czwartek, 26 kwietnia 2012

Cytat Dnia

"Bóg obibok" - Quidam "Ostatecznie"

Pierwszy odsłuch! Nie gadaj!

                 To, co usłyszałem na tym krążku przebiegło gdzieś na około moich wyobrażeń na temat muzyki tych panów. Liczyłem, że niegdysiejsza fascynacja Stevena Wilsona muzyką metalową, choć w niewielkim stopniu uwidoczni się na debiutanckim krążku Storm Corrosion. Analogicznie liczyłem też na to, że duże pole do popisu dostanie Michael Akerfeld. Tymczasem bardzo niewiele lidera Opeth na tym krążku. Oprócz otwierającego zestaw "Drag Ropes", w którym słychać jego głos dość często, Akerfeld prawie się nie odzywa. Dużo za to w tej muzyce jego akustycznej gitary, co zdaję się być jedynym dowodem na to, że pomagał w komponowaniu tego materiału. Steven Wilson dzieli i rządzi, szczerze mówiąc mogłaby być to jego kolejna płyta solowa, brakujące ogniwo pomiędzy "Insurgentes" i "Grace For Drowning".
                 Muszę wspomnieć wreszcie coś o muzyce, ta jest wyciszona, opierająca się na budowaniu klimatu. Wspomniany wcześniej "Drag Ropes" jest tego najlepszym przykładem, utwór wieje grozą, ale jest ciekawie napisany, intrygujący. Najlepszy jego moment następuje, gdy Akerfeld i Wilson śpiewają razem. Jak dla mnie najlepszy utwór krążka (po jednym przesłuchaniu). Następne utwory kompletnie nie zrobiły na mnie wrażenia, przyjemnie się wyławiało z nich gitarowe pejzaże i akustyczne brzmienia poprzetykane różnego rodzaju przeszkadzajkami, ale nie znalazłem w nich nic nowatorskiego. Ktoś pewnie napisze, że to płyta magiczna, arcydzieło, nie zaprzeczam, że sam się do niej niedługo przekonam, ale myślę, że i tak będę Storm Corrosion rozważać w kategorii zawodu.

Krótko i na temat: Jack White, Doogie White & La Paz

Jack White - Blunderbuss

Znacznie bardziej lubię Jack'a w innych projektach niż The White Stripes. Solową płytę też zdążyłem już polubić. Mimo, że za pierwszym razem nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia to kolejne z nią godziny wyszły jej na dobre. Fajnie nagrana muzyka, w którą White włożył całą swoją muzyczną osobowość.




Doogie White & La Paz - Granite

Dziwi mnie, że na lastfm tak mało osób odsłuchało ten album. Tak rewelacyjnego melodyjnego hard rocka szuka się teraz po piwnicach sklepów płytowych w Soho, a nie na liście wydawniczej 2012.

piątek, 20 kwietnia 2012

Przebłyski Przyszłych Płyt

Niby Mr Gil, a gitary zapomniał do studia zabrać. Żarty żartami, a "Our Shoes" to naprawdę fajny utwór.
Ostatnio przyznałem się do miłości do Linkin Park, a dziś mam kolejne krępujące wyznanie - Uwielbiam P.O.D. i bardzo cieszy mnie wiadomość, że już 19 czerwca będę miał okazje posłuchać ich nowego albumu Murdered Love. Fajnie, że pokusili się na współpracę z Jamey'm.

środa, 18 kwietnia 2012

Krótko i na temat: Anathema, Overkill, OSI

Anathema - Weather Systems

Ciężko mi napisać cokolwiek o nowej płycie Anathema, ponieważ piękno, które zawiera się w tych niespełna 60 minutach jest dalekie od tego, co można przekazać słowami. Naprawdę wspaniała płyta godna polecenia każdemu, a zwłaszcza tym, którzy w muzyce cenią sobie emocje.





Overkill - The Electric Age

Wow, to była jazda! Overkill wydaje się rozpędzać z płyty na płytę. 16 krążek thrasherów z New Jersey ma w sobie mnóstwo heavy metalowych elementów. Taki "Drop the Hammer Down" w środkowej partii przypomina wręcz Iron Maiden. To miła odmiana. Do tego Blitz i spółka nie pozwalają sobie na monotonię i starali się urozmaicić każdy utwór na The Electric Age.



OSI - Fire Make Thunder
Mam problem z tym zespołem. Niby wszystko fajnie, trochę elektroniki w prog metalowym sosie, ale całość nie powala. Brak tu jakieś iskry, która rozpaliłaby moje uczucia. Słucham sobie Fire Make Thunder parokrotnie, aż tu nagle odechciewa mi się sięgać ponownie po ten album, podobnie miałem z Blood, do którego jednak powracam, co parę miesięcy i słucham z nieskrywaną przyjemnością. Może z nowym krążkiem będzie podobnie. I bądź tu człowieku mądry.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Przebłyski Przyszłych Płyt

Utwór promuje nowy album Rafała Żaka  ME 2.0, który ma się ukazać 4 czerwca. Fajny tool'owy klimat.
Wiz Khalifa i wiewiórki ???

Linkin Park "Burn It Down"

Jestem dziwny, po tylu latach i woltach stylistycznych wciąż jestem fanem Linkin Park i się tego nie wstydzę. Nie mogę się doczekać Living Things.

W.E.N.A. "Nic"

Zapowiada się kolejny smakowity rok dla polskiego rapu... a może raczej dla mnie?

The Fray - Scars & Stories


               Odkąd tylko zacząłem słuchać The Fray pozostają w moim odczuciu kopią starszych kolegów z Lifehouse. Kopia niestety ma to do siebie, że zazwyczaj jest gorsza od oryginału i tak też jest w przypadku amerykanów.
                Dwa poprzednie długograje przyniosły zespołowi całkiem spory sukces komercyjny, co nie dziwi w kontekście muzyki jaką wykonuje kwartet. Melodyjny rock, bogaty w ładne melodie i łatwoprzyswajalne teksty to to, co małowymagające tygrysy lubią najbardziej. Przyznam się, że nie sięgałem po Scars & Stories z entuzjazmem, ale już od pierwszych minut nuciłem każdą kolejną piosenkę. Czyli sukces? No nie do końca.
                Zespół już na samym początku częstuje nas dwoma mocnymi utworami („Heartbeat”, „The Fighter”) i apetyt rośnie. Potem jest już różnie. Chłopaki fundują nam mnóstwo typowych dla gatunku przejść, przyjemnych, aczkolwiek nie pozostających w pamięci melodii i tekstów tak prostych, że można na bieżąco z zespołem je wymyślać. Przyjemną odmianę przynosi „1961”, który przypomina nieco southern rockowe czasy Kings of Leon. Naprawdę fajna piosenka na wycieczkę po amerykańskich bezdrożach. Najmocniejszym punktem krążka są jednak utwory z nazwami miast w tytule. „Munich” i „Rainy Zurich” to absolutne perełki w tym zestawie. Te dwa utwory pokazują, że zespół ma potencjał by nagrywać mocne refreny („Munich”) i budować klimat („Rainy Zurich”). Program płyty kończy nic niewnoszący „Be Still” i mamy ogólny obraz tego, co Scars & Stories ma do zaoferowania.
                Jest mnóstwo albumów, o których można napisać podobną recenzje, ale nie każda będzie zawierać w sobie słowo „perełka”, za to choćby należy się The Fray uznanie.
3,5/5

wtorek, 10 kwietnia 2012

Ladyhawke - Anxiety


               Druga płyta to bardzo ważny sprawdzian w życiu każdego muzyka. To wtedy ujawnia się prawdziwa wartość artysty. Nadzieje położone w nim po debiucie zostają zweryfikowane. Często dobrze zapowiadające się grupy znikają w odmętach muzycznego biznesu nie mogąc sprostać oczekiwaniom i pozostają na marginesie przez reszte kariery.
                Wraz z „Anxiety” przyszedł czas na weryfikacje talentu Ladyhawke, którą możecie kojarzyć z takich hitów jak „Paris is Burning”, czy „My Delirium”. Doprawdy zamierzchłe to czasy, kiedy te utwory królowały na listach przebojów, ale ja Ladyhawke nie zapomniałem i oczekiwałem jej powrotu z nutką nadziei na dobrą popową płytę.
                Różnica między jej wydawnictwami to 4 lata. W showbiznesie to lata świetlne, ale cieszę się, że Phillipa „Pip” Brown kryjąca się pod pseudonimem Ladyhawke była na tyle rozsądna by nie śpieszyć się z wydaniem drugiego albumu, bo miała czas na przemyślenie w jakim kierunku chce pójść ze swoją muzyką. Od razu zaznaczę, że „Anxiety” w żadnym aspekcie nie ustępuje „Ladyhawke”, skłaniam się nawet do opinii, że to płyta lepsza od debiutu Nowo Zelandki. Słuszność tej opinii ujawni się jednak na przestrzeni kolejnych paru przesłuchań.
                Tym, co przemawia na korzyść nowego krążka jest dojrzałość i jednolitość materiału. Każda kompozycja jest silnym reprezentantem całości, przyozdobionym nośnym refrenem. Parę przesłuchań temu chciałem napisać, że poprzedni album był bardziej przebojowy, ale doszedłem do wniosku, że po jego odsłuchaniu nuciłem tylko pojedyncze utwory, a w przypadku „Anxiety” mogę prawie bez problemu zanucić każdy refren. Muzyka Ladyhawke to prosta przyjemność, której trudno sobie odmówić. W napozór prostych piosenkach poukrywane są naprawdę fajnie grające instrumenty i ciekawe  rozwiązania kompozytorskie.
                Trzeba przyznać, że Pip obrała bardziej rockowy kierunek i zaczyna się wcielać w damską odpowiedź na Eels, czy Beck’a („Vaccine”, „Blue Eyes”). Z koleji „The Quick & The Dead”, automatycznie przywołuje na myśl „Another One Bites the Dust”. Jeśli chodzi o najmocniejsze punkty krążka, to nie mogę nie wspomieć o „Cellophane”, który może być uznany za jedną z najlepszych piosenek Ladyhawke w ogóle, oraz „Sunday Drive”, który jest jak popołudnie na plaży, ciepły, radosny i beztroski.
                Podsumowując, „Anxiety” to manifest dojrzałej artystki, która nie ma zamiaru poprzestać na jednej dobrej płycie.
4/5

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

wtorek, 3 kwietnia 2012

Krótko i na temat: Soulfly, Anneke Van Giersbergen, Cynic

Soulfly - Enslaved

Najmocniejszy krążek zespołu Maxa Cavalera od czasów Dark Ages, a przypominam, że od premiery tego krążka minęło ładnych parę lat. Materiał z Enslaved z każdym odsłuchaniem zyskuje w moich uszach. Muzyka wydaje się jakby odświeżona, pełna prymitywnej energii i różnorodna. Gitary raz motoryczne, innym razem pełne wirtuozerii czarują bezpośredniością, a wokal Maxa dawno nie emanował taką wściekłością. Poprzedni krążek wypada po prostu blado na tle premierowych kompozycji.

Anneke Van Giersbergen - Everything Changes

To moje pierwsze spotkanie z tą Panią. Fani The Gathering pewnie właśnie podjęli próbę zbanowania mojego bloga, ale cóż, jestem winny. Występująca wcześniej pod szyldem Agua De Annique, Van Giersbergen nagrała album mocno pop rockowy. Mnóstwo tu ładnych melodii i delikatnego śpiewu, choć zdarzają się tu również utwory mocniejsze (przez agresywniejszy riff). Do tego zdarza się też artystce zbudować ciekawy klimatycznie utwór ( "1000 Miles Away from You"). Moim osobistym faworytem jest jednak "You Want To Be Free", który uzależnia już po pierwszym usłyszeniu.
Cynic - The Portal Tapes

The Portal Tapes to nie jest nowy album Cynic, choć jest stworzony przez muzyków tegoż zespołu. Cynic postanowił nagrać na nowo muzykę stworzoną na potrzeby projektu Portal. Muzyka jaka znalazła się na tym krążku będzie swego rodzaju szokiem dla fanów, którzy Cynic znają tylko i wyłącznie jako Cynic. Pierwszy powód - partie wokalne w ogromnej większości wykonuje kobieta, oczywiście męski głos jest obecny, choć mnie osobiście irytuje tym, że gdzieś tam buczy zamiast się w pełni pokazać (dać usłyszeć). Drugi powód - Jest to muzyka w pełni pozbawiona pierwiastka metalowego, tak naprawdę trudno ją sklasyfikować, bo czy to alternatywny rock, czy ambient może, a może jednak math rock? Jedno jest pewne, wciąż mamy do czynienia z muzyką wysokich lotów, intrygującą i zasługującą na naszą pełną uwagę.

Premiery Kwietnia

Storm Corrosion (Akerfeld/Wilson) Storm Corrossion (24 kwietnia)
Europe Bag of Bones (27 kwietnia)
Paradise Lost Tragic Idol (24 kwietnia)
Anathema Weather Systems (15 kwietnia)
Jack White Blunderbuss (23 kwietnia)
Arjen Lucassen's Lost in the New Real (23 kwietnia)
Killing Joke MXII (2 kwietnia)
High On Fire De Vermis Mysteriis (3 kwietnia)
Jeff Loomis Plains of Oblivion (9 kwietnia)
Overkill The Electric Age (10 kwietnia)
Quidam Saiko (16 kwietnia)
Marylin Manson Born Villain (30 kwietnia)
The Pryzmats Coś z Niczego (30 kwietnia)

Zapowiada się rewelacyjna wiosna :)