciekawy.

sobota, 4 grudnia 2010

Bliźniaczy cień

Wielce chwalony na świecie Twin Shadow musiał pojawić się także tutaj. Trochę spóźniony, bo już trzeci tydzień minął od pierwszego zetknięcia z jego muzyką. Muzyką wielce kojącą. Delikatne bity, zmysłowy głos i piękne melodię charakteryzują tą perfekcyjnie zrobioną płytę. Ach coraz więcej tego electro popu w moim życiu :) Polecam

Allen & Lande - The Showdown

Zachap to! - The Showdown

Troszkę zlekceważyłem tą płytę na początku. Melodyjny heavy metal nigdy nie należał do moich ulubionych gatunków, a jednak zakochuje się  nowej płycie tego wspaniałego wokalnego duetu. Lande jest ze mną już od dłuższego czasu i wiedziałem czego się mogę po nim spodziewać. Russell Allen i jego zespół Symphony X jednak wielkiej kariery na moich plejlistach nie zrobił. Razem jednak są znakomici. Z czystym sumieniem polecam "zachapać" płytę The Showdown.

Ellie Goulding - Animal


Znam tekst tego utworu, a nie mogę sobie przypomnieć czyj to utwór. To chyba dobrze świadczy o coverze :) Coś jest w jej głosie takiego, że nie mogę przestać słuchać. Zatańczcie razem ze mną :)

Luther

Mamy weekend, a że samą muzyką niektórzy żyć nie potrafią to polecam serial Luther. Fabuła kręci się wokół detektywa Johna Luthera ( znakomity Idris Elba), który nie jest zwyczajnym stróżem prawa, ale tego dowiecie się sami oglądając 6-odcinkową pierwszą serię. Zaznaczam, że to serial brytyjski.

Dobra pora na

Kiedy potrzebujesz wytchnienia lub podkładu pod erotyczne uniesienia sięgnij po Sleepy's Theme i ich album The Vinyl Room. Znakomite

Tracklista

Przeczytajcie jednym ciągiem :)

Tracklista Affliction XXIX II MXMVI:

1. Self-consciousness is desire and
2. After 38 weeks
3. My new playground became
4. Dark and Gray.
5. So, it feels like misunderstanding when
6. All my hopes and dreams turn into
7. Affliction XXVII II MMIX


Proste i genialne :D

piątek, 3 grudnia 2010

Album tygodnia

Jak można było się spodziewać Blindead po raz kolejny zatrząsł posadami mojego mieszkania, poprzewracał rodzinne zdjęcia i powybijał szyby w oknach. Straty liczone w tysiącach złotych są jednak nie ważne, ponieważ mamy przed sobą zdecydowany album roku w Polskim ogródku i mamy głęboko w poważaniu dobra materialne. Zmiatając rozbite szkło nawet nie zauważyłem jak przeminęła mi pierwsza podróż w głąb historii przedstawionej na albumie (album nie trwa nawet 50-ciu minut). Jeśli chodzi o samą historię to w tym momencie nie jestem w stanie o niej powiedzieć prawie nic, gdyż nie posiadam jeszcze wersji pudełkowej. Jedyne, co wiem to to, że jest to historia autystycznej dziewczynki. Skoro kwestie konceptualne są niejasne przejdźmy do muzyki, która ma dużo do zaoferowania. Pierwszy utwór mozolnie wprowadza nas w ogólny klimat płyty, który jak dla mnie idealnie przedstawia cierpienie, izolacje, paranoję i strach. Na początku jednak dostajemy niepokój, a zaraz po nim strach potęgowany przez wrzask Nicka. Na sam koniec brutalne uderzenie bębnów i ściana gitar powodują przenikliwy ból i to wszystko w jednym utworze, który jeśli chodzi o klimat, charakteryzuje całą płytę.W drugim utworze dostajemy moment na wytchnienie. Nazwa utworu ("After 28 Weeks") może także sugerować, że to czas, w którym próbujemy sobie poradzić z bólem i chorobą. To wszystko to tylko interpretacje sugerowane muzyką wypływającą z głośników, która w zamierzeniu miała emanować odizolowaniem i cierpieniem (Affliction po angielsku oznacza chorobę, zmartwienie lub też cierpienie). W dalszej części nie ma już tylu wyciszeń, a mimo wszystko jest to muzyka zdecydowanie lepiej przyswajalna niż ta z dwóch poprzednich albumów, muzyka z idealnie wyważonym poziomem agresji i emocji. Nick stara się naprawdę wiele uwagi poświęcać czystym, niepokojących wokalom (choćby przetworzony głos w Dark and Gray).Kolejnym niepokojącym elementem są śmiechy dzieci w utworze All my Hopes and Dreams Turn into (swoją drogą utwór przez brzmienie gitar przypomina mi nieco Comę). Niektórzy mogli liczyć, że muzykę zespołu zdominuje elektronika, która na epce Impulse grała tak wielką rolę, ale tak się nie stało. Wprawdzie  jest ona słyszalna, lecz stanowi ona niski procentu stworzonych dźwięków. Czasami przez ścianę gitar przebije się za to trąbka lub fortepian czarując moje uszy. Wydaje się, że zespół w żaden sposób nie uległ presji trzeciej płyty i zaserwował nam kolejny wybitny, a przede wszystkim w pełni dojrzały krążek. Kto wie czy nie najlepszy w dotychczasowej karierze. Wymykający się prostym porównaniom do takich zespołów jak Neurosis czy Cult of Luna, które mają nieco inną formę wyrazu. Dla takich płyt warto żyć :)
5/5

Drogi Mikołaju!

Drogi Mikołaju,

Piszę do Ciebie w wiadomej sprawie, a mianowicie, czegoś od Ciebie chcę. Jeżeli pilnie czytałeś mojego blożka to  już pewnie się domyślasz, co to jest. Jeżeli nie to masz poważne braki na płaszczyźnie kulturalnej . Jako, że jestem uprzejmy to pozwolę sobie naprawić twój błąd i podam Ci tegoroczną listę zakupów. Zaznaczam, że żaden z poniższych prezentów nie jest opcjonalny (czyt. musisz przytachać wszystkie).

1. Nową płytę Blindead!
2. Nową płyte Lunatic Soul
3. Debiutancki album I Blame Coco
4. Debiutancki album Hurts (tylko broń Boże nie Polską wersję!)
5. Jakąś ciepłą bluzę (House lub Top Secret)
6. Kilogram dumle (cukierasy, Mikołaju)
7. Jakąś dobrą prozę, polecaną przez Machinę

Myślę Mikołaju, że to wszystko na co mam ochotę w tym roku. Wiem, ciśnie Ci się pewnie na usta standardowe pytanie - "Czy byłeś grzeczny młody człowieku". Śpieszę donieść, że TAK, BYŁEM ZAJEBIŚCIE GRZECZNY I NIE, NIE JESTEM SKROMNY. Skoro już wszystko sobie ustaliliśmy, czekam na dostawę do godziny 00:00, 24 grudnia 2010. Jeżeli prezenty nie zostaną przez Ciebie dostarczone wszyscy na blożku się o tym dowiedzą i nie wiem czy po czymś takim jakieś listy dostaniesz w przyszłym roku. Z góry dziękuje i życzę wesołych świąt.

Buźka :*

hoł hoł hoł

Zrobiłem sobie prezent i zamówiłem nową płytkę Believe World is Round. Teraz czekam, aż w empiku pojawi się Blindead. hoł :)

Coś jak Elvis

Zapowiadałem, że przesłucham dokładnie całą dyskografie Something Like Elvis, więc uprzejmie donoszę, że po przesłuchaniu albumu Shape (drugi w kolejności) mam wrażenie, jakbym słuchał słabszej wersji debiutu. Na Shape jest więcej bezpośrednich ciosów, a mniej subtelności i ciekawych pomysłów, co niestety prowadzi do mniejszej wyrazistości debiutu. Zdecydowanie zalecam nie zaczynać przygody z zespołem od tej płyty. Do zaczytania :)

Podsumowania - Spojrzenie wstecz

Praca wre! Albumy są przesłuchiwane, usuwane z listy, dodawane, podkreślane i wiele innych czynności jest na nich wykonywane, ale wstydzę się wspominać. Niestety zanim będę w stanie wybrać te najlepsze trzeba poczekać do końca roku wydawniczego, zatem podsumowanie nie pojawi się szybciej niż na początku stycznia. W związku z czym - Po pierwsze, chciałbym się dowiedzieć jakie albumy dla was były najlepsze w tym roku (Napiszcie swoje typy w komentarzach pod tym postem). Po drugie, w ramach retrospekcji zamieszczam poniżej podsumowanie roku 2009. Może jeszcze jakieś albumy przegapiliście :)

Świat:

1. Mastodon Crack The Skye
2. Dave Matthews Band Big Whiskey and the Groogrux King
3. Baroness The Blue Record
4. Gazpacho Tick Tock
5. Ray Wilson Propaganda Man
6. Converge Axe to Fall
7. Coalesce Ox / Poison the Well The Tropic Rot
8. Winger Karma
9. Cobalt Gin / Minsk With Echoes in the Movement...
10. Porcupine Tree The Incident


Polska:

1. Riverside ADHD
2. Satellite Nostalgia
3. Kruk Zanim Cię Zabiję
4. Believe This Bread is Mine
5. Votum Metafiction
6. Ocean Cztery / The 30th of July The 30th of July
7. California Stories Uncovered Confabulations
8. Gaba Kulka Hat, Rabbit
9. Osada Vida Uninvited Dream
10. Pati Young Faith, Hope+Fury

wtorek, 30 listopada 2010

Affliction is a blessing

Nareszcie jest nowa płyta Blindead. Mam nadzieję, że przed końcem roku postanie na mojej półce i będzie mnie kusić do kolejnych podróży. Po dwóch przesłuchaniach narzucają się dwie rzeczy: płyta ma więcej przestrzeni niż dwie poprzednie i jest jeszcze trudniejsza do przyswojenia, mimo, że jest lżejsza. Dlaczego? Historia przedstawiona przez zespół (poprzez muzykę i słowa) jest przepełniona na prawdę trudnymi i silnymi emocjami, może stąd bierze się to, że zespół postanowił nagrać tak złożoną płytę. Zobaczymy za jakieś 10 przesłuchań. Już teraz mam przeczucie, że wreszcie pojawiła się znakomita, Polska płyta i zastanawiam się nad dłuższą recenzją. Zobaczymy jak to będzie. Do zaczytania :)

Szydera tygodnia

W tym tygodniu szydzimy z zespołu StarGuardMuffin rozsławionego przez finalistę programu "Mam Talent", Kamila Bednarka. Szydzimy z debilnych zabiegów producenckich na ich debiutanckiej płycie, natarczywego powtarzania "Ja to wiem MAN ( wymowa, tak jak napisane)", "Bo reggae to muzyka jest MAN (to samo)", "kręcimy lolka", "dwóch typów spotkało się na gandzi", "Dancehall (znowu to samo!) Queen", oraz z przekombinowania covera "I". Szydzimy także z ludzi, którzy uznają go za Boga wokalistyki, a jego muzykę ściągają w gigabajtach. Chłopak ma talent, którego nie potrafi wykorzystać, bo utknął w niepoważnym zespole. Plus dla niego za grę na saksofonie i utwory z epki. Do zaczytania :)

niedziela, 28 listopada 2010

King's X "Pray" (Music Video) from "XV"

Płyta tygodnia

Płytą  tygodnia zostaje Mark Ronson & The Business Intl z albumem Record Collection. Okładka bardzo wymownie sugeruje nam zawartości tego albumu. Płytkę można nazwać zbitką inspiracji muzyką rap i popem lat 80, przyprawiona nowoczesną produkcją. Znakomite wykonanie gwarantuje multum zaproszonych gości i błyskotliwość mózgu projektu, Marka Ronsona. Zdecydowanie polecam.
4,5/5

Młotek mówi cz.1

że płytą miesiąca listopada jest Atheist Jupiter. Przesłuchamy zobaczymy. Polecimy :)

Podsumowania - logistyka

Po przejrzeniu wczoraj w nocy wszystkich tegorocznych albumów ocenionych przeze mnie (150, na dzień dzisiejszy) wybrałem te, które pretendują do miana albumu roku. Jest 35 kandydatów zagranicznych i 13 polskich. Zapowiada się wyjątkowo trudny wybór i jeszcze mnóstwo przesłuchiwania, czyli to co The Bulversaint w grudniowe wieczory lubi najbardziej ;p Jako, że polskich albumów, które mnie zachwyciły jest zatrważająco mało, ich lista ograniczy się do 5 najlepszych. Do zaczytania

Muzak

Kings' X "Pray"

If you like what you hear, go tell somebody!

Uwielbiam Kings' X "XV" :D Znakomita płyta. Czas najwyższy podjąć misję poznania całej dyskografii.

piątek, 26 listopada 2010

The Bulversaint dziś słuchał

Ulver Blood Inside, Blindead Autoscopia: Murder in Phase, Converge Axe to Fall, Tank War Machine, Something Like Elvis Personal Vertigo, My Chemical Romance Danger Days: True Lives..., Star One Victims of the Modern Age, Mark Ronson and the Business-Intl Record Collection, a na dobranoc Allen/Lande The Showdown (premierowo)

Podsumowania

Niedługo koniec roku, więc jak zwykle u mnie czas na podsumowania muzyczne, czyli 10 najlepszych albumów zagranicznych i polskich. U mnie to już 4 raz i niedługo dla przypomnienia sobie i jako małą rekomendację dla was (jeśli ktokolwiek tam jest ;p ) umieszczę podsumowanie zeszłego roku, a gdzieś w styczniu opublikuje najlepsze według mnie albumy 2010 roku, który był nawet fajny, ale zbyt wielu wybitnych dzieł nie było. Do zaczytania :)

Przeoczone - Coś jak Elvis

Dwie rzeczy, które zazwyczaj nie mają miejsca bytu w moim melomańskim sercu - akordean i polska muzyka. Co ma z tym wspólnego zespół Something Like Elvis? Wszystko! SLE to Polski zespół, który zaczął swoją przygodę z muzyką w roku 1994, a w 2003 się rozpadł. Ponadto ich znakiem rozpoznawczym jest akordeon. Niedawno wznowili działalność, co jest jednym z powodów dla których sięgnąłem po ich dyskografię. Drugi powód jest bardzo prosty - To znakomity i ceniony zespół w kręgach alternatywnym, mocno wybijający się po za polską nijakość. Omawiana tu płyta to ich debiut i to ona ma zaszczyt rozpocząć cykl " Przeoczone ", w którym to będę przedstawiać płyty, które dopiero poznaje, a powinienem był to zrobić wieki temu (bo wstyd ich nie znać). Personal Vertigo to pierwsza płyta SLE w jaką się do tej pory wsłuchałem i od razu wzbudziła moją sympatię. Dużo tu noisowych przesterów, krzyczanych partii wokalnych i niespodziewanych rozwiązań, zarówno rytmicznych jak i melodycznych. Przez pierwsze parę przesłuchań nawet nie zwróciłem uwagi na akordeon, który tworzy świetną melodię w " Red River " i " Scared man ".  Polskość wokalisty na szczęście nie wybija się boleśnie w anglojęzycznych tekstach jak to często bywa (choćby Piotr Rogucki na Excess, uwielbiam Comę, ale proszę mnie nie zmuszać do słuchania tej kompromitacji). To co się tu zdecydowanie wybija to sekcja rytmiczna, która jest cichym bohaterem tej płyty i zapewne na przyszłych albumach gra również podobną rolę. Właśnie słyszę solówkę perkusyjną w "Future Sports" i odechciało mi się pisać, wolę potańczyć :D. Na koniec warto zaznaczyć, że płyty słucha się jak koncertu, zespół widać świetnie się bawił tworząc tą płytę, dlatego brzmi ona tak żywo i naturalnie. Polecam całą dyskografię Something Like Elvis i życzę miłego dnia. Dla płytki 4,5/5

Poczekalnia

Ze względu na brak czasu te albumy muszą poczekać na moją opinie:
1. Allen/Lande The Showdown
2.  Atheist Jupiter
3.  Cruentus Terminal Code ( demon października w Metal Hammer polecany przez Arka Lercha)
4. Haken Aquarius
5.  Helloween 7 Sinners
6. James Blunt Some Kind of Trouble
7. Solefald Norrøn Livskunst

uff... trochę się tego zabrało. Sam fakt, że są na tej liście oznacza, że warto samemu po niego sięgnąć ( może za wyjątkiem Blunt'a, który raczej nic wybitnego nigdy nie stworzy, nie mniej jednak czasem warto odpocząć od tych wszystkich gitar, przesterów i werbli )

czwartek, 25 listopada 2010

Intronauci, wciąż w natarciu

Płyta idealna dla tych, którzy kiedyś lubili jak muzyka dawała im potężnego kopa w twarz, a teraz chcą wciąż czuć adrenalinę, ale z zachowaniem jedynek. Intronaut był w 2006 zespołem, który w perwersyjny sposób maltretował nasze narządy słuchu. Czasami zdarzały im się finezyjne wyciszenia, w których główną rolę odgrywał znakomity perkusista. Od płyty "  Prehistoricisms " chłopaki postanowiły odwrócić rolę, w większej części to finezyjne i zagmatwane partie rytmiczne prowadzą nas przez ich albumy, a partie krzyczane z bezpośrednim ułamkiem gitar są rarytasem. Kiedy pierwszy raz przesłuchałem "Valley of Smoke" uznałem, że szybko wyleci z mojej plejlisty, ale tak się nie stało. Wciąż z zaciekawieniem słucham tego albumu na telefonie, a od premiery minęły już około 3 tygodnie. Słucham go zarówno, kiedy mam ochotę się wyciszyć i rozładować. Gorąco polecam wszystkie 8 utworów, zresztą u mnie króluje zasada, że albumy słucha się tylko w całości. Tylko tak można je w pełni docenić. Na koniec zaznaczę, że info na temat każdego nowego albumu Intronaut wzbudza u mnie ciarki. Uznaję to za wystarczającą rekomendację (skromniacha ze mnie, wiem :D)
4/5

Energiczne mycie garnków

Mimo, że nie robi takiego wrażenia jak " The Black Parade ", które mnie osobiście zachwyciło, nowy album świetnie nadaje się do podśpiewywania przy myciu naczyń :D i to tyle. Do zaczytania

Kylesa - Spiral Shadow

Muszę na wstępie przyznać, że czekałem na tą płytkę jakoś od kwietnia i tym większy mój zawód z obranej przez Kylesa ścieżki. Muzyka Kylesa zgubiła gdzieś swój koloryt i energię. Nie znaczy to, że zespół nagrał płytę słabą, bo tak nie jest. Znajdziemy tu parę zacnych momentów, choćby dwa rozpoczynające ją utwory, które rozbudzają wspomnienia ze słuchania poprzedniej płyty „ Static Tensions „. Problemem tego wydawnictwa, przynajmniej w moim odczuciu jest to, że zespół poszedł w bardziej rockowo-psychodeliczne rejony (wydawca upiera się, że to Indie rock :p) niż sludge podszyty punkiem, jak to było na znakomitej poprzedniczce. Jedni na pewno powiedzą, że to świetnie, że zespół wciąż poszukuje i nie zamierza stać w miejscu i nie mam zamiaru się z nimi kłócić. Osobiście uwielbiam i akceptuje nawet najbardziej radykalne zmiany, ale myślę, że album „Spiral Shadow” jest okresem przejściowym pomiędzy „Static Tensions”, a kolejnym znakomitym albumem. Daję 3 z małym plusem i polecam ją wszystkim, którzy łatwą do sklasyfikowania i bezbarwną muzyką się brzydzą.
3,5/5

Things Ain't the Same



Karierę The Niceguys śledzę od nie dawna, bo od momenty pojawienia się teledysku do „ Mr Perfect”. Utwór na tyle wzbudził moje zainteresowanie (warto zaznaczyć, że to zespół hip hopowy), że sięgnałem po ich EP-kę „ Green Room”, która nie jest specjalnie wybitna, ale podtrzymała uczucie niecierpliwości związane z premierą pełnego albumu. Sam utwór oczarował mnie partią Hammonda, której nigdy nie spodziewałbym się usłyszeć na albumie hip hopowym. Przejdźmy do „The Show”, bo tak nazywa się ich długograj. Album brzmi trochę jakby powstał w innej epoce. Mimo mojej słabej wiedzy o hip hopie jestem w stanie stwierdzić, że tak nie brzmią dzisiejsze załogi hip hopowe i dużo w nim nostalgii za latami 90tymi, a nawet 70tymi (szczególnie w partiach instrumentalnych). Płyta może zniechęcić ponad 70 minutowym czasem trwania, ale naprawdę warto się przemóc. Na początek polecam utwór „Things Ain’t the same”, którym jest moim osobistym faworytem.
4/5

środa, 24 listopada 2010

Zachap to!

Jeśli lubicie klasyczny heavy metal zdecydowany 'zachap to!'

The Bulversaint słuchał dziś

Tank - War Machine, Star One - Victims of the Modern Age, Broken Records - Let Me Come Home, My Chemical Romance - Danger Days: The True Lives of the Fabulous Killjoys, Ulver - Blood Inside, Something Like Elvis - Personal Vertigo

Premiera tygodnia

Miła informacja - Blindead wydaje jednak w tym roku nową płytkę, co utrudni mi znacznie wybranie albumu roku, ale co tam, jak będzie smaczne to z pewnością wam doniosę... Jeszcze dwa dni ;D

Incepcja

Pewnie nie wiele osób wie, co tak na prawdę znaczy to słowo, więc ciekawych wysyłam do słownika. Od razu rozwieję wątpliwości - ten blog nie będzie miał nic wspólnego z trudnymi słowami, ani zagadkami słownymi. Głównym założeniem tego bloga jest zaspokojenie potrzeby polecania dobrej muzyki, poprzez zamieszczanie okładek albumów i krótkich ich opisów. Znajdziecie tu głównie albumy rockowe i metalowe, ze wszystkimi podgatunkami. Nie myślcie jednak, że The Bulversaint innych gatunków nie tyka. Przewiduje tu zarówno albumy hip hopowe, rap, electro, pop, jak i jazz. To na razie wszystko :) Do zaczytania