niedziela, 30 października 2011

Zachap To! - Pain Of Salvation "Road Salt Two"

Trochę już ten album słucham i muszę przyznać, że znacznie zyskuje przy bliższym poznaniu. Gildenlow nie zawodzi kompozytorsko, a tym bardziej wokalnie. Utwory są bardziej spójne niż miało to miejsce na pierwszej części Road Salt. Po za tym fani analogów powinni być zachwyceni brzmieniem tego krążka, który w zamierzeniu miał przywołać ducha lat 70-tych. Niestety w porównaniu z Road Salt One druga część tej podróży wypada słabiej, nie mniej jednak trudno powiedzieć, że jest to słaby krążek. Ja słucham go z wielką przyjemnością i na pewno będę do niego wracać. Poniżej mała zachęta :)

The Black Keys - Lonely Boy

Nieskromnie mówiąc, też tak umiem :)

sobota, 29 października 2011

Przebłyski Przyszłych Płyt - Orange Goblin "A Eulogy For The Damned"

Brytyjscy Stoner Metalowcy z Orange Goblin planują wydanie nowego krążka na początek 2012, a ja mogę się pochwalić, że słyszałem już fragmenty tego wydawnictwa na żywo. Było to na 25-leciu brytyjskiego Metal Hammer'a i to właśnie dla Goblinów (i tanich trunków - ceny z 1986 roku) poszedłem na to wydarzenie. Coś mi się wydaję, że zima w tym roku będzie wyjątkowo gorąca.

Tracklista:


1. Red Tide Risisng
2. Stand For Something
3. Acid Trial
4. The Filthy And The Few
5. Save Me From Myself
6. The Fog
7. Return To Mars
8. Death Of Aquarius
9. The Eulogy For The Damned

czwartek, 27 października 2011

Steven Wilson "Grace For Drowning"

Im bardziej staram się pokochać najnowsze dzieło Stevena Wilson'a tym częściej rozkładam ręce w geście bezradności. Mimo, że lubię słuchać Grace For Drowning tak samo jak lubię czekać na ulubione momenty poukrywane wśród tych dwunastu kompozycji to album jako całość nie wywiera na mnie żadnego specjalnego efektu emocjonalnego. Najczęstsze uczucie jakie mi towarzyszy na przestrzeni tych dwóch krążków to podziw dla Stevena i zespołu  za stworzenie tak złożonych dźwiękowo utworów. Jak wszyscy wiemy umiejętność tworzenia skomplikowanych kompozycji to nie wszystko, brakuje mi trochę więcej emocji poukrywanej w grze instrumentów, która wydaje się zbyt sterylna. Zarówno w kwestii instrumentalnej jak i produkcyjnej Grace... to album przykładowo doskonały i ja również go takim widzę, ale słuchając go czuję emocjonalny dystans zarówno z mojej strony jak i Wilsona. Jeśli miałbym wymienić moje ulubione utwory to wybrałbym "No Part Of Me", intrygujący "Index", schizofreniczny "Remainder The Black Dog", absolutny opus magnum tego wydawnictwa, czyli "Raider II".

4/5

Krótko i na temat: Machine Head, Skeletonwitch, Coma

Machine Head - Unto The Locust

Poprzedni opus MH The Blackening został wyniesiony pod niebiosa przez brytyjskiego Metal Hammer'a i dostał zaszczytny tytuł płyty dekady. Czy słusznie? Nie będę się w to zagłębiać. Krążek z 2007 był ewidentnie wielogłowym monstrum,które wręcz przytłaczało słuchacza swoją złożonością i muzyczną erudycją załogi Robba Flynn'a. W 2011 Machine Head brzmi podobnie, choć Unto The Locust jest bardziej selektywne. Dostajemy 7 utworów w ciągu 50 minut. Wielki plus dla krążka, który przez nawet ułamek sekundy nie nudzi i nie męczy słuchacza. Zespół utrzymał wysoki poziom kompozycyjny i zaskarbił sobie tym samym jeszcze większy szacunek. Posłuchajcie choćby thrashowej perełki pod tytułem "Locust", czy świetnie zaśpiewanego, kipiącego liryczną szczerością "Darkness Within", a gwarantuje, że obojętność nie będzie uczuciem, które spłynie na wasze metalowe serca.

Skeletonwitch - Forever Abomination

Jeżeli masz problemy z kręgosłupem, a w szczególności kręgami szyjnymi to nie polecam Ci zakupu tej płyty, bo po takim headbangingu może Ci przybyć o jedną naklejkę więcej na szybie twojego samochodu. Skeletonwitch nie ma nic wspólnego z sielankowym, leczniczym graniem, za to znają się na łamaniu kości i ranieniu narządu słuchu. Ich najnowszy krążek to bezpretensjonalna thrashowa jazda i powinien być puszczany na każdej thrashowej dyskotece.


Coma - Czerwony Album

Miałem zamiar opisać ten album w dziale "Płyta Tygodnia", ale przeczytałem już tyle recenzji Czerwonego Albumu, że nie napisałbym już nic nowego. Comę uwielbiam, więc muszę ich jednak osobiście pochwalić. Nagrali kolejną płytę na wysokim poziomie i udało im się przy tym nie połknąć własnego ogona. Na krążku w kolorze posoki jest mnóstwo nowych dla Comy elementów, zarówno w sposobie śpiewania Roguca, jak i w lżejszych tematycznie lirykach. Ponadto dwukrotnie ("Deszczowa Piosenka", "Gwiazdozbiory") pojawia się melodyka, której nie powstydziłby się System Of A Down, a "Los Cebula i Krokodyle Łzy" przypomina mi trochę ballady Perfectu. Stwarza to obraz zespołu, który mimo czerpania inspiracji z innych zespołów potrafi tchnąć w nie swój własny, niepowtarzalny charakter.

wtorek, 25 października 2011

Artofficial "Rooftop"

Kolejna odsłona nowego krążka ArtOfficial, który już za ponad tydzień powinien wylądować na sklepowych półkach. Po wysłuchaniu bodajże 4 utworów z tego Vitamins & Minerals, wciąż nie wiem, czego się spodziewać. "Rooftop" jest jednak całkiem przyjemny.

sobota, 22 października 2011

Strącone w otchłań - Metallica "St. Anger"

Na rozpoczęcie nowego cyklu pod wdzięcznym tytułem "Strącone w otchłań" wybrałem owiany złą sławą St. Anger. Domyślacie się już czego dotyczyć będą teksty w tym dziale? Oczywiście płyt, które na przestrzeni lat spotkały się z tak dużą ilością krytyki, że zespół, który dopuścił się takiego dziwoląga powinien się zaszyć w piwnicy i zamiast mentosów wcinać Xanax.

Jak pokazała historia, muzycy Metalliki wybrali inną drogę i nagrali (po wielu latach milczenia) świetny Death Magnetic, ale wróćmy do tematu głównego. Wyżej wymieniony dziwoląg spotkał się z ogromną nienawiścią fanów, a głównym zarzutem była "garkowa" perkusja, która za nic nie przypominała dawnego potężnego soundu, do jakiego przyzwyczaił Ulrich. Zarzut jak najbardziej słuszny, ale czy warto z takiego powodu zepchnąć album w czeluście niebytu?

Jak bardzo nie broniłbym tego albumu, widzę dokładnie wszystkie jego wady. Utwory są zbyt rozciągnięte i w żadnym wypadku liczba pomysłów muzycznych (których jest naprawdę mało) nie uzasadnia ich długości. Męcząca jest także powtarzalność refrenów, które czasami wyśpiewane są ponad 10 razy! Gruba przesada, nie ważne jak dobry to refren (na St. Anger bardzo mało jest przebojowych refrenów). Kolejnym wielkim zgrzytem według fanów był fakt, że zespół zabrzmiał na tym krążku, jakby dopiero wyszedł z garażu, nie wspominając już o kompletnie niezrozumiałych tekstach.

Po przeczytaniu powyższego akapitu, z którym w pełni się utożsamiam nasuwa się pytanie - Czemu bronię St Anger? Co więcej, czemu lubię ten album? Odpowiedź jest złożona i ma podłoże poza muzyczne. Metallica była w bardzo ciemnym miejscu, kiedy tworzyła ten zbiór piosenek. W każdym dźwięku słychać gówno jakie w nich tkwiło w czasie sesji nagraniowej i to jest właśnie piękne w tej muzyce. To niewątpliwie najszczersza płyta tego zespołu. James, Kirk i Lars wywlekli swoje wewnętrzne demony i stworzyli album brudny, brzydki i skrajnie garażowy, album, który trudno polubić tak samo, jak było im trudno polubić siebie nawzajem w trakcie tworzenia St. Anger. Zastanówcie się sami, które zespół na szczycie odważył się nagrać taką płytę? Jaką płytę porównalibyście do tego krążka? Według mnie nikt nie stworzył albumu podobnego St. Anger i choćby za to należy jej się szacunek.

W związku z tym, że zespół właśnie popełnił kolejną kontrowersyjną pozycję w swojej dyskografii możecie spodziewać się niedługo kolejnego artykułu z nazwą Metallica w tytule. Już po pierwszym przesłuchaniu mam sporo przemyśleń. Do zaczytania.

Random Art






piątek, 21 października 2011

Chelsea Wolfe "Mer"

Odczuwam przyjemny strach słuchając Apokalypsis, nie wspominając już o chłodzie jaki wydobywa się z tych dziesięciu utworów. Chelsea potwierdza swoją artystyczną niezależność i chwała jej za to. Miłego słuchania :)

czwartek, 20 października 2011

The Ting Tings - Hang It Up

Coś jednak się dzieje w obozie The Ting Tings skoro pojawił się drugi singiel promujący (zbyt długo powstający) nowy album o nazwie Kunst. Fani popsioczyli i chyba zespół się trochę przestraszył, bo utwór "Hang It Up" jest skrajnie inny od tanecznego "Hands", bardziej rockowo-bujający. Nie wiem, która inkarnacja zespołu bardziej mi się podoba, więc mam nadzieje, że kiedy płyta się wreszcie ukaże to usłyszę je obie.

niedziela, 16 października 2011

Pierwszy odsłuch! Nie gadaj!

Bardzo dobry początek dnia. Obawy dotyczące kondycji Comy rozwiane w kwadrans. Jak napisał mi mój dobry kolega - "Na Pół" to dobra zmyła. Jako singiel stał w ogromnej opozycji do tego do czego przyzwyczaiła nas Coma. Jako część Czerwonego Albumu nie razi już tak bardzo. Początek albumu to krótkie i zwarte ciosy o lekko garażowym brzmieniu. Druga połowa, zaczynająca się od 0RH+ to już czysta poezja. Wybitnie piękne gitarowe pasaże i chwytliwe melodie, które brną wolnym krokiem do wielkiego finału. Taką Comę lubię najbardziej. Bardzo silny kandydat na polską płytę roku.

piątek, 14 października 2011

Album Tygodnia - Mastodon "The Hunter"

Kto mnie choć trochę zna lub regularnie czyta bloga spodziewał się pewnie tej publikacji. Mastodon to wielka nazwa i niewątpliwie jeden z najważniejszych zespołów jakie zdążyłem poznać w ciągu 22 wiosen mojego życia. To chyba właśnie po wysłuchaniu ich albumu Blood Mountain na dobre zanurzyłem się w odmętach metalu. Od tamtej pory każda ich kolejna płyta podobała mi się bardziej, można nawet powiedzieć, że dojrzewałem wraz z zespołem jako słuchacz. Kolejny w dyskografii Crack The Skye okazał się cholernie wymagającym kawałkiem progresywnego grania i wielu sądzi, że zespół się troszkę zagalopował. Dla mnie było to jedno ze szczytowych osiągnięć zespołu i po dziś dzień bardzo cenie sobie ten album. A jak jest z najnowszym wydawnictwem zatytułowanym The Hunter? Zdecydowanie łatwiejsza to płyta, bardziej zbliżona do Krwawej góry pod względem melodyjności i długości kompozycji, ale pokazująca zespół, który wciąż się rozwija. Słychać to zarówno w muzyce, choćby kosmiczne "Creature Lives" jak i partiach śpiewanych. Miło zaskakuje w lwiej części zaśpiewany przez perkusistę Branna Dailora utwór "Dry Bone Valley", który przynosi skojarzenia z Josh'em Homme (szczerze mówiąc głosy mają podobne tylko momentami). Radiowych hitem niewątpliwie powinien zostać "Curl Of The Burl", w którym harmonie wokalne łudząco przypominają Ozzy'ego. Na najnowszym krążku pojawia się także kompozycja (prawie) instrumentalna. "Prawie", bo w "The Sparrow" pojawia się króciutka linia wokalna. Aktualnie jeden z moich ulubionych instrumentali ever. The Hunter to bezsprzecznie kandydat na płytę roku, ale nie jestem pewien czy jest to tak genialna płyta jak poprzedzająca ją Crack The Skye. Mastodon pokazał, że nie ma drugiego takiego zespołu na całym świecie, potwierdził, że jest rozpoznawalną marką i nie schodzi poniżej pewnego, jakże wysokiego artystycznego poziomu. Każda z 13 kompozycji na nowej płycie to szalenie przyjemna podróż, która jak wakacje na Malediwach nie zachęca do powrotu do szarej rzeczywistości. Czy to wystarczy, by Łowca dostał najwyższą notę? Sami oceńcie.

wtorek, 11 października 2011

Krótko i na temat: Dark Time Sunshine, Kasia Nosowska, Evanescence

Dark Time Sunshine - Vessel

Jeżeli szukacie w rapie czegoś innego i pulsującego świeżą energią to DTS jest właśnie dla was. Mimo, że to wydawnictwo z 2010 to wciąż smakuje jakby dopiero wypłynęło ze studia nagraniowego. Pulsujące, nie co kosmiczne podkłady i zaraźliwa melodyka przemawiają za tym by jak najszybciej sięgnąć po Vessel.




Kasia Nosowska - 8

Prosta historia jak to Dejw z zawodu przeskoczył do akceptacji, by następnie przebudzić się pewnej nocy i wypowiedzieć 5 magicznych słów - "Ta płyta jest naprawdę dobra!". Niby Kasia pozostaje Kasią, ale z pomocą Macuka udało jej się trochę odświeżyć swój artystyczny wizerunek. Już pierwszy z brzegu "Rozszczep" intryguje niepokojącą muzyką. Bardzo lubię takie płyty jak ta, w których przeważa różnorodność. Na płycie 8 nie ma dwóch takich samych dźwięków, a każdy wyśpiewany tekst niesie inne emocje.

Evanescence - Evanescence

Wielu zapewne zapomniało o tym zespole. Ja zdecydowanie nie i muszę przyznać, że liczyłem na powrót Amy Lee i spółki. No i się doczekałem - chciałoby się rzec. Zespół, który otworzył mi uszy na kobiecy metal i stworzył dwa dobre, a momentami nawet bardzo dobre albumy powrócił z nowym autorskim materiałem i ma się całkiem nieźle. Trudno jednak powiedzieć czy nowa płyta przysporzy im nowych fanów, a nie wiadomo też ilu starych wytrwało. Przejdźmy jednak do zawartości omawianego krążka - "What You Want" to radiowa petarda, która niejednego zmęczonego kierowce uratuje przed spotkaniem ze słupem telegraficznym. "Oceans" z kolei  ma siłe rozbujać stadiony pełne emocjonalnie niestabilnej młodzieży, a parę innych utworów, w których dla odmiany pobrzmiewa mocniejszy riff zaniepokoi niejedną zatroskaną matkę. Wszystko niby fajnie, ale mam wrażenie, że moment zespołu minął ładnych parę lat temu i bardzo trudno będzie im wypełnić tą lukę (w końcu minęło, aż 5 lat, a Evanescence to nie Metallica) nawet z tak dobrym materiałem jak Evanescence, który mimo faktu, że formuła już nie za świeża to potrafi się podobać. Osobiście bardzo przyjemnie spędzam czas słuchając tych dźwięków i mogę z czystym sumieniem polecić ten album fanom zespołu i niedzielnym słuchaczom, którzy lubią kojące rockowe granie.

piątek, 7 października 2011

Relapse

Obsesyjni fani muzyki tacy jak ja muszą albo wydorośleć albo założyć rockowy zespół, który odmieni oblicze współczesnej muzyki. Nie ma rady. Dopiero będąc w Anglii i pracując po dwanaście godzin zauważyłem ile człowiek jest w stanie poświęcić ze swojej osobowości by prowadzić tzw. "życie". Ostatnie tygodnie muzycznie posunąłem się niewielki odsetek tego, co jako student potrafiłem osiągnąć w ciągu paru dni. Mam tu oczywiście na myśli bycie na bieżąco z muzycznymi nowościami i odkrywanie ciekawych zespołów. Czy to właśnie dorosłość? Czy słuchanie dwóch albumów dziennie to właśnie to, co czeka mnie do emerytury?
Jeśli tak, to wysiadam z tego pociągu, bo bez muzyki jestem tylko powłoką przez, którą, co jakiś czas umyka dusza. Dobrze wiem, że czasami zbytnio podporządkuje swoje życie muzyce (przepraszam Marta...), ale to mnie definiuje, jako człowieka. Ironiczne w tym wypadku staje się hasło "Divorce the Music", ale zawsze takie miało być, bo nie ważne jak, nie ważne gdzie zawsze usłyszę muzykę i wrócę na łamy bloga, by podzielić się wesołą nowiną na temat takich płyt jak najnowszy Mastodon, Pain Of Salvation czy Machine Head, które mam nadzieje w najbliższym czasie po skomentować.
W tym momencie jestem w stanie tylko napisać jak beznadziejne jest słuchanie house/techno/dance po 10 godzin dziennie. Po takiej dawce "dźwiękowej kupy" człowiek zapomina, że istnieje coś takiego jak przyjemna muzyka, a do tego zaczyna kiwać głową, do nie tego, co powinien.
Czas chyba rozważyć kupno porządnego instrumentu :) i skrzyknięcie paru utalentowanych muzyków, bo nie widzę siebie w tej rzeczywistości.