środa, 29 sierpnia 2012

Przebłyski Przyszłych Płyt: Converge

All We Love We Leave Behind swoją premierę będzie miało 9 października. Zapowiada się huraganowa jesień.

Premiery Września

Skunk Anansie Black Traffic (17 września)
Down EP One (18 września)
Happysad Ciepło/Zimno (5 września)
Enslaved Riitiir (28 września)
Kamelot SilverThorn (21 września)
Dave Matthews Band Away From The World (11 września)
Muchy Chcecicospowiedziec (18 września)
Votum Harvest Moon (?)
Ananke Shangri-La (11 września)
Grizzly Bear Shields (17 września)
The Killers Battle Born (18 września)
Green Day Uno! (24 września)

wtorek, 28 sierpnia 2012

Krótko i na temat: The Darkness, Hoobastank

The Darkness - Hot Cakes

Czy to dobrze, że po 5 latach niebytu The Darkness powróciło do świata żywych? Absolutnie! Już pierwsze dźwięki "Every Inch Of You" przypominają nam za czym tęskniliśmy. Pełen czadu i dystansu Rock'n'Roll w wykonaniu Anglików to najlepsze remedium na śmiertelnie poważnych rockmanów. Zachwyca forma muzyków, którzy Hot Cakes rozkręcili wręcz nieziemską imprezę. Wszystkie członki tańczą (odczytajcie to, jak chcecie) pobudzone przez chwytliwe gitary, a damskie (w szczególności) kolana miękną pod wpływem wysokich wokaliz Justina Hawkinsa, który zdaje się być w życiowej formie. Ja osobiście kończę na klęczkach słuchając takich bomb, jak "Forbidden Love", metalowy "Concrete" czy singlowy "Everybody Have A Good Time".

Hoobastank - Fight Or Flight

Są ludzie, którzy uważają, że twórcy przeboju "The Reason" nie mają prawa nagrywać kolejnych albumów. Ci ludzie są w błędzie! Hoobastank nagrali właśnie siódmą płytę i jest to na pewno kolejny chlubny moment w ich karierze. Równowaga między utworami ostrzejszymi (a tych jest sporo tym razem), a tymi z potencjałem radiowym jest mistrzowska. Śpiewam, bujam się i macham łbem na przemian. Solidny krążek.

The Flashbulb "I Saw The Sky"

Okazuje się, że "Pan Żarówa" jak go pieszczotliwie nazywam, nie próżnuje i planuje wydać drugi album w tym roku. Dokładna data premiery Hardscrabble jeszcze nieznana, ale już dziś możecie posłuchać pierwszy singiel.

The XX - Coexist

Koncert The XX na tegorocznym Openerze był jednym z głównych powodów mojej wizyty na gdyńskim festiwalu. Niestety w trakcie tego występu zrozumiałem, jak mało do zaoferowania ma The XX w kwestii różnorodności. Grupa zagrała poprawny, aczkolwiek nudnawy i pozbawiony polotu koncert. Nawet nowe kompozycje nie podniosły wartości tego występu, a to dlatego, że… zabrzmiały, jak mało nowatorskie wariacje na temat kompozycji z XX. Przyznam nawet, że nie wytrzymałem do jego końca.

W obliczu wyżej wymienionych odczuć ogromnie obawiałem się o jakość zawartości ich drugiego albumu. Coexist wprowadził mnie w kolejną konsternacje, zespół bowiem nagrał płytę bliźniaczą debiutowi, a jednak całkiem inną. Nowy album jest jeszcze bardziej eteryczny, gitary dawkowane są oszczędnie, a pierwsze skrzypce gra tutaj sekcja rytmiczna. Dokonania Jamie’ego Smitha i Olivera Sima należy uznać za najjaśniejszy punkt tego krążka.

Coexist to jedna z tych płyt, które ukoją skołatane nerwy, ale nie wiele po za tym. Nie pochłania słuchacza, a raczej unosi go delikatnie na fonicznych falach. Brak w zestawie tak porywających utworów, jak „Vcr” czy „Crystalised” wynagradza melancholijny „Sunset” i monumentalny „Missing” (chyba najlepsza kompozycja płyty). Całkiem przyjemne są też dwa single - „Angels” i „Chained” - ale tak naprawdę nie mają wiele do zaoferowania wymagającemu słuchaczowi. W pierwszym z nich zaletą jest łatwo zapamiętywalny tekst, a w drugim wokalne dialogi. „Try” i „Our Song” zwyczajnie ulatują uwadze, a „Reunion” jest aż nadto słyszalną powtórką z rozrywki. Sytuacje ratuje jeszcze „Swept Away”. Duża w tym zasługa rytmiki i klawiszowych plam.

Dla mnie formuła zespołu wygasa wraz z drugim albumem. Szkoda, zwłaszcza, że grupa zdołała sztormem zdobyć serca fanów swoim debiutem. Za dużo na Coexist powtarzalności i mielizn by mieć jeszcze nadzieje, że coś ulegnie zmianie na trzecim wydawnictwie. Mimo, że słucha mi się tego albumu całkiem przyjemnie zbyt łatwo ulatuje on z mojej głowy. Wymienione przeze mnie mocne momenty nie wystarczą jednak bym słuchał go w całości.

2,5/5

czwartek, 23 sierpnia 2012

Nowy album Coheed And Cambria!

Coheed And Cambria powraca z nowym singlem! Nowy album grupy będzie podzielony na dwie części. Pierwsza z nich pojawi się na rynku 9 października, a jej tytuł to "The Afterman: Ascension". Sequel o nazwie "The Afterman: Descension" ukaże się w lutym 2013.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Yeasayer - Fragnant World


Yeasayer najnowszą płytą sprawił mi nie lada problem, bo to, co na początku mnie w niej zachwycało po paru kolejnych odsłuchaniach zaczęło nużyć. Skonsternowany wróciłem do albumu „Odd Blood” i wszystko stało się jasne. Chyba.

Świeża, pełna barw i zapamiętywalnych melodii – taka była „Odd Blood”. Słuchając jej mam ochotę tańczyć bez opamiętania i śpiewać, śpiewać przede wszystkim. „Fragnant World” jest bardziej stonowana, wypełniona w większości subtelnymi melodiami („Fingers Never Bleed”, „Longevity”). Muzycznie jest ona wielkim hołdem dla klawiszy i elektronicznych pejzaży. Zespół wykonał na tym gruncie kawał dobrej roboty. Odkrywanie kolejnych dźwiękowych faktur sprawia ogromną przyjemność. Zwłaszcza, że płyta jest często wzbogacana o dźwięki fletu, cymbałków, organów i wielu innych instrumentów, których nie byłem w stanie zidentyfikować. Znacznie mniej usłyszymy gitar elektrycznych, które są praktycznie niesłyszalne. W zamian Ira Wolf Tuton zachwyca swoimi basowymi pochodami sprawiającymi, że album wręcz wibruje. Popisowo brzmi basowo-klawiszowy wstęp do utworu „Henrietta”.

Co ciekawe, najbardziej przebojowy utwór na krążku „Reagan’s Skeleton” brzmi dla mnie, jak przeróbka numeru The Beloved „Sweet Harmony”. Nie zdecydowałem jeszcze czy to plus czy jednak minus. Zdecydowanie na plus wypada druga połowa „No Bones”, przyjemny „Damaged Goods” ze świetną partią klawiszy i chyba najciekawszy w zestawie „Folk Hero Schctick”. Ten ostatni ma do zaoferowania ciekawe zmiany nastroju. Najpierw dostajemy tłusty bit, a następnie akustyczny refren przypominający psychodelie końca lat 60-tych. Z kolei „Devil & The Deed” wraz z „Demon Road” śmiało mogłyby być częścią indexu „Odd Blood”, ponieważ mają w sobie podobny vibe do tamtego krążka.

Nie zapadnie w tym tekście decyzja, która z wyżej wymienionych płyt jest lepsza, ponieważ to dwa oddzielne byty, żyjące na innych zasadach. „Odd Blood” jest wypełniona po brzegi potencjalnymi hitami i przynajmniej mi służy głównie do zabawy. „Fragnant World” to nie zbiór hitów, tylko kompozycji, które oferują słuchaczowi możliwość stania się odkrywcą. Jedni, więc pochłoną jej zawartość w całości, inni zadowolą się powierzchownym zapoznaniem.

3,5/5

niedziela, 19 sierpnia 2012

Cold In Berlin "...And The Darkness Bang"

Czas na drugą płytę post punkowców z Londynu. Album pod tytułem "And Yet" ukaże się 27 sierpnia. Zespół jak słychać rozwinął swój styl i dodał trochę mroku i głębi do swojej muzyki.

wtorek, 14 sierpnia 2012

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Krótko i na temat: Ihsahn, Dark Time Sunshine, Cree, Poluzjanci

Ihsahn - Eremita

Ilekroć słucham najnowszego dzieła Ihsahn mam wrażenie, że o to przede mną rozpościera się niewidzialna ściana, która utrudnia mi pełne docenienie tego krążka. W przypadku After było zupełnie inaczej, chwyciło od razu i Ihsahn na stałe zapisał się w moim muzycznym życiu. Wydaje się, że Eremita ma do zaoferowania podobną wartość muzyczną z charakterystycznym dla muzyka mieszaniem black i prog metalu oraz czysto śpiewanych, wręcz "ładnych" refrenów. Jednak powalające na poprzedniej płycie partie saksofonu straciły na sile i nie robią już takiego wrażenia. Niemniej jednak polecam zapoznać się z tym materiałem. Może Wy będziecie mieli z niego więcej przyjemności.

Dark Time Sunshine - ANX

ANX skutecznie pozbawia mnie języka w gębie. Nie jestem w żaden sposób podejść do opisywania tego krążka. Już poprzedni album hip hopowców był intrygujący, ale nie zagrzał długo miejsca na mojej plejliście. Drugi album przygotowany przez Zavalę (producent) i Onry'ego Ozzborna (raper) to już majstersztyk. ANX robi wrażenie w kązdym momencie swojego trwania. Złożone elektroniczne podkłady Zavali tworzą dźwiękową magmę, której odkrywanie kolejnych warstw rozgrzeje każdego konesera do czerwoności, a flow Ozzborna jest po prostu bezbłędny. Gościnne występy dodatkowo windują ten album w przestworza artystycznej jakości.

Sebastian Riedel & Cree - Diabli Nadali

Nowa płyta Sebastiana Riedla i spółki brzmi czasami wręcz hard rockowo ("Diabeł W Butelce", "Diabli Nadali"). Kolejny raz Cree stworzyło zbiór piosenek na wysokim poziomie i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to właśnie Cree jest prawdziwym spadkobiercą Dżemu, a nie sam Dżem z Maciejem Balcarem na wokalu. Szczególnie polecam posłuchać bluesowej ballady "Po Spowiedzi", która przywodzi mi na myśl "List Do M.".

Poluzjanci - Trzy Metry Ponad Ziemią

Powiem szczerze, że nie miałem zbyt wielkiego parcia by wreszcie odsłuchać trzecią propozycje w dyskografii Poluzjantów. Poprzednia płyta była całkiem przyjemna, ale szybko skróciłem ją o parę niepotrzebnych utworów, w dodatku teksty były czasami po prostu śmieszne. Trzy Metry Ponad Ziemią jest pod każdym względem lepsza od swojej poprzedniczki. Nie jest za długa, przez co tym chętniej ją słuchałem, a same utwory są bardzo przebojowe i świetnie zagrane. Nawet w tekstach słychać znaczną poprawę, są one mniej pretensjonalne i czasami mają naprawdę trafny przekaz. Miłosz to nie jest, ale przynajmniej nie muszę już powstrzymywać się od śmiechu.

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Popsysze - Popstory


Jeśli w muzyce szukacie przede wszystkim dobrej zabawy i zapamiętywalnych melodii Popsysze to zespół zdecydowanie dla was. Powstałe w 2008 roku power trio z Gdańska tworzy proste i przebojowe piosenki zasilone kilowatami pozytywnej energii. Ich debiutancki album  wzorem zespołów lat 50. i 70. został zarejestrowany na magnetofonie wielośladowym. Czytaj dalej

niedziela, 12 sierpnia 2012

Joshua Radin - Underwater

Każdy fan seriali telewizyjnych z pewnością słyszał, choć jeden utwór Radina. To właśnie w momencie przekazania kompozycji „Winter” twórcy serialu „Hoży Doktorzy”, który użył go w jednym z jego odcinków zaczęła się prawdziwa kariera Amerykanina z polskimi korzeniami (jak również niemieckimi, austriackimi i rosyjskimi). W następstwie jego utwory ukazały się w takich telewizyjnych hitach, jak „Kości”, „Doktor House”, „Chirurdzy” czy „One Tree Hill”. Można z tego wywnioskować, że akustyczne kompozycje Joshuy Radina świetnie sprawdzają się jako tło do obrazu. A jak najnowsza jego płyta zatytułowana Underwater poradzi sobie, jako osobny byt?

Wydając czwarty album artysta ma już zazwyczaj ustabilizowaną pozycje na rynku i tak też jest z twórcą Underwater. Jego utwory regularnie pojawiają się w telewizji, a single stoją wysoko na listach przebojów. Jest to dla mnie pewną zagadką, bo na najnowszym albumie Radina nie słyszę zupełnie uzasadnienia jego popularności. Ma facet wprawdzie całkiem przyjemny dla ucha wokal z fajną chrypą („Here’s Where We Begin”), ale kompozycyjnie wszystko w jego twórczości jest do złudzenia podobne. Sam jednak zamknął się w takiej konwencji, która raczej nie charakteryzuje się oryginalnością. Jestem jednak w stanie mu wybaczyć jeśli jego muzyka pochodzi prosto z serca.

Szkoda tylko, że by uwierzyć w potencjał Joshuy trzeba czekać do ostatniego na krążku „Any Day Now”, który zdaje się być najjaśniejszym punktem całego zestawu. W momencie, kiedy się zaczyna wiadomo już, że mamy do czynienia z czymś ponad przeciętnym. Świetnie użyte instrumenty smyczkowe tworzą podniosły klimat, a wokal Radina jest tu delikatny, ale niepozbawiony emocji. Całkiem niezły jest „Anywhere Your Love Goes” ze zwiewnym refrenem, a „One More” może się poszczycić najciekawszą linią melodyczną na płycie. Z kolei „The Greenest Grass” jest po prostu śliczną piosenką z kobiecym wokalem unoszącym się gdzieś na drugim planie. Z drugiej strony „Let It Go” i „Five and Dime” nie przekonują w ogóle. Na rynku jest już wystarczająco dużo artystów, którzy wykonują muzykę akustyczną przesiąknietą folkiem z większą charyzmą i błyskotliwością, stąd moja krytyka dla ładnych piosenek, które po prostu płyną nie zostawiając żadnego wrażenia. Takich utworów jest tu niestety sporo.

W wersji rozszerzonej możemy posłuchać dodatkowo czterech utworów, które podnoszą jakość Underwater. Co najmniej dwa z nich są na poziomie najlepszych kompozycji z podstawowego krążka, a mam tu na myśli „Where You Belong” i najbardziej energiczny „She’s So Right”.

Underwater to idealny przykład albumu, na którym tyle samo utworów się podoba, co nie podoba. Test został zaliczony, ale wystawiona ocena nie będzie dobrze wyglądać na świadectwie.


2,5/5

wtorek, 7 sierpnia 2012

Album Tygodnia: Plan B - Ill Manors

Żeby było jasne, nie jestem fanem Plan B. Wprawdzie podchodziłem wielokrotnie do opus The Deflamation of Strickland Banks, ale zwyczajnie w świecie między nami nie zaiskrzyło. Z kolei jego debiut znam tylko pobieżnie. Może wydać się, więc zaskakującym umieszczenie przeze mnie jego najnowszego dzieła w dziale Album Tygodnia. Jeśli jednak słyszeliście już Ill Manors nie jest to dla was zaskoczeniem.

Ill Manors to nie jest zwyczajny album, to również, a może przede wszystkim ścieżka dźwiękowa do filmu w reżyserii Bena Drew o tym samym tytule. Jeśli jest on równie intensywnym przeżyciem, jak słuchanie krążka to nie mogę się już go doczekać. Zwłaszcza, że pierwszy raz zdarzyło mi się pokochać utwór przez zawarte w nim fragmenty z filmu, mam tu na myśli przepełniony emocjami "Pity The Plight". Dialogów filmowych jest tu swoją drogą całkiem sporo, ale na szczęście są umiejętnie wplecione i nie zaburzają słuchania kompozycji.

Muzycznie Ben Drew przechyla się bardziej w stronę rapu, ale nie zabrakło również charakterystycznego dla niego soulowego śpiewu. Ostatnią płytę artysty, na której prawie porzucił partie rapowane najbardziej przypomina kawałek "Deepest Shame", który, co zaskakujące jest moim ulubionym fragmentem Ill Manors. Wielkim plusem tego srebrnego krążka są podkłady. Plan B z pomocą Ala Shux'a i Labrinth popisał się świetnym wyczuciem i talentem. Mamy, więc przyjemność słuchać zarówno klasyczne rapowe bity w stylu takich tuzów, jak Dilated Peoples czy Gangtarr, jak też bogate w dźwięki i zmiany nastroju nowoczesne podkłady przepełnione świetnymi samplami. Ben Drew pokazuje, że talentem dogania Mike'a Skinner'a.

Warstwa liryczna to tak naprawdę streszczenie tego, co będziemy mogli zobaczyć w kinach. nie warto, więc na razie rozkładać jej na części pierwsze. W skrócie, jest dużo życia na ulicach Londynu, drugów i przemocy.

Najnowszy album Plan B to emocjonalny rollercoaster. Dawno nie słyszałem płyty, która by tak zagrała na moich uczuciach. Biję z niej niezaprzeczalna szczerość i słychać zaangażowane Bena w tą historię w każdej nucie. Wierzę, że film jest równie rewelacyjny.

4,5/5

środa, 1 sierpnia 2012

Przebłyski Przyszłych Płyt: Dave Matthews Band

Wspaniała wiadomość dla fanów Dave Matthews Band! Zespół ma już gotowy kolejny album, który ma pojawić się w sklepach 11 września. Away From The World, bo taki tytuł nosić będzie krążek, promuje ten oto filmik...

Premiery Sierpnia

The Darkness Hot Cakes (21 sierpnia)
Grave Digger Clash of the Gods (24 sierpnia)
Alanis Morissette Havoc and Bright Lights (27 sierpnia)
Beardfish The Void (28 sierpnia)
Threshold March of Progress (31 sierpnia)

Krótko i na temat: Infected Mushroom, Matisyahu, Scarlet Anger

Infected Mushroom - Army Of Mushrooms

Nie jest to może już tak pomysłowa i bezkompromisowa muzyka jaką izraelski duet tworzył przy okazji poprzednich wydawnictw, ale znalazło się na Army Of Mushrooms parę fajnych kompozycji. Bezapelacyjnym prawdziwkiem w tym zestawie jest "Wanted To", w którym piękno w zwrotkach miesza się z potężnym syntezatorowym refrenem. Więcej jednak tutaj muchomorów, które nie mają do zaoferowania nic ponad nudę i powtarzalność. Zalecam więcej skrócenie płyty o parę słabych okazów i cieszenie się tym, co zostanie. Ja stawiam na "Nevermind", "Send Me An Angel", "Wanted To" i "Pretender".

Matisyahu - Spark Seeker

Mieszanych uczuć ciąg dalszy. Chasydzki muzyk traci swoją tożsamość na rzecz dyskotekowych bitów i wokalnych nakładek w refrenach. Dawne ciągoty ku reggae zniknęły niemal całkowicie, podobnie z żywymi instrumentami, które pojawiają się teraz sporadycznie. Mimo wszystko słucha się tego nawet dobrze, bo to lekkie, melodyjne i współgra z porą roku. Brak jednak zaangażowania emocjonalnego, a to kiedyś w muzyce Matisyahu było chyba najważniejsze.


Scarlet Anger - Dark Reign

Ciekaw jestem, jak na tle płyty tego praktycznie nieznanego zespołu wypadnie nowy krążek legendarnego Testament. Jestem prawie pewien, że poziom będzie zbliżony, bo Dark Reign jest naprawdę zabójczy i muzycy mają naprawdę czym się pochwalić. Drapieżne wokale, przebojowe refreny i chwytliwe riffy to to, co w thrash metalu lubię najbardziej. Dodatkowo zespół jest bardzo wiarygodny w tym, co robi, nawet jeśli wręcz cytuje wielkich tego gatunku w swoich kompozycjach.