poniedziałek, 31 stycznia 2011

Zawód stycznia - Cold War Kids

Zapowiadałem tą płytę. Czekałem i podsycałem nadzieje. Niestety przedstawiam ją wam w kontekście zawodu. Byłem już skłonny dać jej trójkę, czyli wcale nie tak źle, ale im więcej przesłuchań tym bardziej uwydatnia się wtórność i nuda bijąca z tego wydawnictwa. Wszystko jest tu przyziemne, krótkie i łatwo strawne i owszem, taka muzyka potrafi sprawić, że będę miał przyjemny dzień, w tym wypadku jednak odnotowuję brak jakichkolwiek uczuć. Jedyny utwór jaki jestem w stanie zanucić to "Cold Toes on the Cold Floor" i chyba trzeba mu dać miano najlepszego utwory w tym towarzystwie. Do plusów można jeszcze zaliczyć "Royal Blue", od biedy "Skip the Charades" i fragmenty "Bulldozer". Reszta to bardzo zwiewne ( w sensie, że po minucie wywiewa je z głowy) i do bólu przewidywalne kompozycje, inspirowane indie. Żałuję trochę, że w mojej pamięci Cold War Kids zapiszą się jako zespół jednej płyty, a mianowicie "Robbers & Cowards". Ten debiutancki album był błyskotliwy i przebojowy, następny w kolejności " Loyalty to Loyalty" był posępny i bardziej dojrzały, a najnowsze ich dzieło jest po prostu tym czym jest około tysiąca innych płyt, tłem na sklepowych półkach.

piątek, 28 stycznia 2011

Gdzie ta muzyka?

Mamy już prawie koniec stycznia, a na mojej liście albumów roku 2011 prezentują się tylko 4 nowe longpleje. Do tego tylko jeden z nich ma cokolwiek wspólnego z muzyką rockową - Cold War Kids. Oceny jak na razie też nie zachwycają. Kiedy początek roku wydaje się dość biedny, a większość płyt słuchanych aktualnie przeze mnie to spóźnione odkrycia z 2010, marzec zapowiada się wyśmienicie. Głównym powodem marcowego urodzaju jest oczywiście premiera nowego albumu CunninLynguists, którzy są teraz na absolutnym szczycie moich odsłuchań. Po za tym czekam na nowy IAMX, Katy B i może PJ Harvey. Jestem pewien, że marzec ma do zaoferowania dzieła około metalowe niestety nie znam jeszcze żadnych konkretnych dat. Może Queens Of The Stone Age?

niedziela, 23 stycznia 2011

Zawiało z Brisbane

Zapewne nie wielu z was kojarzy nazwę Dead Letter Circus. To w sumie nic dziwnego, ponieważ zespół w zeszłym roku wydał debiutancki album "This is the Warning", a do tego pochodzi z odległej Australii. Gdyby nie moja mania przeglądania wszystkich podsumowań muzycznych, pewnie nigdy bym się o nich nie dowiedział. Pewnie nie zaważyłoby to na obrazie mojego życia, ale zawsze miło spędzić parę kwadransów z dobrą muzyką, a Dead Letter Circus na pewno taką tworzy. Ale czy tworzy muzykę na tyle dobrą, by pojawić się na liście 50 najlepszych albumów 2010 roku według Sputnikmusic.com? To zależy chyba tylko i wyłącznie od naszych gustów. DLC obraca się gdzieś na orbicie rocka alternatywnego i robi to z dobrym skutkiem. Nie brzmią jak setki innych kapel rockowych, a do tego nie boją się kombinować w swoich utworach. Oprócz typowego rockowego instrumentarium, panowie częstują nas szczyptą elektroniki do smaku i to z uwagą kucharki z 30-letnim doświadczeniem. Nie za dużo nie za mało, żeby tylko aromatu dało (zamierzona rymowanka).  Mamy tu parę murowanych hitów, a najbardziej przebojowy wydaje mi się "Reaction" i "One Step". Niestety oprócz paru wyjątków wiele utworów ma zbyt podobną konstrukcję i 53 minuty płyty mogą się dłużyć. Gdzie umiejętności kompozycyjne zawodzą tam wkracza znakomity wokalista, który sprawia, że każda piosenka ma swoją własną charakterystyczną melodykę. We wspomnianym "Reaction" jego wysoki śpiew przypomina mi nawet wokalistę zapomnianego już Fair to Midland. Dalej skojarzeń brak. Pan Kim Benzie jest największą wartością zespołu i mam nadzieję, że na kolejnych płytach zespół będzie więcej kombinował w poszczególnych utworach i nagra znakomitą płytę. Zważywszy na duży potencjał zespołu będę śledził ich karierę i jak coś się wartego uwagi się wydarzy to was od razu poinformuje. Na razie moja ocena to 3,5/5

Zachętka

The Jezabels

Najlepsza epka jaką słyszałem od długiego czasu i nadzieja na świetną płytę długogrającą w 2011. Wierzę, że są w stanie być moim tegorocznym czarnym koniem, tak jak to było w roku poprzednim z Chew Lips. Oczywiście te dwa zespoły nie mają ze sobą nic wspólnego oprócz wokalistki za mikrofonem, trzeba dodać, znakomitej wokalistki. W ciągu tych pięciu piosenek zasłyszę lekkie wpływy Tori Amos, ale to tylko przez charakterystyczną emocjonalność w głosie Hayley Mary i specyficzną melodyjność poszczególnych utworów. Po za tym Tori to świetna inspiracja i wszelkie skojarzenia z artystami tak wybitnymi to plus dla muzyki The Jezabels.Grupa świetnie sobie radzi na polu alternatywnego rocka, czy też jeśli ktoś woli pop rocka. Sprawdźcie świetne "Sahara Mahala", czy "She's so Hard", a od razu się zakochacie. Emocje, których tu pełno w partii każdego instrumentu to to, co The Bulversaint lubi najbardziej i liczę, że wy też to lubicie. Dlatego gdzieś powyżej umieszczam zachętę do przesłuchania całej epki, a może nawet dwóch poprzednich, za które i ja w najbliższym czasie się zabiorę.

piątek, 21 stycznia 2011

Okładeczka nowej płyty CunninLynguists

Mamy już oficjalną datę premiery "Oneirology", a jest nią 22 marzec. Mam nadzieję, że ich płyty wreszcie pojawią się w empikach, bo nie podaruje sobie zakupienia ich nowego dzieła. Na razie pozostaje nam wpatrywać się w intrygującą okładkę. Do zaczytania

Track za trackiem - White Lies

Jeżeli gdzieś na dole napisałem, że nowa płyta White Lies się tu nie pojawi to znaczy, że mam problemy z byciem konsekwentnym. Chyba, żeby uznać moją deklarację za eufemizm do: "Tej płyty nie polecam"; wtedy wszystko będzie się zgadzać, a że znalazłem sposób by jednak wspomnieć tą płytę bez polecania jej, a rozkładania na części pierwsze to jestem usprawiedliwiony.

1. Is Love
    W miarę solidny kawałek na początek, przepełniony dźwiękami syntezatorów i buczącego basu. Nie wyróżnia się żaden sposób na tle innych utworów White Lies.
2. Strangers
    Rytmiczny, melodyjny i rozpoczęty przez fajne oldscholowe klawisze. Powinien być singlem, bo rzuca jasne światło na twórczość chłopaków.
3. Bigger than Us
    Joggingowa sekcja rytmiczna i monumentalny refren, czyli co? WL jakie znacie i kochacie i do tego pierwszy singiel. Utwór nic nie wnosi do twórczości zespołu, ale świetnie kopiuje wszystkie wartości poprawnego utworu.
4. Peace & Quiet
    Chyba najbardziej delikatny i popowy kawałek. Znowu rządzą klawisze, ale tym razem dodano jeszcze smyki i szafa gra, a raczej radyjko...  utwory WL. A tak bez narzekania to fajny utwór na ciężki poranek.
5. Streetlights
    Wyróżniający się kawałek. Zdecydowanie najlepszy na płycie. Bardzo dobry refren
6. Holy Ghost
    Wreszcie ostrzejsze gitary i mimo, że kompozycyjnie to tylko kalka, miło się słucha. Dość banalne zakończenie brzmi jak Delphic.
7. Turn the Bells
    Jeden z lepszych utworów na płycie. Szkoda, że kolejny raz WL polega na cudzych pomysłach. Mamy siódmy utwór, a ja już jestem zmęczony głosem Harry'ego McVeigh'a, który każdy utwór śpiewa w ten sam sposób.
8. The Power & The Glory
    Nuda. Podkład jakby robiony na telefonie komórkowym. Wiem, bo sam takie robię jak mi się nudzi.
9. Bad Love
    Jeden z moich faworytów pod względem melodyjnym i instrumentalnym. Warto do tego utworu przebrnąć lub po prostu parę ominąć.
10. Come Down
    Gdyby nie pierwsze 3 minuty mielibyśmy zgrabną miniaturkę, a tak zmarnowałem 5 minut, które mogłem przeznaczyć na zjedzenie kanapki lub wycieczkę do toalety po zjedzeniu kanapki.(sic!)

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Don't Spitta on me

No i mamy kolejną hip hopową pozycję. Tym razem to Curren$y z albumem "Pilot Talk" każdego kolejnego dnia podstępnie zakradał się przez moje uszy, aż do mojego serca. Chyba po raz kolejny jest to zasługa świetnych bitów i sampli, a przygotował je Ski Beatz, który niektórym może być już znany. Flow Spitta nie jest wybitny, ale ma swój charakterystyczny leniwy sznyt. Jego teksty w większości oscylują wokół kobiet, trawki (spójrzcie tylko na okładkę! Iście ekologiczne dzieło ;p) i okazjonalnie dążeniu do sukcesu. Najbardziej podobają mi się ostre gitarowe solówki w podkładach  "Example" i "Seat Change" ( featuring Snoop Dogga), a to z tego względu, że mimo naporu hip hopu i rapu na moje głośniki w ostatnim czasie,  moje serce wciąż należy do metalu i rocka. Co oprócz tego? Mamy świetny gościnny występ Mos Defa, Devina The Dude, oraz wspomnianego wcześniej Snoop Dogga, przebojowe refreny w "Roasted", "The Hangover", czy choćby "Clothes Off", a po za tym artystyczną spójność. Czuć, że to album, a nie kompilacja przypadkowych pomysłów. Ciekaw jestem czy powstała 5 miesięcy później druga część trzyma tak dobry poziom. Niedługo sprawdzę. Mam cichą nadzieję, że już niedługo zaczną wychodzić równie dobre płyty rockowe i metalowe, bo samym hip hopem człowiek żyć nie może, a White Lies tak jak pomyślałem przy pierwszym spotkaniu, są przeciętniakami, którzy wolą gonić legendy sceny zamiast znaleźć własną tożsamość i ich płyta na moim blogu się nie pojawi. Dla Curren$y ...
4,5/5

sobota, 15 stycznia 2011

Bliźniaki


 Słuchając nowego dzieła Tame Impala wpadłem na pomysł nowego cyklu, a mianowicie serii tekstów poświęconej muzycznym bliźniakom.  Psychodeliczny rock Tame Impala brzmi zupełnie jakby był wyrzeźbiony przez muzyków Anekdoten i gdyby ktoś podsunął mi płytę "Innerspeaker" mówiąc, że to nowa płyta tego drugiego, wcale bym się z nim nie kłócił. Wokalnie czuć podobną wrażliwość, kojący wokal jakby unosi się nad muzyką, oplatając ją swoim ciepłem. Muzycznie brakuje melotronu, który w muzyce Anekdoten jest elementem obowiązkowym, a ich art rock przywodzi na myśl King Crimson. Właśnie na płaszczyźnie muzycznej pojawiają się pewne różnice. Tame Impala często serwuje przesterowane solówki i typowo melodyjność lat 70 rocka psychodelicznego, kiedy Anekdoten na "A Time of Day" oddaje się inspiracjom rockiem progresywnym tej samej epoki. Oby dwie płyty są świetnie zagrane i mają swój własny, niepowtarzalny klimat, ale biorąc pod uwagę moją dłuższą przygodę z Anekdoten to ich płyta wygrywa w tym starciu.

piątek, 14 stycznia 2011

Utwór tygodnia

Płyta tygodnia - CunninLynguists " Strange Journey Volume One"

5 płyta CunninLynguist, a raczej mixtape z mnóstwem gości, przynosi nam kolejną dawkę znakomitych podkładów i świetnych tekstów. Dawno nie było takiego zespołu, który w pełni zadowalałby mnie muzycznie, a Kno i spółka robią to w znakomity sposób. Niedługo przez nich cały mój blog zdominują rapowe brzmienia, zwłaszcza, że na marzec zapowiedziana jest ich nowa płyta "Oneirology". Wróćmy jednak do teraźniejszości. "Strange Journey..." rozrzucona jest na dwa albumy i znając już drugą część jestem skłonny stwierdzić, że większość dobrych pomysłów wykorzystano właśnie na części pierwszej. Kno wykonał świetną producencką robotę na obu albumach, ale tu zbliżył się do geniuszu. Oprócz nowych utworów pojawiły się trzy remixy dobrze już znanych utworów ("Dance For Me", "Georgia", "KKKY"). Pod trzema innymi podpisali się kolejno Inverse, Mr SOS i Tonedeff. Najbardziej przypadł mi do gustu utwór przygotowany przez Inverse, czyli "Spark My Soul". Po za tym warte szczególnego wyróżnienia są "Nothing but Strangeness" i "Never Come Down (The Brownie Song)"
4,5/5

czwartek, 13 stycznia 2011

Przeoczone - Two Fingers

"Two Fingers" to płyta dość świeża, bo z 2009 roku, więc trudno uznać ją za jakieś wielkie przeoczenie. Po prostu nie było nam po drodze. Umieściłem ją w cyklu "Przeoczone", by pokazać, że nawet dzieła uznanych artystów mogą przeminąć bez większego rozgłosu i promocji. Na szczęście jest jeszcze parę czasopism, które wyszukują takie smakołyki i trzymają rękę na pulsie, dzięki czemu i ja mogłem ich dostrzec. Two Fingers to projekt Amona Tobina i zupełnie mi nieznanego Doubleclicka. W większości utworów wspomaga ich także raper Sway, który niczym specjalnym się nie wyróżnia, a w utworze "That Girl" brzmi zupełnie jak 50 cent (głównie przez charakterystyczny sposób rapowania). Jeśli przyjmie się, że to typowo imprezowy kawałek, stworzony na pełnym luzie to nie zgłaszam sprzeciwu. Największą zaletą całej płyty jest fakt, że daje potężnego kopa i galon radości. Muzyka jest wręcz idealna. Niesamowicie bogaty dubstep w "Not Perfect", orientalizmy w "Jewels & Gems" to tylko wisienki na torcie ze smakowitym nadzieniem i ciastem. Tylko wyobraźcie sobie 12 niespełna 3 minutowych hitów, w których elektronika miesza się z R&B, hip hopem, a nawet szczyptą Reggae.
4/5

środa, 5 stycznia 2011

Płyta tygodnia - Perfect - XXX

Trochę czasu minęło od kiedy ostatni raz pojawił się ten cykl i bardzo przepraszam za to zaniedbanie i jako postanowienie noworoczne podejmuje się odpokutowania za ten czyn i  publikowanie co tygodniowych recenzji. Do rzeczy. Bardzo dziwnie prezentuje się na moim blogu okładka zespołu Perfect, a to dlatego, że od około dwóch lat w ogóle ich nie słuchałem i nie tęskniłem zbytnio za ich muzyką. Po za tym to zawsze był jeden z tych zespołów, którym poprzysiągłem dożywotnią nienawiść. Wszystko to przez ojca, który zadręczał mnie muzyką rockową i metalową. O ironio! Teraz zamęcza mnie techno i hip hopem, no ale to nie post o moim ojcu, więc skończmy tą dygresję. Perfect z hukiem wrócił w moje łaski, a ich nowy album to nie żadna składanka "The Best of..." z okazji 30-to lecia, a pełnoprawny album ze świeżymi pomysłami i szczerą muzyką. Świetny prezent dla fanów, a i dla samego zespołu, który raczej ostatnimi laty chwały sobie nowymi utworami nie przynosił. Na nowej płycie szczególnie upodobałem sobie jej pogodny charakter, taki zwyczajny, życiowy. Dużo tu świetnych melodii i po prostu fajnej muzyki, czasami wesołej, a czasami zadumanej i smutnej jak w "Miętowy smak dobrych dni", który od razu polubiłem, czy w "Trzeba Żyć" gdzie Markowski śpiewa z córką pod bluesową gitarę i klawisze. Moim faworytem jest świetny tekstowo i melodyjnie "Musisz Tańczyć", lubię takie proste i prawdziwe teksty. Wielokrotnie na tej płycie liryki Olewicza błyszczą przemyśleniami na temat otaczającej nas rzeczywistości. Całościowo płyta nie jest wybitna i nie przeciera nowych szlaków dla Perfectu, ale daję fanom wiarę w to, że ich zespół wciąż jest w stanie stworzyć solidny rockowy album.
4/5

Sześć kolorów - Czerwony

Witam w nowym roku z nowym cyklem, w którym przedstawię sześć płyt, których słuchanie kojarzy mi się z jednym z sześciu wybranych przeze mnie kolorów. Zaczynamy od mojego ulubieńca - koloru czerwonego. Przedstawiam "Czerwony album" Baroness.

Tytuł albumu, który w języku ojczystym amerykanów brzmi "The Red Album" może sugerować, że wybór tej płyty to oczywista oczywistość i nie musiałem się nawet zastanawiać czy ją tu umieścić. Wszystko się zgadza, ale tylko dlatego, że członkowie zespołu słuchając lub nagrywając tą płytę spostrzegli w niej ten "czerwony" pierwiastek. Dla mnie debiutancki długograj Baroness to płyta przełomowa. W 2007 byłem po uszy zakochany w Mastodon i potrzebowałem więcej muzyki, która klasyfikowałaby się do tej jeszcze nie bardzo znanej dla mnie stylistyki, pełnej chropowatych gitar, psychodelicznych pasaży i tego dziwnego posmaku duchowości i geniuszu. Już od pierwszego odsłuchania się we mnie zagotowało, bo Baroness nie jest wcale kopią Mastodon, które już w tamtym czasie wyruszało na inne muzyczne szlaki, a tworem z własną głową i sercem. Muzycy z Savannah kręcą się gdzieś koło sludge i stoner rocka i czerpią z niego to, co najlepsze. Płytę rozpoczyna wspaniały "Rays On Pinion", który daję nam dobre rozeznanie w możliwościach zespołu, aż żałuję, że nie potrafię się wydzierać jak John Baizley, by mu wtórować w tym niezwykle przebojowym utworze. Większość riffów zapada na długo w pamięć. Cała praca gitar to szczególnie charakterystyczna cecha Baroness, których trudno (tak samo jak Mastodon) z kimkolwiek pomylić. Szczególnie świetnie wypada to w utworze "Isak" i "Aleph". Warto zwrócić też uwagę na perkusyjny wstęp do "Wailing wintry Wind". Przejdźmy jednak do sedna sprawy. Co sprawia, że album kojarzy się z kolorem czerwonym? Czerwony kolor przedstawia dla mnie przede wszystkim miłość, miłość, którą muzycy Baroness zdecydowanie obdarowali to wydawnictwo, dając z siebie wiele pracy, emocji i talentu. Kolor czerwony to również agresja, złość, którą możemy poczuć w wielu partiach, czy to gitarowych czy wokalnych Johna. Po za tym słuchając "The Red Album" mam wrażenie, że podróżuje po pustych autostradach przecinających amerykańskie pustynie spalone słońcem. Na koniec radzę spojrzeć na wspaniałą okładkę tego wydawnictwa, która również przepełniona czerwienią skłoniła mnie do wybrania właśnie tego wydawnictwa. Stworzył ją wokalista zespołu John Baizley i to nie jedyne jego dzieło. Co jakiś czas tworzy okładki dla innych zespołów i plakaty promujące koncerty. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest aktualnie jednym z moich ulubionych artystów i wam również polecam obejrzeć jego dzieła. Dla płyty ocena 5/5

niedziela, 2 stycznia 2011

Check this riff

Nie możecie tego nie znać. Dla mnie klasyk od pierwszego usłyszenia. Dowód na to, że jeszcze powstaje muzyka pełna dawnej magii :)