poniedziałek, 31 grudnia 2012

Najlepszy Utwór 2012 #3

Wkraczamy na podium wraz z The Temper Trap. Album The Temper Trap okazał się dość nijaką porcją muzyki, ale znalazły się na nim dwa genialne utwory, w tym właśnie "The Sea Is Calling". Obowiązkowe zapętlenie.

sobota, 29 grudnia 2012

Premiery Stycznia

Cult Of Luna Vertikal (25 stycznia)
Riverside Shrine Of New Generation Slaves (18 stycznia)
Delphic Collections (28 stycznia)
Hatebreed The Divinity Of Purpose (25 stycznia)
Helloween Straight Out Of Hell (22 stycznia)
Circle II Circle Seasons Will Fall (25 stycznia)

Najlepszy Utwór 2012 #4

Zaważyły duety wokalne z dziewczyną :)

piątek, 28 grudnia 2012

Podsumowanie Roku 2012: Świat

Rok 2012 zapamiętam, jako bardzo płodny dla wielu artystów. Mam tu na myśli choćby Crippled Black Phoenix, którzy wydali dwupłytowy album na początku roku i całkiem niedawno EP, The Flashbulb z dwoma albumami, Baroness z podwójnym Yellow & Green i Parov Stelar ze swoją „Księżniczką”, na którą także złożyły się dwa krążki. Jest jeszcze oczywiście Coheed and Cambria i Stone Sour, którzy postanowili rozdzielić swoje podwójne albumy i wydać drugą ich część na początku przyszłego roku.

Ponad 150 zagranicznych albumów na liczniku nie jednego przyprawia o zawrót głowy, a ja wciąż walczę ze sobą by wybrać tych 10 najlepszych. Po co? To pytanie muszę chyba skierować do odpowiedniego specjalisty, który gruntownie przebada moje życiowe motywacje. Wróćmy jednak do muzyki, ponieważ jest o czym pisać. Sam już początek roku przyniósł poważnych kandydatów do miana płyty roku. Tylko wierzchołkiem góry lodowej są Sylvan ze świetnym Sceneries (kolejna podwójna płyta), Crippled Black Phoenix, Mustasch (rockowa petarda!), czy supergrupa Flying Colors, która w tak cudowny sposób połączyła talenty Neala Morse’a, Steve’a Morse’a (tego z Deep Purple), Mike’a Portnoya, Dave’a LaRue i niezwykle uzdolnionego Caseya McPhersona na wokalu, gitarze i klawiszach. Flying Colors ma dziesiątki odcieni i to jest właśnie w tej płycie rewelacyjne, nie wspominając już o pięknych melodiach. Bardzo dobry poziom zaprezentowali, także The Mars Volta, choć ich koncert na tegorocznym Openerze zatarł trochę to wrażenie. Kolejne arcydzieło sprokurowała odrodzona Anathema. Jeśli oceniać tylko i wyłącznie piękno, to grupa zdobyła złoto. W kategorii piórkowej, czyli tej którą stosuję równie często, jak metalowy łomot, dobre wrażenie zrobiła druga płyta Indie popowej Ladyhawke i debiut wydawniczy Lany Del Rey. Santigold też nie przyniosła sobie wstydu tegorocznym Master Of My Make-Believe, choć odnotowałem brak zachwytów. Paloma Faith solidnie, Matisyahu zawodzi utratą osobowości, Yeasayer tendencja spadkowa, ale wciąż jest na czym ucho zawiesić, Alanis Morissette słabiutko. Najlepsze wrażenie i ciarki na plecach i każdej innej części ciała przynosi drugi album Twin Shadow. Confess to zdecydowanie jedna z najlepszych propozycji 2012 roku. Świetne kompozycje i rewelacyjne melodie, a wiecie, jak lubię tą kombinacje.

Skupmy się przez chwilę na zawodach, bo tych było równie sporo, co pozytywnych zaskoczeń, czyli balans zachowany. Jedno z najbardziej dla mnie bolesnych to niewątpliwie Gazpacho z albumem March Of Ghosts, który pokazał zespół dający krok wstecz. Zabrakło świeżych pomysłów i wybijających się ponad przeciętność kompozycji. Te same słowa mogą paść w kontekście Soulfly, choć z ich strony nie liczyłem na wiele, a Gazpacho jednak należy do zespołów, które bardzo lubię. Kolejny wielkim zawodem w progresywnym rocku jest The Pineapple Thief, choć i tak jest lepiej niż w przypadku Gazpacho, bo udało się chłopakom stworzyć co najmniej jedną rewelacyjną kompozycje. Z bardziej mainstreamowego rocka, Skunk Anansie nagrało całkiem niezły, ale niedorównujący poprzednikowi krążek o nazwie Black Traffic. Lekką formę zniżkową prezentuje też Black Country Communion ze swoim trzecim albumem.

Cieszy za to dyspozycja Europe, którzy odkąd wrócili w 2006 z Secret Society nagrywają coraz lepsze płyty. Ponownie Joe Bonamassa poddał się swojemu pracoholizmowi i wydał kolejny solowy album na naprawdę wysokim poziomie. Slash, także nie pożałował sobie nowej płyty, tym razem bardziej monolitycznej, bo nagranej z jednym wokalistą. Apocalyptic Love wybitne nie jest, ale spełnia swoją rolę. Post metalowy Titan wreszcie nagrał pełną płytę i muszę przyznać, że Burn łamie kości. Z tego samego podwórka warto wspomnieć, także Neurosis, którzy po raz kolejny pokazali wszystkim, jak nagrywać rewelacyjne płyty. W 2012 raz jeszcze przyszło nam zostać zgwałconymi psychicznie przez nową muzykę Converge, którzy zdają się nie mieć żadnej konkurencji na metalowym rynku. Pozostaje im, co album przeskakiwać własne dokonania. Po krótce wspomnę jeszcze bardzo udane płyty Tame Impala, Beth Hart, powracającego The Darkness, Kamelot (z nowym wokalistą), Graveyard, The Gathering, Witchcraft, Twelve Foot Ninja i wybitne Deftones. Ci ostatni prawdopodobnie na liście poniżej (kiedy piszę te słowa, nie wiem jeszcze kto na jakiej pozycji się znajdzie).

Nie wspomniałem jeszcze wielu wartościowych albumów, ale trudno w paru zdaniach opowiedzieć tak bogatą muzyczną historię. Po przeczytaniu powyższego tekstu zapewne uznacie, że rozmija się on z faktyczną listą Najlepszych Albumów 2012, ale kto powiedział, że miał on was na cokolwiek naprowadzić. To tylko parę chaotycznych przemyśleń na temat mijającego roku, który przyniósł karuzelę muzycznych wrażeń, zarówno dobrych jak i złych. Życzę sobie i wam by nowy rok przyniósł jeszcze więcej tych pozytywnych, a spoglądając na premiery muzyczne początku roku na to się zanosi.

No dobra czas już na 10 Najlepszych Albumów 2012 roku na świecie! Było ciężko...

1. Twin Shadow Confess
2. Beardfish The Void
3. Flying Colors Flying Colors

4. Deftones Koi No Yokan
5. Anathema Weather Systems
6. Baroness Yellow & Green
7. Plan B Ill Manors
8. The Mars Volta Noctourniquet
9. Parov Stelar The Princess
10. Mustasch Sounds Like Hell, Looks Like Heaven

Najlepszy Utwór 2012 #5

Zajęło to trochę czasu i bolesnej pracy umysłowej, ale nareszcie ułożyłem listę 5 utworów, które najtrwalej zapadły mi w pamięć w 2012. Zaczynamy od ultra-przebojowego "All Night" z ostatniej płyty Parova Stelara The Princess. Jutro następna pozycja z listy.

czwartek, 27 grudnia 2012

Podsumowanie Roku 2012: Polska

Tego roku nie bardzo skupiałem się na sytuacji muzycznej w Polsce. Ograniczyłem się do potrzebnego minimum. Może to ze starości, albo ze zdrowego rozsądku, ale nie sięgałem po każdą pozycje, którą ktoś choćby na jednym portalu pochwalił. Z ogromu kapel, które mogły by mieć znaczenie dla listy 5 najlepszych albumów roku 2012 w Polsce żałuje tylko, że nie przesłuchałem Asgaard Stairs To Nowhere. Mam nadzieję, że będzie jeszcze kiedyś okazja. No, ale czas porzucić żale i skupić się na tym, co jednak udało się w tym roku, a było tego sporo.

Ten rok zdecydowanie należał do kobiet, przynajmniej według moich preferencji i gustów. Ania Dąbrowska nagrała piątą, bardzo dojrzałą płytę, która momentami odświeża jej wizerunek. Bawię Się Świetnie to chyba pierwsza jej propozycja, którą łykam w całości. W pewien sposób odczarowała się dla mnie Maria Peszek, która do tej pory była dla mnie tylko ciekawostką. Jej Jezus Maria Peszek przez wiele tygodni rządziło na listach sprzedaży i podobnie też było z moim sprzętem grającym, który chętnie wypluwał kolejne piosenki z jej najnowszego albumu. Dobre teksty, różnorodna muzyka i ogólna bezkompromisowość Marii zwyciężyła. Jest jeszcze trzecia Pani, która poważnie „nabroiła” tego roku – Mela Koteluk. Każdemu życzę tak dojrzałego i kompletnego albumu na samym początku kariery. Mimo, że Mela ma pewne predyspozycje by niechcący przypominać wokalnie Kasię Nosowską to w większości utworów jest sobą, a jej osobowość czaruje. Świetny jazzujący pop w jej wykonaniu musiał zająć należyte miejsce wśród najlepszych albumów 2012.

Może przejdźmy na chwilę do zawodów, żeby nie było zbyt słodko. Nie miałem w tym roku zbytnich oczekiwań odnośnie polskiej muzyki, ale jeśli już muszę kogoś wymienić to na pewno był to Piotr Rogucki, który nagrał tylko poprawną płytę z reinterpretacjami swoich starszych utworów. Liczyłem też na trochę więcej od hip hopowej grupy The Pryzmats, ale to chyba tylko i wyłącznie wina moich wysokich wymagań, bo Coś Z Niczego to naprawdę fajna płytka. Ponownie pozytywnie zaskoczył Ordinary Brainwash, czyli Rafał Żak, który swoim trzecim już albumem oświadczył, że jest bardzo mocną siłą na polskim rynku progresywnego rocka i miejmy nadzieję nie tylko. Jego album to niewątpliwy czarny koń 2012 roku. Cóż tam jeszcze na tej polskiej ziemii? Ach, dzięki mojej rozwijającej się karierze recenzenta poznałem bardzo ciekawe płyty Popsysze, Asia i Koty, Drekoty i chyba najlepszy z tej czwórki Gars z rewelacyjnym albumem Gruzy Absolutu, Rewizja Symboli. Ufff, dużo tego, a to jeszcze nie wszystko. Ze świetnym i zaskakującym krążkiem powrócił Inowrocławski Quidam. Ich zaśpiewany po Polsku Saiko to jeden z najbardziej kontrowersyjnych krążków roku. Trudno powiedzieć czy taki wyczyn przyniesie im więcej fanów czy szkody. Mi osobiście bardzo spodobały się zarówno poetyckie teksty wyśpiewywane przez Bartka, jak i standardowo wysokiej jakości muzyka. Zresztą chyba widać to na liście poniżej.

Sylwester Riedel ponownie nagrał bardzo sycącą porcje blues rocka ze swoim Cree, a Ananke porwało w art rockowe przestworza zarówno wielowymiarowymi tekstami, jak i bajecznymi kompozycjami. Specjalnie na koniec zostawiłem największe zaskoczenie roku, a mianowicie NOKO, którą to kapele wielu może kojarzyć z polsatowskiego It Must Be the Music. Tak dobre rock metalowe płyty zdarzają się w Polsce rzadko, dlatego też wymagają należytego wyróżnienia. Rzutem na taśmę na listę wparował hard rockowy Kruk z albumem Be3. Żeby ocenić te pozycje i umieścić we właściwym miejscu na poniższej liście musiałem poczekać na Mikołaja. Po raz trzeci muszę napisać, że Kruk is power! Wciąż poznaję tą płytę, ale jestem pewien, że zasługuje na zajęte miejsce.

Czas na weryfikacje powyższej treści z listą 5 najlepszych polskich albumów 2012:

1. Quidam Saiko
2. Noko Noko
3. Kruk Be3

4. Mela Koteluk Spadochron
5. Ordinary Brainwash Me 2.0 / Ananke Shangri-La

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Drekoty - Persentyna

Panie i Panowie! Proszę zająć swoje miejsca i przygotować się na niezwykłe przedstawienie. Wystąpią przed Wami trzy kobiety o silnych muzycznych charakterach, a to co wam zaprezentują zowie się „Persentyna”. Jakiekolwiek przysypianie, pochrapywanie, czy oddawanie się innym czynnością w trakcie spektaklu jest surowo wzbronione. Nie przestrzeganie tych zasad może poskutkować przeoczeniem ważnych fragmentów tego niezwykłego przedstawienia. Czytaj dalej

środa, 19 grudnia 2012

Ludwików Pięciu

Kto lubi amalgamat Rocka i Hip Hopu powinien przesłuchać powyższą propozycje grupy Ludwik, w której każdy ma na imię Ludwik, ale łączą różne muzyczne wpływy. Ludwik Ludwikowi nierówny.

niedziela, 16 grudnia 2012

Podsumowania Czas Zacząć!

Zamknięcie roku coraz bliżej, więc możecie się spodziewać z mojej strony powoli napływających podsumowań roku. Tym razem oprócz standardowego zestawienia najlepszych albumów polskich i zagranicznych, spróbuje wybrać najlepszy utwór 2012. Ponownie będzie to bardzo subiektywne podsumowanie, bo nie może być miejsca na obiektywizm, kiedy wybieram albumy, które spodobały się mi. Zachęcam do wrzucania swoich propozycji płytowych w komentarzach, jeżeli czegoś nie słyszałem sprawdzę i ocenię. Oczywiście ulubione utwory też są mile widziane. Do zaczytania :)

sobota, 15 grudnia 2012

czwartek, 13 grudnia 2012

Krótko i na temat: Always The Quiet Ones, Kamp!,

Darujcie sobie szczepienia przeciw grypie. Ta składająca się z dwóch kompozycji EPka (singiel?) chłopaków z Always the Quiet Ones daje taki zastrzyk energii, że starczy wam zdrowia do przyszłej zimy. Zazwyczaj nie sięgam po takie wydawnictwa, ale zachęciły mnie pochlebstwa ze strony brytyjskiego młotka. Nie mylili się oni nawet o nutę, może jedynie porównanie do Tool było ponad miarę, bo trudno je wyłapać. Niemniej jednak Always the Quiet Ones (co za nazwa!) to perfekcyjna rockowa maszyna... jak na razie.
Nie miałem zbyt wygórowanych nadziei względem długograja Kamp!, więc o zawodzie też być nie może, zwłaszcza, że Kamp! to całkiem solidna pozycja potwierdzająca pozycje grupy na rynku muzyki elektronicznej. Sporo utworów było już słuchaczom znane, co w pewnym stopniu jest zawodem. Nowości jednak trzymają podobny poziom kompozytorski i mimo rozstrzału chronologicznego pomiędzy utworami, Kamp! jest bardzo spójne. Może i grupa nie nagrała nowych przebojów, ale skomponowała zestaw całkiem urokliwych dźwięków skąpanych po samą szyję w latach 80-tych.

środa, 12 grudnia 2012

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Wywiad z zespołem Gars

"Organizujemy muzyczną przestrzeń" - wywiad z Przemkiem Lebiedzińskim, Adamem Piskorzem i Jakubem Rusakowem

Dawid Zielonka: Od premiery waszego najnowszego albumu minęło już sporo czasu. Powiedzcie czy, jako zespół jesteście zadowoleni z dotychczasowego odzewu?

Gars: Jasne, odzew ze strony internetu rzeczywiście jest spory i bardzo nas to cieszy, ale apetyt rośnie. Jesteśmy świadomi, że ta płyta nam się udała i powinni posłuchać jej wszyscy, którzy siedzą w takich dźwiękach (śmiech). Zebraliśmy sporo przychylnych opinii, ale najważniejsze dla nas jest, żeby przełożyło się to na jeżdżenie po kraju i granie tego materiału na koncertach. A z tym robi się w Polsce coraz większa "lipa".

Przebłyski Przyszłych Płyt: Biffy Clyro

Czas na kompozycje "Black Chandelier" promującą przyszłoroczny dwupłytowy album Biffy Clyro Opposites. Data premiery to 28 stycznia.



The Sand At The Core Of Our Bones:
1. Stingin' Belle
2. Sounds Like Balloons
3. Biblical
4. The Joke's On Us
5. Black Chandelier
6. A Girl And His Cat
7. Opposite
8. The Fog
9. Little Hospitals
10. The Thaw

The Land At The End Of Our Toes:
1. Different People
2. Modern Magic Formula
3. Spanish Radio
4. Victory Over The Sun
5. Pocket
6. Trumpet Or Tap
7. Skylight
8. Accident Without Emergency
9. Woo Woo
10. Picture A Knife Fight

piątek, 7 grudnia 2012

POKRAK "Nowhere Control"

Kompozycja z albumu Selfinside, który został Demo(n)em Miesiąca w ostatnio wydanym Metal Hammerze. Zespół pochodzi z Białegostoku. 

czwartek, 6 grudnia 2012

Przebłyski Przyszłych Płyt: Rasmentalism

Niekoniecznie kierunek w jakim chciałbym żeby poszli, ale cieszy perspektywa nowej płyty. Szkoda tylko, że dopiero na jesień 2013.

środa, 5 grudnia 2012

Deftones "Leathers"

Jakoś nie miałem natchnienia i czasu by napisać o albumie Koi No Yokan, ale nie znaczy to wcale, że nie jest on wart uwagi. Całkiem możliwe, że nowa propozycja zespołu z Sacramento przebija rewelacyjne Diamond Eyes z 2010 roku, czyli wchodzimy już na naprawdę wysoki poziom wykonawczy. Tym samym mamy do czynienia z absolutnie jednym z najlepszych albumów Deftones. Koi No Yokan jest szalenie różnorodny, balansuje gdzieś między niebezpieczną agresją, a kojącym pięknem i osiąga to z wielką gracją. Pierwszy raz od dawna w przypadku Deftones całe instrumentarium i wokale Chino brzmią, jak jeden żywy organizm. Moja miłość do zespołu bezustannie rośnie.

Krótko i na temat: Soundgarden Galahad, The Gathering

Zupełnie niepotrzebny mi do szczęścia comeback, ale trzeba przyznać, że poziom utworów wypełniających ten album jest całkiem dobry. Brak tu wyżyn, ale można przebyć miły i niewymagający spacer po idealnie wypolerowanej powierzchni. Wciąż wolę Audioslave.
Spotkałem się z paroma opiniami, że kolejna tegoroczna płyta Galahad jest znacznie lepsza od Battle Scars  z kwietnia tego roku. Słucham tego Beyond The Realms Of Euphoria i coś nie mogę się do tej opinii przekonać. W moim odczuciu jest to album pozbawiony w wielu miejscach energii i sprowadzony do miałkości, ale z drugiej strony jego bardziej elektroniczny charakter nadaje mu ciekawy muzyczny odcień. Klawiszowiec odstawia tu naprawdę dobrą robotę, choć brak mi trochę gitar i bardziej zdecydowanych ataków wokalnych Stuarta Nicholsona z tego też względu stawiam go jednak wśród mniej lubianych pozycji grupy.
THE GATHERING - DISCLOSURE

Album Disclosure to moje pierwsze spotkanie z The Gathering i prawdopodobnie najlepszy kawałek muzyki, jaki aktualnie słucham. Niesamowicie eteryczna, a jednocześnie zadziorna wyszła im ta płyta. Każda kompozycja ma swój charakter i przez cały swój czas trwania czaruje słuchacza różnorodnością. Dużo na Disclosure elektroniki, ale nie zabrakło też ostrzejszych brzmień, które dodaje niezbędnej głębi i wielowymiarowości.

piątek, 30 listopada 2012

IAMX "The Unified Field"

Kolejna świetna wiadomość tego dnia... Nowy album IAMX The Unified Field ukaże się już w marcu 2013.

Przebłyski Przyszłych Płyt

Niezwykle ciekawie zapowiada się oferta wydawnicza początku 2013 roku. Do grona artystów, którzy zaplanowali premierę swoich albumów na ten okres dołącza Steven Wilson. Jego kolejne solowe dzieło, zatytułowane The Raven That Refused To Sing (and Other Stories) ukaże się 25 lutego nakładem Kscope. Poniżej lista utworów:


1. Luminol (12.10)
2. Drive Home (7.37)
3. The Holy Drinker (10.13)
4. The Pin Drop (5.03)
5. The Watchmaker (11.43)
6. The Raven that Refused to Sing (7.57)

Twelve Foot Ninja "Coming For You"

Czyżby następcy Faith No More? Utwór pochodzi z albumu Silent Machine.

Premiery Grudnia

Lifehouse Almeria ( 11 grudnia)
Big Boi Vicious Lies and Dangerous Rumours (11 grudnia)
Katy B Danger EP (7 grudnia)

czwartek, 29 listopada 2012

poniedziałek, 26 listopada 2012

Satellite Beaver Vs Broken Betty

Czasami, aż trudno mi uwierzyć, że mamy w Polsce, aż tyle dobrych zespołów, które mogłyby śmiało grywać światowe trasy. Tym razem przyszło mi zanurzyć się w stylistykę około stoner rockową.
Pierwszy wpadł mi w ręce Satellite Beaver ze swoją EP The Last Bow. Składają się na nią 4 piosenki (właśnie tak!) o średnim czasie trwania 4 minuty. Grupa lubuje się w brudnej, pustynnej muzyce, która momentami emanuje duchem Fu Manchu, ale trzeba przyznać, że Satelitarny Bóbr z większą chęcią dokłada do pieca. The Last Bow zaraża energią i trudno mi wyobrazić sobie fana krwistego rocka/metalu, który tą pozycje odrzuci. Zwłaszcza, że oprócz świetnych kompozycji mamy też genialny wokal, idealnie pasujący do obranej stylistyki, charczący i drapieżny. Gdybym dostał ten album do ręki, zupełnie nic o grupie nie wiedząc, powiedziałbym, że zespół na pewno pochodzi z Ameryki.
Broken Betty różni się  nieco stylistycznie od Satellite Beaver. Na ich EP składają się dwie krótsze i jedną dłuższa ( ponad 12 minut) kompozycje. Można śmiało zaryzykować stwierdzeniem, że muzyka wykonywana przez Broken Betty to stoner metal, ale jest to zbytnim uproszczeniem. Na Original Features znajdziemy więcej space rocka i psychodeli niż na EP Satellite Beaver. Słychać to szczególnie w wieńczącym całość epickim "Terminus (Freedom Out Of Fire)". Grupa z Trójmiasta stawia głównie na basowe brzmienie, każda kompozycja ma w sobie wyeksponowany i soczysty bas, zarówno ten generowany przez perkusje, jak i ten gitarowy. Bardzo dobrze wrażenie robi instrumentalny (nie licząc przesterowanych krzyków) "Everybodyshitsonmtv", który ma w sobie niesamowite pokłady czadu. Ponownie wokal jest silnym punktem zespołu. Ja osobiście słyszę w jego barwie lekkie echa Brenta Hindsa z Mastodon, czyli ogólnie wysoka półka i ciekawa barwa.

Nie mam zamiaru wybierać zwycięzcy tego pojedynku, ponieważ oba zespoły mimo, że poruszają się w podobnej stylistyce, to brzmieniowo i artystycznie stoją do siebie w lekkiej opozycji. Gdzie jeden band stawia na brud i przester, tam drugi pływa w gęstwinie mięsistego basu. Zarówno The Last Bow, jak i Original Features zrobiło na mnie ogromne wrażenie i już zacieram ręce na nową porcję muzyki od tych grup.

niedziela, 25 listopada 2012

OCN, czyli Ocean po angielsku


Drekoty "Za"

Kawałek naprawdę intrygującej muzyki i prawdopodobnie kolejny album, jaki zrecenzuje dla Laboratorium Muzycznych Fuzji. Album, z którego pochodzi "Za" o tytule Persentyna ukazał się 16 listopada nakładem wydawnictwa Thin Man Records.

wtorek, 20 listopada 2012

Shrine of New Generation Slaves

Kolejna płyta Riverside, kolejne intrygujące dzieło Travisa Smitha (patrz powyżej). Nowy album naszych progrockowców, zatytułowany Shrine of New Generation Slaves w Polsce ukaże się 18 stycznia 2013, a na świecie 3 dni później. Oto trakclista:


1. New Generation Slave (4:17)
2. The Depth of Self – Delusion (7:39)
3. Celebrity Touch (6:48)
4. We Got Used To Us (4:12)
5. Feel Like Falling (5:17)
6. Deprived (8:26)
7. Escalator Shrine (12:41)
8. Coda (1:39)

niedziela, 18 listopada 2012

Przebłyski Przyszłych Płyt: Tenacious D

Tenacious D planuję w tym roku jeszcze jedno wydawnictwo, a mianowicie... album jazzowy. Tak, nie ma tu żadnej literówki. Projekt jest ściśle związany z premierą najnowszego filmu Jacka Blacka - Bernie. Nie wiadomo jeszcze dokładnie, jaki kształt będzie miało to wydawnictwo. Trzeba będzie poczekać do 23 listopada, żeby się przekonać.

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Gars - Gruzy Absolutu, Rewizja Symboli

Moje pierwsze spotkanie z muzyką Gars przebiegało w dość burzliwym i absorbującym momencie mojego życia, a jednak w jakiś sposób udało się jej przebić do mojej świadomości i przyciągnąć uwagę, a czasami nawet wzbudzić szczery podziw. Czytaj dalej

sobota, 17 listopada 2012

Coheed and Cambria "The Afterman"


Krótko i na temat: Lao Che, Black Country Communion

Lao Che wielokrotnie udowodniło, że jest zespołem bezkompromisowym, który na każdej kolejnej płycie odkrywa się na nowo. Najnowszy wynalazek grupy zdaje się jednak być najmniej przekonujący, a przede wszystkim bardzo wymagający. Nie trafia do mnie zbytnio podejście do kompozycji, są one zbyt leniwe i zbyt mocno skupione na sekcji rytmicznej, która szczerze mówiąc w wielu momentach płyty jest jednowymiarowa. Dawno mi się nie zdarzyło, żeby to liryki sprawiały, że wracam do albumu, a w przypadku Soundtrack tak właśnie jest. Najbardziej przypadły mi do gustu te do "Jestem Psem", który przy okazji jest najciekawszym utworem na płycie (subiektywny osąd), "Dym" i przezabawnego "Zombi!". Muzycznie niestety nie znalazłem tu zbyt wiele dla siebie. Mimo to wciąż trzymam kciuki za ekipę Spiętego.
Afterglow może być dla Black Country Communion lekką zadyszką. Album, jako całość nie powala tak, jak poprzednie dokonania grupy, ale im bardziej się w niego zagłębimy tym więcej urzekającej muzyki znajdziemy. Przyszłość tej supergrupy zdaję się być jednak lekko zagrożona, bowiem wychodzi na to, że praktycznie całość Afterglow została skomponowana przez Glenna Hughesa i to on nalega by zespół komponował nowe utwory. Przy okazji poprzednich płyt zespołu było podobnie, ale tym razem odcisnęło to znaczne piętno na muzyce. 

niedziela, 11 listopada 2012

Ania - Bawię Się Świetnie

               Z całej zgrai postaci, które przewinęły się przez program Idol, to właśnie Ania Dąbrowska wydaje mi się być największą wygraną polsatowskiego show. Nie dość, że odniosła sukces komercyjny to jej kolejne płyty stoją na niewątpliwie wysokim poziomie artystycznym. Bawię Się Świetnie to już piąta propozycja Ani i według zapowiedzi artystki zbacza nieco z dotychczasowej muzycznej drogi.
               Miał być koniec z retro i po części tak jest. Trudno jednak starać się zmieniać skład swojej krwi, a w żyłach Ani gra taka właśnie muzyka. Album zaczyna się urokliwą "Nadziejką", a zaraz po niej następuje absolutny hit tego albumu. Numer tytułowy to singiel idealny, Ania złączyła wszystko, co w jej muzyce najlepsze i dodała do tego ultra-melodyjny refren. Po prostu bawię się świetnie! To jeszcze nie koniec tego mocnego rozpoczęcia, bo już na trzeciej pozycji znajduje się mój ulubiony utwór - "Sublokatorka" to powiew świeżości w muzyce Dąbrowskiej. Wyrazista gitara i wielopoziomowe faktury tego utworu nadają mu uwodzicielskiego charakteru. Już nie wspominając o wokalu.
               Niezwykle osobiście wybrzmiewają teksty, Ania w piękny i prosty sposób przelała uczucia na papier, a jeszcze lepiej je wyśpiewała. Te historie po prostu ożywają w trakcie słuchania.
               Jeśli chodzi o porzucenie retro, to słychać je wyraźnie w takich utworach, jak "Sublokatorka" i chyba najbardziej elektronicznym utworze w karierze artystki - "Na Oślep". W tym drugim zwróćcie szczególną uwagę  na genialną pracę basu. W pozostałych utworach wciąż słychać echa poprzednich dokonań Dąbrowskiej, ale nie są one już tak jazzujące, jak to bywało choćby na Samotność Po Zmierzchu. 
               Poświęcając temu albumowi parę "głębszych" odsłuchań możecie sobie uświadomić, że to prawdopodobnie najdojrzalsza płyta Ani. Ja jestem już tego prawie pewien.

4,5/5

środa, 7 listopada 2012

Przebłyski Przyszłych Płyt: Eels

Dawnośmy nie słyszeli nowych kompozycji grupy Eels. "Peach Blossom" jest okazją do zapoznania się z tym, co aktualnie Everettowi w duszy gra. Premierowy album zaplanowany jest do desantu 5 lutego przyszłego roku.

W Ogrodzie Dźwięku objawił się Król Zwierz

No i powrócili! Jak myślicie, co z tego wyjdzie? Do Soundgarden jakoś nigdy nie było mi po drodze, ale może dla Chrisa Cornella rzucę uchem na King Animal.

czwartek, 1 listopada 2012

Srebrny Cierń

               Muszę przyznać miałem swoje obawy, kiedy usłyszałem, że Roy Khan opuścił grupę i najnowsze dzieło Kamelot zatytułowane SilverThorn wyśpiewa nowy nabytek. Już bez tego traciłem powoli zainteresowanie zespołem. Ich kolejne krążki zaczęły być zbyt podobne do siebie i pozbawione jakiegoś elementu, który by wzbudził we mnie dawne do nich uczucia. 
              Jakie było moje zaskoczenie, kiedy usłyszałem parę pierwszych utworów z najnowszego longpleja i uświadomiłem sobie, że ponownie jestem zafascynowany muzyką Kamelot. Tommy Karevik, następca Khana sprowadził zbawienny wiatr pod skrzydła zespołu. Jego głos z pozoru mniej ciekawy od Roya, tak naprawdę ma wiele pozornie ukrytych zalet. Głos Karevika jest bardzo ciepły i aksamitny, osobiście dopatrzyłem się w nim podobieństw do poprzedniego wokalisty grupy, oraz... Jorna Lande. Tak, to prawda Tommy nie ma takiej chrypy, jak Norweg, ale musicie przyznać, że coś w jego barwie pobrzmiewa podobnie.
              Oczywiście nie tylko wokalista stoi za niewątpliwym sukcesem artystycznym SilverThorn. Na wspomnienie zasługują orkiestracje wykorzystane znacznie lepiej niż to bywało na dwóch poprzednich propozycjach zespołu. Gitarzyści, także pokazali pazur, przez, co muzyka nabrała wielobarwności i głębi. Myślę, że oczaruje was szczególnie pojedynek klawiszy i gitary w utworze "Ashes To Ashes", bo wypadło to naprawdę interesująco. Przepięknie wypadła, także ballada "Song For Jolee". Co więcej, dużo na SilverThorn świetnych, ale nieoczywistych melodii, które sukcesywnie wkradają się w podświadomość.
               Podsumowując to wszystko, co napisałem wcześniej powstanie obraz naprawdę solidnej płyty i taka właśnie ona jest.

Krótko i na temat: Mela Koteluk, Stone Sour, Neurosis

Za poznanie tej wspaniałej artystki muszę podziękować miesięcznikowi Papermint, w którym to o niej przeczytałem. Trzeba przyznać nie przesadzili z pochwałami. Mela Koteluk jest ewenementem, pierwszą od lat tak wyrazistą artystycznie postacią na polskiej scenie muzycznej. Nie dajcie się zwieść singlowemu "Dlaczego Drzewa Nic Nie Mówią", w którym Mela łudząco przypomina barwą Kasię Nosowską. Koteluk nie jest niczyim klonem i bez dwóch zdań posiada swoje własne JA. Na Spadochronie przyjdzie nam poszybować nad szerokim spektrum kobiecej muzyki, znajdziemy tu zarówno ulotny jazz, jak i mocny pop rock, nie zabrakło też elektroniki.Wielkim plusem jest też warstwa tekstowa. Tak trafnych liryków po polsku nie słyszałem od dawna. Są proste i poetyckie zarazem, do tego nie rażą pretensjonalnością. Spadochron to czarodziejska płyta.
Pierwsza część House of  Gold & Bones z pewnością zaostrza apetyty na jej kontynuacje. Po nieco zbyt radiowym Audio Secrecy ekipa Coreya Taylora wraca do bardziej metalowego grania. Powróciły też solówki, co bardzo cieszy. House of Gold & Bones Pt 1 zaczyna się od przytupu ("Gone Sovereign") i przytupem się kończy ("Last of the Real"), co tworzy swoistą klamrę zawartości tego albumu.  Szybko wymieńmy wszystkie naj. Najbardziej przebojowy - "Absolute Zero"; najbardziej metalowy - "RU486"; najpiękniejszy - "Taciturn"; najgenialniejszy - "Tired". Zatrzymajmy się przy tym ostatnim, bo to właśnie on stanowi o sile tego wydawnictwa. "Tired" zaczyna się świetnym riffem, który od razu przywołuje skojarzenia z Tool (czyżby zasługa producenta?), a potem nabiera takiej mocy, że mógłby zasilić na tydzien 100 tys. miasto. Coś pięknego! Najnowsze dzieło Stone Sour stawiam obok Come What (Ever) May, jako dwie najlepsze płyty zespołu.
Znowu tego dokonali. Grupa Scotta Kelly'ego ponownie pokazała, jak tworzyć posępny post, sludge, doom metal. Następców nie widać, a tym bardziej nie słychać. Neurosis ma w sobie coś takiego, czego nie da się podrobić. atmosfera ich krążków, wręcz wchłania słuchacza. Wprawdzie Given To The Rising był w tej materii skuteczniejszy, ale Honor Found In Decay ma również wiele do zaoferowania.

wtorek, 30 października 2012

Premiery Listopada

Deftones Koi No Yokan (13 listopada)
Kruk Be3 (12 listopada)
Soundgarden King Animal (12 listopada)
Tiamat The Scarred People (6 listopada)
Aerosmith Music From Another Dimension! (6 listopada)
Kim Nowak Wilk (6 listopada)
Hunter Królestwo (6 listopada)
Green Day Dos! (12 listopada)
Stos Jeźdźcy Nocy (12 listopada)
Björk Bastards (19 listopada)
Mogwai A Wrenched Virile Lore (19 listopada)
Kamp! Kamp! (23 listopada)
Alastor Out Of Anger (12 listopada)


sobota, 27 października 2012

Przebłyski Przyszłych Płyt: Depeche Mode

Na horyzoncie rysuje się nowa płyta Depeche Mode, a już dziś możemy posłuchać nowego utworu o dźwięcznej nazwie "Angel Of Love" w towarzystwie ujęć ze studia nagraniowego.

czwartek, 25 października 2012

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Asia i Koty - Miserable Miaow

Na YouTube w komentarzach pod filmem do utworu Hazy Morning, który promował EP-kę „Asia i Koty” można przeczytać opinię o takiej treści:Pełno tego na świecie. Może to i prawda, ale na naszym polskim ogródku Asia i jej koty są, jak długo wyczekiwani goście, a krążek „Miserable Miaow” wnosi aromat autentyczności na śmierdzące plastikiem półki muzycznych sklepów. To oczywiście, tylko zgrabna przenośnia, bo jakoś nie widzę tego typu wydawnictw na wystawie, powiedzmy... w Empiku. To raczej muzyka dla osób poszukujących dźwięków na własną rękę, którzy wiedzą czego chcą, a niżeli dla młodzieży łaknącej wpisania się we współczesne trendy. Czytaj dalej

P.S. Dla wiadomości stałych bywalców Divorce The Music, jest to pierwsza moja recenzja płyty nadesłanej bezpośrednią przez wydawnictwo. Należą się tu podziękowania dla Laboratorium Muzycznych Fuzji, bo to dzięki współpracy z tym blogiem miałem szanse i przyjemność to zrobić, a także Nasiono Records, które ten album mi wysłało.

sobota, 20 października 2012

Krótko i na temat: Placebo, Bad Light District, Ellie Goulding

Placebo wreszcie zaspokaja apetyty wygłodniałych fanów. To na razie tylko EP, ale wystarczy na parę miesięcy zanim grupa złoży pełny album. Prognozy są niezłe, bo B3 to spotkanie nowego ze starym podane w, jak najbardziej satysfakcjonujący sposób. Najbardziej klasycznie wypada "I.K.W.Y.L." z genialną gitarą Molko, z kolei "The Extra" i 7-mio minutowy (sic!) "Time Is Money" to już bardziej współczesne oblicze zespołu. Dużo w tych utworach subtelnych dźwięków i charakterystycznych dla Molko liryków. "Time Is Money" najmniej mnie jednak przekonał z całego zestawu, może dlatego, że jest przy długi. Singlowy "B3 spodoba się na pewno fanom "Taste In Men". Brytyjskie trio pokusiło się także o nagranie coveru. Utwór "I Know You Want To Stop" zupełnie nieznanego mi zespołu Minxus to wisienka na torcie.
Zdążyłem już prawie zapomnieć, że kiedyś istniał taki projekt, a tu nowa płyta. Do tego wydaje się  być lepsza niż debiutanckie Simplifications. Drugi album w dorobku Michała Smolickiego (perkusista New York Crasnals) to niezwykle przyjemna muzyczna podróż. Ilekroć go słucham czuję się pozytywnie nakręcony. Nie jestem pewien czy to zasługa ciepłego głosu Jacka Smolickiego (również NYC) czy może raczej nośnych gitarowych riffów. W każdym razie Nothing Serious to jedna z najmocniejszych pozycji w polskiej alternatywie 2012.
Twardy orzech do zgryzienia z tą nową płytą Ellie Goulding. Muzyka tej Brytyjki pochłonęła mnie bez reszty jeszcze zanim ktokolwiek pomyślał, że jej utwory będą puszczane na Esce. Pokochałem wszystkie demówki włącznie z pięcioma różnymi wersjami "Starry-Eyed", udało mi się nawet pokochać jej debiutancką płytę. Potem pojawiło się jeszcze uzupełnienie w postaci Bright Lights i doszło trochę mocnych kompozycji. Halcyon, drugi pełnoprawny album artystki, od początku jednak wzbudza we mnie mieszane uczucia. Ellie się zmieniła, śmielej eksploruje elektronikę (czyżby zasługa/wina Skrillexa?) i eksperymentuje ze swoim, co by tu nie mówić, charakterystycznym śpiewem. Wychodzi to różnie, ale na pewno na Halcyon nie brak różnorodności i przebojowości. Zdążyłem już pokochać parę utworów ("Don't Say A Word", "Figure 8", bonusowy "Ritual"), ale całości chyba nigdy w pełni nie łyknę. Test drugiego albumu uznaje jednak za zdany z wynikiem pozytywnym, bo Ellie Goulding wciąż ma wiele do zaoferowania.

Przebłyski Przyszłych Płyt: Kruk

Zaskakujący wybór singla. Nie dość, że to ballada to jeszcze w języku polskim. Zapowiada się intrygujący materiał. Album "Be3" ukaże się 12 listopada. Polecam zaopatrzyć się w cierpliwość.

piątek, 19 października 2012

niedziela, 14 października 2012

Kaki King - Glow

Twórczość Kaki King znam pobieżnie. Pierwszy raz usłyszałem jej muzykę w filmie August Rush, ale nie zdawałem sobie sprawy, że to właśnie ona stoi za niesamowitym talentem muzycznym tytułowego bohatera. Uświadomiła mnie o tym dopiero niedawno dziewczyna. W pełni świadomie Kaki poznałem przy okazji albumu Junior, który w pewnym stopniu mnie kupił.

Przyszedł czas na następce wspomnianej wyżej płyty i tym razem kompozytorka zdecydowała, że będzie to w całości muzyka instrumentalna. W ogromnej większości na Glow usłyszymy, więc jej gitary (głównie akustyczne), a znacznie rzadziej instrumenty smyczkowe, dzięki współpracy kwartetu ETHEL.

Album rozpoczyna akcent folkowy w utworze „Great Round Burn” , a to za sprawą smyczków. Podobne inspiracje można usłyszeć także w „King Pizel”. Oprócz przemycania elementów folku Katherine Elizabeth King skupia się na budowaniu klimatycznych i złożonych gitarowych konstrukcji, które czarują zwiewnością mimo, że brzmią jakby były piekielnie trudne do wykonania. No, ale Amerykańska artystka jest niewątpliwym talentem i nie boi się pokaleczyć sobie paluszków dla dobra kompozycji.

Najjaśniejszym punktem programu , jak dla mnie jest porywający „Kelvinator, Kelvinator”, który pobudza każdy nerw mojego ciała i porywa go do opętańczego tańca. Zagęszczenie dźwięku jest tu niesamowite. Choćby dla tej kompozycji warto sięgnąć po Glow, a jest przecież jeszcze „The Fire Eater”, w którym artystka stara się nieco urozmaicić pozorną prostotę konstrukcyjną poprzednich utworów. Kawałek rozwija się powoli, by na koniec zahipnotyzować emocjonalną partią gitary. „Bowen Island” z kolei czaruje orientem poprzez dźwięki harfy.

Drobnym mankamentem albumu Glow zdaje się oparcie większości kompozycji na brzmieniu akustycznych instrumentów. Czuć, że odrobina przesterowanych gitar nadała by materiałowi większej głębi, ale może po rockowym Junior Kaki chciała sobie zrobić wolne od tego typu rozwiązań.

Mimo ewidentnej schematyczności w budowie tych dwunastu kompozycji i braku specjalnej oryginalności, dzięki niewątpliwej wirtuozerii Kaki King album Glow nie ma prawa się nie podobać miłośnikom gitarowej muzyki, którzy powinni jej skosztować, jak najszybciej. Przy tym albumie będziecie mieli okazje zregenerować siły po ciężkim dniu, a przy tym spędzić naprawdę miłe chwile.

3,5/5

piątek, 12 października 2012

środa, 10 października 2012

Zachętka

Utwór z ostatniego albumu grupy, Lonerism.

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Muchy - Chcecicospowiedziec

Debiutancki „Terroromans” grupy z Poznania był ogromnym sukcesem. Zachwyty recenzentów i gawiedzi zdawały się nie mieć końca. Nie było więc zaskoczeniem, że oczekiwania względem następcy rosły dopóki nie nabrały niewyobrażalnych rozmiarów. Tak niewyobrażalnych, że było wręcz pewne, że zespół im nie sprosta bez względu na to, jak dobrą płytę by nagrał. 8 marca 2010 roku prawie 3 lata po debiucie na rynku ukazał się krążek „Notoryczni Debiutanci”, który z miejsca został uznany za zawód. Nie znaczy to wcale, że był zły. Zespół kontynuował obraną ścieżkę i nagrał parę naprawdę świetnych piosenek z błyskotliwymi tekstami Wiraszko. Czytaj dalej

wtorek, 9 października 2012

Krótko i na temat: Three Days Grace, Echolyn

Three Days Grace - Transit Of Venus

Three Days grace najlepsze lata zdaje się mieć za sobą. Cieszy jednak fakt, że wciąż nagrywają przebojowe rockowe płyty, których słucha się z nieskrywaną przyjemnością. Nie boją się też nowych rozwiązań. Chociażby taki "Time That Remains" pokazuje zespół z nowej strony dzięki swojej pół-akustycznej formule, a cover piosenki Michaela Jacksona "Give In To Me" jest prawdopodobnie największym pozytywnym zaskoczeniem albumu. Ortodoksi pewnie powiedzą, że Adam Gontier może Mike'owi nagrobek, co najwyżej polerować, ale trudno zaprzeczyć, że szlagier króla popu zabrzmiał na Transit Of Venus potężnie.

Echolyn - Echolyn

Ta grupa ze Stanów Zjednoczonych może się pochwalić już dziewięcioma albumami studyjnymi na swoim koncie. Echolyn to jednak moje pierwsze spotkanie z tą nazwą. Najwidoczniej zacnych zespołów na świecie jest, co nie miara i muszę się pogodzić z tym, że nie zdążę w moim krótkim życiu poznać ich wszystkich. Echolyn gra progresywnego rocka opartego na najlepszych wzorcach. Mamy tu zarówno obowiązkowe klawiszowe tła, epickie muzyczne kolosy, a także bardziej piosenkowe formy. Czasowo to 75 minut świetnej muzyki przepełnionej zachwycającymi melodiami wyśpiewanymi przez Bretta Kulla.

piątek, 5 października 2012

Adele "Skyfall"

No i mamy kolejny bondowy hit :)

Muse - The 2nd Law

Niech żyje recykling! Przyznajmy szczerze, Muse nigdy nie było zespołem nowatorskim. Od początku kariery czerpią garściami z dorobku bardziej uznanych kolegów po fachu. Udaje im się wprawdzie na każdej płycie przemycić cząstkę czegoś, co można nazwać własnym stylem. Porównywani wielokrotnie do Radiohead na początku kariery, grali muzykę znacznie cięższą gatunkowo, wręcz przytłaczająco gęstą. Wokalnie niewprawione ucho miało jednak duże problemy z odróżnieniem Bellamy’ego od Yorke’a. Na wysokości albumu The Resistence Brytyjczycy z wielką odwagą lub raczej zapatrzeniem ujawnili aspiracje zostania klonem legendarnego Queen. Jeśli oceniać tamte wydawnictwo pod tym względem było ono wielką porażką. Jako kolejne dzieło Muse wypadało, co najmniej dobrze i świeżo.

Najnowszy album zatytułowany The 2nd Law oceniony z perspektywy oczywistych inspiracji zespołem Queen spotka się z jeszcze większą krytyką. Dosłowne cytowanie Queen w „Panic Station” (riff basowy przywołuje na myśl „Another One Bites The Dust”) czy w „Explorers” za sprawą linii melodycznej jest po prostu bezczelne. No, ale tak jak wspomniałem ocenianie The 2nd Law pod tym kątem nie skończy się dobrze ani dla mnie ani tym bardziej dla Muse, więc zapomnijmy o tym na moment. Przejdźmy za to do singlowego „Madness”, które poraża bezbarwnością, jeszcze gorzej wypada hymn olimpijski o jakże oryginalnym tytule „Survival”. Wydaje się być tworzony pod jakiś schemat nakreślony przez Unię Europejską. Są chóry, są podniosłe orkiestracje i zagrzewający do walki tekst. Dobre wrażenie z kolei robi „Supremacy”, który w refrenie pociesznie łechce moje wrażliwe uszy. Falset Bellamy’ego jest drapieżny, jak nigdy i podobny do tego, co robi Bixler-Zavala na ostatniej płycie The Mars Volta. Jeśli spojrzeć na „Panic Station” z dystansem można go także zapisać na plus. Bas wiadomo, prawie co plagiat, ale funkowa rytmika i chyba najciekawsze melodie na płycie sprawiają, że chce się do niego wracać. Całkiem fajny jest też „Follow Me” nawet z tym do bólu wtórnym dubstep’owym rozwinięciem. „Animals” mocno kuleje w kwestii melodycznej, ale instrumentalnie jest to mój ulubiony utwór. Wszystko za sprawą wirtuozerskiej gitary czarującej słuchacza gdzieś na drugim planie.

Całkowicie oddzielną historią są utwory „Save Me” i „Liquid State", w których zaśpiewał basista grupy, Chris Wolstenholme.Czemu tak późno!? Jego głos jest naturalną przeciwwagą dla popisów Matta. Ciepły, momentami delikatny, ale charakterystyczny głos Chrisa ratuje tą płytę. "Save Me" brzmi, jak cudza kompozycja. Nie ma w tym utworze absolutnie nic z Muse. Po prostu piękna, delikatna pieśń. Z drugiej strony "Liquid Me" ma metalową motorykę i bez żadnych udziwnień i wymuszonych zabiegów zostawia lepsze wrażenie niż utwory go poprzedzające.

Mamy tu jeszcze dwuczęściową kompozycje tytułową, ale pozwolę sobie ją potraktować, jak jedną całość. Eksploatacji dubstep’u ciąg dalszy w części pierwszej, a w drugiej grupa oddaje się fascynacja muzyką elektroniczną lat 80-tych. Ja słyszę tutaj Jean-Michela Jarre’a, a wy?

Naprawdę chciałem dobrze dla Muse, ale płyta The 2nd Law nie wytrzymała ciężaru kolejnych przesłuchań i pękła, jak balon. Zabrakło własnej tożsamości, spójności, a przede wszystkim dobrych kompozycji.


2,5/5

poniedziałek, 1 października 2012

Premiery Października

Stone Sour House of Gold and Bones (23 października)
Converge All We Love We Leave Behind (9 października) !!!
Acid Drinkers La Part Du Diable (17 października)
Kamelot SilverThorn (26 października)
Graveyard Lights Out (26 października)
Ellie Goulding Halcyon (9 października)
Neurosis Honor Found In Decay (26 października)
Black Country Communion Afterglow (30 października)
Two Fingers Stunt Rythms (2 października)
Beth Hart Bang Bang Boom Boom (8 października)
Maria Peszek Jezus (3 października)
Lao Che Soundtrack (17 października)
Coheed and Cambria The Afterman: Ascension (9 października)
Kaki King Glow (9 października)
West End Motel Only Time Can Tell (30 października)

niedziela, 30 września 2012

Grizzly Bear - Shields


W 2009 roku albumem Veckatimest Grizzly Bear pogodziło wreszcie uznanie krytyki z popularnością wśród fanów, dzięki czemu odnieśli wielki sukces na obu płaszczyznach. Wystarczy przypomnieć, że ich opus zajęło 6 miejsce wśród najlepszych albumów 2009 roku według Pitchforka. Od tamtego czasu minęły 3 lata w trakcie, których członkowie zespołu skupili się na swoich solowych karierach. Wreszcie przyszedł też czas na powrót macierzystej formacji i grupa powróciła z wyczekiwanym albumem o tytule Shields. Niewątpliwie warto było czekać.

Shields to płyta wielowymiarowa. Sprawia wrażenie bardziej przebojowej od poprzedniczki i w tym samym momencie bardziej wysublimowanej i złożonej. Utwory mają konstrukcje puzzli, nasz ośrodek słuchu musi wychwycić z piosenek poszczególne detale i dopasować je do siebie by w pełni docenić kompozycje jako całość. Wymaga to wielokrotnego przesłuchania. Już otwierający album „Sleeping In Ute” pokazuje dwie twarze zespołu. Zaczyna się rytmicznie, wręcz rockowo. W międzyczasie w tle przebijają się delikatne klawiszowe plamy by w końcu objawić się jako chwilowy przebłysk elektronicznych dźwięków. Ten błysk jest jednak błyskawicznie przerwany przez brudne gitary. Nad tym wszystkim wciąż unosi się hipnotyzujący głos Droste. Ostatnia minuta utworu to niespodziewane wyciszenie prezentujące intymną stronę zespołu. „Yet Again” świetnie godzi ze sobą mainstream z alternatywą, a „What’s Wrong” to triumf tradycyjnych instrumentów. Niezwykle podoba mi się także „Gun-Shy” z delikatną gitarą i świetną grą Chrisa Bear’a. Kryjący się na 2 miejscu w indeksie „Speak In Rounds” to chyba najbardziej przebojowy utwór w karierze nowojorczyków. Ponownie rządzi i dzieli Bear ze swoim zestawem perkusyjnym napędzając utwór. Nie zabrakło też w nim folkowej nuty i ukrytych detali w postaci świdrującej gitary czy fletu. Finał „Shields” rozbrzmiewa majestatycznie za pomocą dwóch utworów – „Half Gate” z masywnym orkiestrowym brzmieniem i ponad siedmiominutowym „Sun In Your Eyes”, który zaczyna się dość niepozornie by potem dzięki ścianie dźwięku i potężnie brzmiącym trąbkom wprowadzić słuchacza w podniosły nastrój.

Shields to intrygująca i stymulująca porcja muzyki, która ma nawet szansę przebić sukces Veckatimest. W moim odczuciu już przebiła poprzedniczkę.

4/5

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Skunk Anansie - Black Traffic

Pamiętam jak pierwszy raz usłyszałem Skunk Anansie. Miałem może 10, 12 lat, gdy byliśmy całą rodziną na urodzinach mojego wujka. Wśród prezentów znalazła się płyta „Post Orgasmic Chill”. Na dysku znajdowały się także multimedia, co w tamtych czasach było istnym szaleństwem. Zasiedliśmy więc do komputera i obejrzeliśmy teledysk do Charlie Big Potato. Łysa Skin w obleśnej wannie i wszechobecne robaki to było dla mnie za wiele. Prawdopodobnie uznałem zespół za ciekawostkę, do której nie warto wracać. Wujek miał inne zdanie i katował krążek jeszcze wiele razy. W końcu i ja przekonałem się do Skunk Anansie, a grupa stała się częścią mojego muzycznego "dojrzewania". Czytaj dalej

czwartek, 27 września 2012

Przebłyski Przyszłych Płyt: Beth Hart

Zjawiskowa Beth Hart po współpracy z Joe Bonamassą przy okazji wspólnego albumu Don't Explain wraca z solowym albumem Bang Bang Boom Boom. Premiera wydawnictwa zaplanowana jest na ósmego października.

wtorek, 25 września 2012

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Dave Matthews Band - Away From The World

33 – jeśli dobrze policzyłem, tyle razy pada słowo "love" na przestrzeni 54-ech minut trwania najnowszej płyty Dave Matthews Band. Wiele mówi to o charakterze, tej przepełnionej miłością i optymizmem płyty. "Away From The World" jest gwarancją dobrego początku dnia, dlatego polecam słuchać zaraz po przebudzeniu. Podobnie uczucia wzbudzała "Big Whiskey & The Groogrux King", która w piękny sposób uczciła życie zmarłego w 2008 roku LeRoi’a Moore’a, za co oddaje zespołowi cześć po dziś dzień. Czytaj dalej

Krótko i na temat: Tame Impala, The Gazette, Happysad

Tame Impala - Lonerism

Przy okazji ostatniej płyty grupy rozpisywałem się o podobieństwach ich Innerspeaker do A Time Of Day zespołu Anekdoten. Było to przy okazji jedynego, jak do tej pory posta z serii "Bliźniaki". Lonerism nie czeka podobne potraktowanie z mojej strony, bo to album prezentujący zespół o własnym charakterze i muzycznej wizji. Każdy kolejny utwór wprowadza coś nowego do tej muzycznej układanki. Brzmienie albumu intrygują i hipnotyzuje. Nie jest to łatwa muzyka, dlatego jedni odrzucą Lonerism na starcie, inni zatopią się w tych dźwiękach bez opamiętania. Fani rocka psychodelicznego i lat 70-tych powinni sięgnąć po album bez wahania.

The Gazette - Division

Słysząc nazwę The Gazette wciąż mam w pamięci ich wspaniałą płytę DIM. Dla mnie osobiście to, jak do tej pory szczytowe osiągnięcie Japończyków. Najnowszy opus zamknięty jest w dwóch króciutkich płytach. Jedyny powód umieszczenia w pudełku dwóch krążków to chyba rozdzielenie dwóch twarzy grupy. Na pierwszej z nich jest więcej melodii i przestrzeni, druga zaś zawiera bardziej metalowe utwory z dużą ilością elektronicznych brzmień. Która jest lepsza? Wydaje mi się, że prezentują zbliżony poziom w swoich kategoriach wagowych. Wyszedł The Gazette całkiem fajny zestaw piosenek, ale Division do najlepszych dokonań grupy na pewno się nie zalicza.

Happysad - Ciepło/Zimno

Nie rozumiem traktowania przez niektórych zespołu Happysad jako towaru drugiej jakości. Wprawdzie teksty wyśpiewywane przez Kubę Kawalca dla wielu osób mogą być, jak sól na ranę, ale jeśli skupić się tylko na muzyce, grupa ze Skarżysko-kamiennej nigdy nie zeszła poniżej pewnego poziomu. Na Ciepło/Zimno po raz kolejny dostajemy solidny zestaw melancholijnych pieśni, niektórych bardziej rockowych innych bardziej sentymentalnych. Zabrakło może jakiś eksperymentów, które odświeżyły by formułę zespołu, ale takie utwory, jak singlowy "Wpuść Mnie", ultra-przebojowy "Na Ślinę" czy "Bez Znieczulenia" absolutnie to rekompensują. Fani się nie zawiodą.

czwartek, 20 września 2012

Przebłyski Przyszłych Płyt: Deftones

 "Koi No Yokan" to nowy album zespołu Deftones, który ma zaplanowaną premierę na 13 listopada. Już dziś na oficjalnej stronie zespołu możecie pobrać zupełnie za darmo nowy utwór grupy "Leathers". Wystarczy tylko odwiedzić tą stronę http://www.deftones.com/main/



poniedziałek, 17 września 2012

The Pineapple Thief - All The Wars


Po rewelacyjnym Someone Here Is Missing The Pineapple potrzebowaliby radykalnych zmian by ponownie mnie zachwycić. Tymczasem najnowsza propozycja grupy pokazuje zespół stojący w miejscu. All The Wars to płyta dobra, ale nie porywająca. Większość zawartych na niej melodii brzmi, jak reminescencje wcześniejszych dokonań. Wina w tym głównie Soorda, który sam umieszcza się w ciasnej wokalnej szufladce. Na duży plus zaliczam rockowe brzmienie całości, które dodaje utworom pazura, długość albumu i drugą połowę „Reaching Out”, która jest przypomnieniem, że The Pineapple Thief potrafi tworzyć pasjonującą muzykę.

3/5