piątek, 23 marca 2012

Album tygodnia: The Mars Volta "Noctourniquet"

            Do nowej płyty TMV podchodziłem sceptycznie. Jak zwykle zresztą, ponieważ w całej ich karierze nie zdarzyło im się spłodzić albumu, który by mnie w całości przekonał. Aż do teraz.
            Noctourniquet odsłania kolejną twarz zespołu, zamiast przydługich, skomplikowanych utworów Bixler-Zavala i Rodriguez-Lopez uraczyli nas czymś bliższym tradycyjnym "piosenkom". Oczywiście cudzysłów jest tutaj nie bez powodu, bo The Mars Volta nigdy nie nagra typowej piosenki. Nie mniej jednak te 13 tracków ma chyba najniższą średnią długość utworów ze wszystkich dotychczasowych długograjów Marsjan. Liczba 13 okazuje się w tym przypadku jak najbardziej szczęśliwa, bo nie ma na tym albumie ani jednego zbędnego numeru. Co więcej oprócz charakterystycznych dla grupy gitarowych szaleństw, gęstej jak magma pracy perkusisty (Deantoni Parks) i wysokich partii wokalnych Cedrica, zespół postanowił poszerzyć eksperymenty z elektroniką, co odświeżyło znacznie ich brzmienie. Szczerze mówiąc te utwory, w których najwięcej jest elektroniki robią na mnie największe wrażenie.
            Każdy, kto słyszał kiedyś TMV lub At The Drive-In wie dokładnie czego może się spodziewać po wokalu Bixlera-Zavali, a jednak na najnowszym longpleju Cedric przechodzi sam siebie paletą możliwości. Bezproblemowo przechodzi z niskiego śpiewu do krzyku, nie pomijając po drodze szeptu czy swojego firmowego "pisku".
            Noctourniquet to naprawdę wysokiej jakości produkt i jeśli miałbym postawić jakąkolwiek płytę The Mars Volta na półce, chciałbym żeby to właśnie ona ją ozdobiła.

4,5/5

Europe "Not Supposed To Sing The Blues"

Oh Yeah!

czwartek, 22 marca 2012

Krótko i na temat: Therapy?, Gazpacho

Therapy? - A Brief Crack Of Light

Therapy? nie zawodzi, serwując zestaw 10 intrygujących kompozycji. Słuchając tego krążka mam wrażenie jakbym był na koncercie w podziemnym klubie wypełnionym setką spoconych intelektualistów.







Gazpacho - March Of Ghosts

Już sam fakt, że March Of Ghosts znalazł się w "Krótko i na temat", a nie w "Album Tygodnia" oznacza, że coś niedobrego się stało. Czy to moje lenistwo, czy Gazpacho nagrało płytę niewartą skreślenia dwudziestu zdań? Niestety to drugie. Mimo oczywistych nowości na premierowym krążku w formie folkowych naleciałości March Of Ghosts jest tylko cieniem poprzednich albumów zespołu. Wszystko to już było tylko, że w lepszym wykonaniu. Ewentualnie krążek mogę polecić osobą, które nigdy wcześniej Norwegów nie słyszały. Ocena będzie wtedy wyższa.

poniedziałek, 12 marca 2012

Przeoczone: Cormorant "Dwellings"

Można by nazwać muzykę wykonywaną przez Cormorant black metalową, ale byłoby to zbytnie uproszczenie. Gdyby jednak nazwać ją progresywnym metalem ktoś mógłby pomyśleć, że mamy do czynienia z zespołem pokroju Symphony X, czy innego Dream Theater. Właśnie dlatego słuchacze i prasa wymyślają coraz to nowe określenia by objąć słowami to, co słyszą. No to spróbujmy odpowiedzieć, co ten Cormorant w końcu gra? W składzie tego produktu można odnaleźć śladowe ilości blackowego wrzasku i rytmicznych połamańców charakterystycznych dla post metalu, ale najważniejszym elementem jest gitarowy szkielet i solówki. Właśnie to jest największym atutem tego zespołu. Słodycz miesza się tutaj z goryczą w tak naturalny sposób jakby były stworzone by żyć w symbiozie. Niby prosta receptura, ale posiada unikatowy smak.
 Dwellings mimo swojej chropowatości jest niezwykle melodyjnym materiałem, co sobie osobiście bardzo cenie. Dlatego też umieszczam go w dziale "Przeoczone" pomimo, że to dzieło za ledwie z  końca minionego roku. Polecam wszystkim otwartym umysłom.

poniedziałek, 5 marca 2012

Album tygodnia: Flying Colors "Flying Colors"

Dowiadując się, że Neal Morse, Mike Portnoy, oraz Steve Morse (ten z Deep Purple) formułują zespół z Casey McPherson'em (wokal, gitara elektryczna, klawisze) i Dave'em LaRue (gitara basowa) spodziewałem się kolejnego zespołu pokroju Transatlantic, typowo progresywnej machiny na solidnych fundamentach w tradycji gatunku. Myślałem, że dostane w ręce płytę rewelacyjną lecz przewidywalną. To, co usłyszałem na krążku ochrzczonym nazwą zespołu przerosło moje najśmielsze oczekiwania i zostawiło mnie bez butów. Muzyka na Flying Colors jest tak barwna jak postać zdobiąca okładkę tego dzieła, każdy kolejny utwór jest w innym klimacie, można nawet powiedzieć, że należy do innej szufladki gatunkowej. Zespół grając "Blue Ocean" za nic nie przypomina tego z "Shoulda Coulda Woulda", gdzie pełno jest zadziorności i młodzieńczej werwy. Analogicznie piękny temat w "Kayla" staje w opozycji do przebojowego "The Storm" z charakterystyczną dla (uwaga!) Coldplay melodią opartą głównie o klawisze. Flying Colors jest jednak zespołem o niebo lepszym, a "The Strom" powinien być ich pierwszym wielkim hitem.
Co dzieje się potem nie odstaje zupełnie od genialnego początku, mnóstwo świetnych melodii, genialna gra wszystkich muzyków, zwłaszcza partii rytmicznej (smakowity bas), oraz wybitny Steve Morse, o którego grę na tej płycie bałem się najbardziej. Odnalazł się jednak świetnie.
W "Love is What I'm Waiting For" poprzez partię gitary solowej nawiedzają mnie echa Queen, a w "All Falls Down" wyłapuje dziwną mieszankę Avenged Sevenfold i Muse (czyżby wpływ Portnoya, który grał na ostatniej płycie tych pierwszych?). "Fool In My Heart" z kolei wokalnie przypomina mi Lenny Kravitza. Szczególne wrażenie jednak robi na mnie przepiękny "Everything Changes", którego refren zwala z nóg nagromadzeniem emocji.  Zestaw zamyka jedyny w zestawie czysto progresywny "Infinite Fire", który mimo, że najbardziej przewidywalny utrzymuje wysoki poziom całości.
Mam ogromną nadzieje, że Flying Colors stanie się pełnoprawnym zespołem i wyda w przyszłości kolejną tak rewelacyjną płytę. Zespół ma świetną chemię, a każdy muzyk w jego szeregach to ogromny talent. W tym wypadku słowo "Supergrupa" jest całkowicie adekwatne. Pozycja obowiązkowa. Jak na razie najlepsza płyta roku.

4,5/5

Zachap To!: The Weeknd - Echoes Of Silence

Kolejny artysta, którego nie doceniłem w roku ubiegłym i nie sięgnąłem po jego album. Podobnie zresztą jak Jamie Woon jest on zarówno producentem jak i wokalistą, bardzo pracowitym trzeba dodać, ponieważ Echoes Of Silence to już jego trzeci mixtape. Ostatecznie do przesłuchania jego ostatniego dzieła zachęcił mnie portal Sputnikmusic , który mocno zachwala sobie tę pozycje. Wcześniej słyszałem pojedyncze utwory tego artysty, ale nie zachęciły mnie do dalszej eksploracji. Okazuje się, że z The Weeknd jest tak, że jak ktoś nie chce go polubić to go nie polubi, ponieważ trzeba wsiąknąć w to, co ma do zaoferowania. W porównaniu do wcześniej wspomnianego Woon'a, który wchodzi bez popitki, The Weeknd potrzebuje ładnych paru odsłuchań do pełnego docenienia jego muzyki. Zestaw utworów otwiera przeróbka Michael'a Jackson'a, trzeba przyznać godna króla popu. Wrażenie, że o to mamy do czynienia z godnym jego następcą pozostaje do końca. The Weeknd jest jednak artystą mroczniejszym.