niedziela, 29 grudnia 2013

10 (albo i nie) najlepszych albumów 2013 - Świat


Umykający już nam rok 2013 przyniósł naprawdę wiele nowych wydawnictw, w tym ogromną ilość płyt, które wyróżniły się naprawdę wysokim poziomem. Wiele z tych krążków spotkało się z moim zachwytem, ale były też takie, które zwyczajnie mi się podobały i zaginęły gdzieś w pamięci dopóki nie przypomniałem sobie o nich w trakcie przygotowywania tego podsumowania. Jak to zwykle bywa, znalazły się też albumy, które bardzo mnie zawiodły i takie, które nie zasłużyły nawet na spędzenie z nimi paru godzin. Tych ostatnich w tym roku było całkiem sporo i może nie do końca jest to wina samych artystów, a mojego braku czasu, ponieważ nie miałem w tym roku tolerancji dla albumów przeciętnych.

Zawsze po takim podsumowaniu wpadają mi w ręcę płyty, które powinny się w nim znaleźć i na pewno taka sama sytuacja będzie miała miejsce w tym roku, ponieważ nie sposób jest wynaleźć te wszystkie wspaniałe dźwięki w tak głębokim muzycznym morzu, a tym bardziej zagospodarować czas, by poświęcić im odpowiednią ilość czasu. Już i tak czuję, że zdarza mi się słuchać hurtowo, bez skupiania się na tym, co słucham. Muszę w nowym roku jeszcze bardziej ograniczyć ilość krążków, które wpadają w moje ręcę, by nie zatracić radości słuchania. Zdaję się to być zmorą naszych czasów, kiedy muzyka jest łatwo dostępna, czy to przez zwyczajne piractwo, czy serwisy typu spotify, dzięki którym znalezienie i przesłuchanie albumu jest szybkie i bezbolesne.

Porzućmy jednak osobiste dygresje i skupmy się na tym, co ciekawego popłynęło z moich głośników w roku 2013, a było tego naprawdę sporo. Tak samo jak w Polsce początek roku był naprawdę mocny, Cult Of Luna zachwyciło niezwykle wielowymiarową wizją swojej ścieżki dźwiękowej do filmu Metropolis, czym znalaleźli się na szczycie post metalowego łańcucha. Wszędobylski Steven Wilson wreszcie nagrał solowy album na miarę swoich możliwości. Szkoccy rockowcy z Biffy Clyro niespodziewanie nagrali solidny dwupłytowy krążek ze świetnymi singlami. Przeszłość zatriumfowała w nowej muzyce Saxon, którzy chyba duchem wrócili do początków kariery, bo nagrali jeden z najdrapieżniejszych krążków tego roku.

Rok 2013 przyniósł też kontynuacje dzieł Coheed And Cambria i Stone Sour z 2012. Kolejno The Afterman: Descension i House of Gold and Bones Pt. 2 przyniosły kolejną dawkę solidnej muzyki, a w wypadku Stone Sour lepszej niż na poprzedniczce. Jak już przy kontynuacjach jesteśmy, to warto nadmienić, że Kvelertak wreszcie wydał długo oczekiwany drugi album, który osobiście traktuje jak największy zawód roku. Jedną z największych nadziei muzyki elektronicznej niewątpliwie była nowa płyta The Knife, która mimo, że nie zachwyciła, to przyniosła pare całkiem dobrych utworów, których nie mógłby nagrać nikt inny. Hesitation Marks, czyli nowe wydawnictwo Nine Inch Nails mogło być płytą roku fanów mieszanki rocka i elektroniki, ale nie udało się sprostać oczekiwaniom. Bardzo cieszy fakt, że Trent Reznor trochę odświeżył swoje muzyczne portfolio, ale nie ma mowy o dziele odkrywczym czy świeżym. Znacznie większym jdnak zawodem okazała się nowa porcja muzyki od Depeche Mode, która kompletnie nie trafiła w moje gusta i jestem pewien, że nie jestem odosobniony w moich odczuciach.

Do muzyki powrócili wielcy rocka z Black Sabbath na czele, którzy nagrali album na miarę swoich możliwośc albo i nawet lepszy, bo kto wierzył, że Ozzy jest jeszcze w stanie z siebie coś wykrzesać. Deep Purple także nie zawiedli i obdarowali nas smakowitą porcją hard rocka. Znajdą się tacy, którzy nazwą Clutch największym zespołem rockowym naszej ery, więc pozwolę sobie umieścić ich w tym samym akapicie i nadmienić, że ich Earth Rocker to kawał świetnej roboty i mnóstwo rockowej radości.

Wielcy prog metalu niestety po raz kolejny zawiedli, bowiem nowy album Dream Theater zabrzmiał znowu jak produkt, a nie muzyka zagrana z sercem. Szkoda, bo poprzedniczka Dream Theater była naprawdę świetna. Na szczęście na horyzoncie widać nowego króla w postaci Haken, których trzecia propozycja potwierdza ich talent i predyspozycje do stania się wielkim zespołem.

W mijającym roku było wiele albumów, które wypatrywałem z wielką niecierpliwością i pokładałem w nich duże nadzieje. Jednym z nich niewątpliwie była nowa płyta Queens Of The Stone Age, która nie dość, że nie zawiodła to jeszcze przekroczyła wszelkie oczekiwania. Josh Homme wymieszał swoje wszystkie inspiracje i wyciągnął wnioski ze wszystkich projektów, w których brał udział i razem z zespołem stworzył mieszankę wybuchową. Jedyny zespół z gatunku Elvis metal, czyli Volbeat także nie zawiódł choć droga do polubienia Outlaw Gentlemen & Shady Ladies może być wyboista przez dużą zawartość popu w metalu. Niemiecka odpowiedź na post metal w postaci The Ocean zatarła wszelkie złe wrażenia po podwójnym wydawnictwie Heliocentric/Anthropocentric i wróciła do świetnej formy z Pelagial. Z tego samego podwórka, Rosetta mimo głosów krytyki, w moim mniemaniu, wydała znakomity krążek. Pop rockowy Blackfield już bez Stevena Wilsona wydał przepiękną porcję muzyki. Kochani przez wielu i znienawidzeni przez jeszcze większą liczbę ludzi Placebo i Kings Of Leon wydali solidne płyty, które nie przywrócą im popularności jaką jeszcze niedawno się cieszyli, to wstydu przynieść też nie powinny. Tego samego powiedzieć nie można o Avenged Sevenfold, Kalifornijczycy zamiast zastanowić się poważnie nad swoją muzyką nagrali utwory, które bardziej brzmią jak covery niż jak własna muzyka. Niestety ludzie dali się nabrać i zespół niesłusznie został królami metalu. Trivium kontynuuje naturalny rozwój i wkracza w jeszcze bardziej melodyjne rejony z pomocą Davida Draimana za konsoletą. Dużo osób narzeka, ale trudno nie odczuwać przyjemności słuchając te dźwięki. Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o AFI, ktorzy niespodziewanie nagrali jeden z najlepszych albumów w karierze wracając w chwale do grona moich ulubionych grup.

Najwyższy czas na garstkę zaskoczeń. James Blake swoim drugim albumem pokonał długą drogę z grona artystów, których jawnie nie lubię do elity. Jego Overgrown to wreszcie album na miarę talentu, który podobno wszyscy słyszeli na debiucie Jamesa. Zupełnie mi nieznany duet Paper Aeroplanes zaatakował moje serce i rozgrzał je swoim naturalnym ciepłem. Niezwykle przebojowy i przy tym drapieżny Letlive z kolei wydarł mi serce przemocą i sprawił, że nie mogę żyć bez ich muzyki. Dziewczyny z Haim podołały oczekiwaniom i nagrały bardzo pozytywny album z duszą lat 80tych. Mózg grupy hip hopowej Cunninlynguist, czyli producent Kno założył nowy projekt, ktory skierował bardziej w stronę muzyki pop rockowej i trip hopu. Jak zwykle w jego przypadku poziom kompozycji jest naprawdę wysoki i polecam krążek To Dust absolutnie każdemu. Jak już jesteśmy przy dźwiękach generowanych przez konsolety i syntezatory, to nie mogę pominąć debiutanckiego krążka grupy Chvrches, który umilił mi końcówkę roku porcją electro popu niezwykle urokliwego i wybijającego się wyraźnie na tle innych artystów z tego gatunku.

Dużo dobrego wydarzyło się także w hip hopie i nie, nie mam tu na myśli albumu Kanye'go Westa, który nie jest dla mnie Jezusem hip hopu. Jego Yeezus ma swoje momenty, ale jako całość jest dość okropny. CKM rapu, czyli Tonedeff zapodał nam tylko epke Glutton, ale zmieniła ona tak jego oblicze, że trudno o niej nie wspomnieć. Wspomniana epka to bardziej muzyka taneczna niż hip hop, ale świetnie się tego słucha i najlepszym określeniem na opisanie mojej dziwnej sympatii do niej jest wyrażenie "guilty pleasure". Projekt The D.O.T., w ktorym ukrywa się Mike Skinner wydał drugi album, ktory zawiera garść utworów, które znaliśmy już od dawna i pare nowości. Solidny poziom debiutu zachowany, ale liczyłem na rozwój. Nasi dalecy sąsiedzi a Australii z Bliss 'n' Eso obdarowali nas garścią absolutnych hitów, które zawdzięczają w dużym stopniu gościom, których udało im się do albumu Circus in the Sky zaprosić. Największym jednak objawieniem byłym chyba albumy Looptroop Rockers i rapera Sadistik, które na swój sposób poszerzają formułę tego typu muzyki.

To chyba tyle. Z pewnością nie wspomniałem o wielu płytach, które należałoby wymienić, ale nie starczyłoby mi całego dnia na wypisanie ich wszystkich. Dziesiątka, która za chwile zobaczycie okazuje się nie być wcale dziesiątką, ponieważ pozwoliłem sobie na miejsca ex aequo z tego względu, że niektóre wydawnictwa zaprezentowały zbliżony poziom w podobnej stylistyce.


1. Queens Of The Stone Age - ...Like Clockwork


...Like Clockwork jest najbliższy starszym nagraniom grupy, otwartym na eksperymenty z brzmieniem i ciężarem albumem. Nie zabrakło jednak świeżych pomysłów i nowego spojrzenia na tożsamość Queens Of The Stone Age. Lata różnych muzycznych doświadczeń odbiły się na stylu komponowania Josha. Na najnowszym albumie zespołu słychać bowiem przenikanie się muzyki Queens Of The Stone Age z Them Crooked Vultures, w którym wraz z Johnem Paulem Jonesem i Davem Grohlem pogrywa w wolnych chwilach Homme, co na pewno będzie spełnieniem marzeń nie jednego fana. Muszę przyznać, że zawsze czegoś brakowało mi w muzyce Amerykanów i nie mogłem w pełni docenić tego co słyszę. "...Like Clockwork" przełamuje ten trend i sprawia, że na nowo zakochuje się w tym zespole.


2. Steven Wilson - The Raven That Refused To Sing

Najnowszy album Brytyjczyka jest chyba najbliższy temu, czego oczekiwałbym po nim w najskrytszych marzeniach. Przy okazji poprzedniego krążka wspomniałem, że zabrakło na nim osobowości samego autora. Tym razem usłyszymy całego Wilsona, do tego Wilsona oddającego się coraz bardziej fascynacji jazzem.








3. Cult Of Luna - Vertikal

Obok Neurosis to chyba ostatni post metalowy zespół, który wciąż potrafi zaskoczyć kunsztem wykonawczym. Vertikal to potwierdza w każdym aspekcie, po 5 ciężkich latach bez nowej muzyki Cult Of Luna dostaliśmy album absolut.












4. Letlive - Blackest Beautiful

Letlive to zespół, który emanuje skrajnymi emocjami w tekstach wykrzyczanych, wyśpiewanych i wyszeptanych przez Jasona Butlera, a ich muzyka tylko dopełnia tego wrażenia. Hardcore z pretensjami do list przebojów w jakimś alternatywnym świecie, gdzie oprócz gwiazd popu ktoś jeszcze zasługuje na czas antenowy.











5. Looptroop Rockers - Mitt hjärta är en bomb/ Sadistik - Flowers For My Father

Dwie najciekawsze propozycje w muzyce hip hopowej wyróżniające się na tle innych grup oryginalnością i w przypadku Sadistika ładunkiem emocjonalnym.







6. Haim - Days Are Gone

Siostry Haim jakby wbrew powszechnej regule mimo wielkiego hype'u nie zawiodły muzyką składającą się na ich debiut. Wciąż je uwielbiam.











7. The Winery Dogs - The Winery Dogs/ Clutch - Earth Rocker

Oblicza współczesnego hard rocka. Jedno szlachetne i dostojne ze świetnymi balladami, a drugie pełne dzikości i pierwotnej energii.








8. Iamx - The Unified Field

Na The Unified Field usłyszycie multum różnorodnych instrumentów poukrywanych wśród elektronicznej podstawy. W zestawieniu z jak zwykle emocjonalnymi wokalizami Chrisa i jego muzyczną wrażliwością tworzy to obraz naprawdę intrygującego dzieła, które potwierdza wielki talent Brytyjczyka mieszkającego w Berlinie.








9. Paper Aeroplanes - Little Letters/ Dessa - Parts Of Speech

Obie kobiety za mikrofonem skradły moje serce, jedna była czuła i wrażliwa, druga... także wrażliwa, ale bardziej stanowcza i odważna.








10. Haken - The Mountain

Haken nie zwalniają tempa i kontynuują drogę ku dominacji w prog rockowym światku. Brytyjska grupa bez wątpienia wyrosła nam na przestrzeni trzech albumów na stabilny filar gatunku i nie ma wątpliwości, że na The Mountain nic nie tracą ze swojej siły.











Wyróżnienia: The Ocean "Pelagial", Humanfly "Awesome Science", Bliss 'n' Eso "Circus in the Sky", Built To Fade "To Dust", Bruce Soord and Jonas Renske "Wisdom of Crowds", Rosetta " The Anaesthete", Biffy Clyro "Opposites", Saxon "Sacrifice", James Blake "Overgrown", Coliseum "Sister Faith", Editors "The Weight Of Your Love", Korn "The Paradigm Shift", Ledeunff "My Storm EP", Chvrches "The Bones of What You Believe"

Nadzieje na 2014: Katy B "Little Red", The Jezabels "The Brink", Cynic "Kindly Bent To Free Us", Mustasch "Thank You For the Demon", Pain Of Salvation "Falling Home", Nowy album Metallica, Nowy album Mastodon, Nowy album Wild Beasts i wiele innych.

czwartek, 26 grudnia 2013

10 Najlepszych Albumów 2013 - Polska

Zamiast ubolewać nad stratą kolejnego roku z życia przejdę od razu do rzeczy - rok 2013 w Polsce upłynął dość spokojnie. Mam tu na myśli oczywiście muzyczne wydawnictwa, które zawitały na włościa mojego komputera lub na półkę obok niego. Do niedawna jeszcze nie miałem kandydata na pierwsze miejsce tego zestawienia. Żaden album nie był na tyle dobry, aby wybić się na tle innych krążków, które zyskakały moją sympatię na przestrzeni tych 12 miesięcy. W końcu jednak pojawił się król i nie było wątpliwości, że to jemu należy się w tym roku korona. Jeśli czytacie bloga na bieżąco, na pewno już wiecie o kogo chodzi, jednak nie mam zamiary jeszcze nic zdradzać. Wróćmy do początku. Pierwszy album jaki pojawił się w tym roku mógł równie dobrze zostać najlepszym. Shrine Of New Generation Slaves pojawił się na rynku 21 stycznia i po raz kolejny nie mogło być mowy o zawodzie. Duda i spółka nagrali kolejny świetny materiał, który pokazał, że wciąż mogą zaskakiwać. Nie jest to jednak ich najwybitniejsze dzieło i wierzyłem, że usłyszę z Polski jeszcze dźwięki, które przebiją ten album. Votum, mimo że popisał się solidnym materiałem nie podołał jednak temu zadaniu. Bardzo chłopaków sobie cenię, ale potrzeba im jeszcze dużo pracy, by dotrzeć do pierwszej ligi. Wielkim zaskoczeniem z kolei okazał się krążek Kiev Office, który to zespół niegdyś przekreśliłem po nieudanym koncercie. Zamenhofa to muzyka niczym nieskrępowana, zabawna, odważna, hałaśliwa i czasami niechlujna, ale w tym samym momencie natchniona i szczera, co sprawiło, że zakochałem się w tych dziwacznych dźwiękach od pierwszego usłyszenia.

W tym miejscu warto wspomnieć też dwa zespoły, które dopiero rozpoczęły swoją drogę muzyczną, ale już można powiedzieć, że mają zadatki, by nieźle namieszać. Zwłaszcza, że pierwszy z nich - Logophonic - wydał właśnie drugi album w jednym roku i ponoć jest on jeszcze lepszy. Niestety nie miałem jeszcze okazji tego potwierdzić, ale nie może być to aż tak dalekie od prawdy. Duet Szudlarek i Stachura zaprezentowali na Little Pieces (debiut z marca) swoją wizję rocka wymieszanego z elektroniką i wyszło im to całkiem wiarygodnie. Drugi debiutant to Superhalo, których Czerwony krążek rozgrzał moje rockowe serce do calkiem wysokich temperatur. Mocna rzecz.

W 2013 nową płytę wydał kolejny gigant progresywnego rocka, mianowicie Believe. Ich najnowszy opus mógłby być najlepszym dokonaniem niejednego zespołu, ale w kontekście warszawskiej grupy można było odczuć lekką zadyszkę i wyczerpanie formuły. Na scene powrócila wreszcie "matka" polskiej elektroniki (Novika)  ze swoim niezwykle ciepłym Heart Times, który emanuje pozytywną energią.

Od lat czerpiemy nasze inspiracje z Ameryki i tym razem nie zabrakło też ewidentnych przykładów, tak jak to często w US i A bywa aktor dużego formatu postanowił założyć zespół. Zabrakło jednak wielkiej kompromitacji do dopełnienia analogii. Dr Misio prowadzony przez Arkadiusza Jakubika (Dom Zły, Wesele) zaserwował nam całkiem poważne spojrzenie na muzykę rockową i myślę, że na jednej płycie się ta przygoda nie skończy. Wzorem naszych sojuszników zza oceanu kolejna gwiazdka telewizyjnego show dostała szansę wydania płyty. Mój faworyt dwóch edycji, Dawid Podsiadło, nagrał muzykę tak dojrzałą i intrygującą, że zaprzeczył całkowicie teorii, że artyści wynalezieni w tego typu programach mogą mieć wartość dla muzycznej sceny. Juź bez jakichkolwiek analogii, Bracia Cugowscy jednak idą w muzykę pop i mimo że źle im to nie wychodzi, to zachwytów ich ostatnimi dokonaniami brak. Można je jednak znaleźć słuchając albumu Waterfall odnowionego pod nazwą OCN zespołu Ocean, które zaczął swój podbój świata nagrywając całkiem nowy materiał w języku angielskim. Zdziwię się jeśli im się nie powiedzie.

Nie zabrakło w moim życiu także hip hopu, jednak w Polsce istnieją dla mnie tylko małe grono artystów wartych uwagi w tym gatunku. Na szczęście właśnie oni postanowili w tym roku zapodać nowe tracki. W.E.N.A. przygotował całkiem niezłą Nową Ziemię, która jednak mnie nie powaliła muzycznie. Za to teksty wyszły Michałowi jak zwykle bardzo dobre. Grudzień przyniósł nowy album Rasmentalismu. Za Młodzi Na Heroda to kolejny popis producencki Menta (i debiut na mic'u), który zapodał naprawdę konkretne bity. Ras też nie ma powodów do wstydu, bo to niezawodna marka na rynku i jego metafory zawsze trafiają w punkt.

Największym jednak zaskoczeniem roku okazał się debiutancki album grupy SoundQ, która pokazała jak robić przebojową i barwną muzykę bez kompleksów. Barbarians to wyśmienita mieszanka popu, rocka i elektroniki, która wymaga równie dobrej kontynuacji, czego życzę im i sobie.

W ten sposób dobiegamy do konkluzji, czyli listy 10 najlepszych albumów w Polsce w roku 2013. Muszę przyznać, że nie musiałem walczyć ze swoim sumieniem, by przygotować tą listę i wyszła mi całkiem bezboleśnie.


1. Blindead Absence 

"Po genialnym Affliction XXIX II MXMVI pewnie niewielu spodziewało się, że Blindead sięgnie postawionej sobie tym wydawnictwem poprzeczki, ci jednak pokazali, że nie był to jednorazowy artystyczny przebłysk, a prawdziwy talent, który konsekwentnie rozwijają."









2. OCN Waterfall


"Nie ma na Waterfall niczego czego byśmy nie słyszeli na poprzednich płytach grupy, a jednak brzmi on tak świeżo i szlachetnie. Nie ma mowy o zawodzie, ale inne słowo na literę 'z' musi się znaleźć w tej krótkiej recenzji, a mianowicie zachwyt!"











3. Riverside Shrine Of New Generation Slaves

"Trzeba przyznać, że Riverside kieruje się w bardzo ciekawym muzycznym kierunku, coraz więcej w muzyce warszawiaków vibe'u klasycznego hard rocka. Na szczęście nie brzmią jak kolejna retro kapela, bardziej jak unikatowa mieszanka starego z nowym."










4. SoundQ Barbarians
5. Rasmentalism Za Młodzi na Heroda
6. Dawid Podsiadło Comfort and Hapiness
7. Believe The Warmest Sun in Winter
8. W.E.N.A. Nowa Ziemia
9. Kiev Office Zamenhofa
10. Votum Harvest Moon

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Krótko i na temat: Ayreon, Satyricon

Odkąd usłyszałem album 01011001 z niecierpliwością wypatrywałem kolejnych projektów Arjena Lucassena. Każdy z nich przyniósł pozytywne odczucia i jakiś wyróżniający go element względem poprzedniego. Guilt Machine połechtał moją sympatię do progresywnego metalu, a Star One wyniósł mnie w przestrzeń kosmiczną. Zawsze jednak czekałem na kolejny krążek Ayreon. W październiku wreszcie ukazał się The Theory of Everything, ósmy album projektu, który przyniósł ponad dwie godziny muzyki! Arjen zrezygnował jednak z rozbudowanych form i podzielił swoje kompozycje na 42 krótkie piosenki. Nie jestem pewien czy ten zabieg pomaga czy szkodzi temu wydawnictwu, ponieważ wyraźnie słychać, że niektóre formy powinny tworzyć jedną nierozłączną bryłę. Znawcy dokonań Ayreon domyślają się pewnie, że Szwed zaprosił do współpracy plejadę wokalistów (Cristina Scabbia, Tommy Karevik, Janne JB Christoffersson), którzy ze swojej roli wywiązali się śpiewająco (sic!). Brakuję mi jednak tak wyrazistych postaci jak Daniel Gildenlöw, czy Bob Catley. Mankamentem wydawnictwa jest przepych, trudno zapamiętać jakieś poszczególne tematy, a jeśli chcemy w pełni to dzieło docenić musimy być cierpliwy i poświęcić naprawdę dużo czasu. Trudno mi powiedzieć, czy jest to muzyka, ktora oddaje poświęcony jej czas z nawiązką. Z pewnością na The Theory of Everything znajduje się parę wybitnych momentów, których pozazdrości Arjenowi nie jeden artysta. Pytaniem jest, czy nie warto było okroić ten materiał i wydać tylko te zdecydowanie najlepsze utwory. W wyobraźni Lucassena te 42 utwory pewnie były niezbędne, a kimże jesteśmy, by to kwestionować. Najważniejsze jest, że wszystke charakterystyczne dla muzyki tego multinstrumentalisty są na swoim miejscu i fani nie powinni być zawiedzeni. Polecam więc tym najbardziej wytrwałym.
Satyricon do grona moich ulubionych aktów nie należy. Mimo to, zawsze z zaciekawieniem wypatruję kolejnych ich wydawnictw. Sprawił to album Now, Diabolical, który trafil do mnie w czasach, gdy rozbudzała się we mnie ciekawość względem black metalu. Już widzę tych plujących na ekran trv metalowców, którzy nigdy nie pozwolą Satyricon nazywać black metalem. Plujcie sobie plujcie. Ja tego wycierać nie będę musiał. Wracając do muzyki, The Age of Nero mnie specjalnie nie zaciekawiło. Satyricon to już inna historia. Album jest naprawdę ciekawie zbudowany i rozbudza we mnie dawno uspokojoną sympatię względem zespołu. Satyr przygotował bardzo bujające riffy, które nadają krążkowi niezbędnej dynamiki, ale żeby nie było zbyt jednorodnie, znalazło się też miejsce dla kunsztownych wyciszeń. Jednak ukrytym bohaterem Satyricon jest Frost, który wybębnił cudowne rytmy, których brzmienie jest wyśmienity. Właśnie brzmienie jest często krytykowane w muzyce Satyricon w kontekście brudnej i gęstej jak smoła muzyki metalowej. Zdrajcy gatunku lubią brzmieć selektywnie i poświęcać czas na produkcje. Co za łajzy! Ja na szczęście nie palę kościołów i czadem mi uszy nie zaszły i potrafię docenić stronę produkcyjną płyty i w tej kwestii Satyricon zdobywa kolejny plus. Dawno nie słuchałem tak "przyjemnego" albumu black metalowego. A zapomniałbym jeszcze wspomnieć świetny "Phoenix" z bardzo melodyjnym melodyjnym wokalem Siverta Høyema z rockowego zespołu Madrugada. To powinno przechylić szalę na stronę zwolenników lub przeciwników.

sobota, 14 grudnia 2013

Zachętka


Krótko i na temat: Chvrches, Built To Fade, AFI

Wyobraźcie sobie projekt, w którym Ellie Goulding z mniej drżącym wokalem podejmuję współpracę z Anthonym Gonzalezem (M83). Jak kuriozalne by moje porównanie nie było jest w nim coś na rzeczy. Chvrches bowiem posiada w sobie niespotykaną mieszankę synthpopowej przebojowości z uwielbieniem do przestrzennych syntezatorów tak charakterystycznych dla M83. Niektóre wręcz utwory brzmią do złudzenia jak dokonania francuzkiego projektu ("You Caught the Light", czy "Under the Tide"). Taki "Tether" z kolei przypadnie do gustu tym, którzy czują niedosyt po drugim albumie the XX. Dodatkowo za mikrofonem tej szkockiej grupy stoi przeurocza Lauren Mayberry o bardzo delikatnej barwie głosy. Jeśli nie wierzycie, że w ten gatunek można jeszcze tchnąć trochę życia, sprawdźcie sami. Ja z pewnością miałem swoje wątpliwości.
Czegokolwiek dotknie się ten człowiek zamienia się w złoto. Nic dziwnego, skoro Kno nie ma zamiaru podporządkowywać sie ciasnym (jak dla niego) ramom hip hopu i wciąż poszukuję nowych ekscytujących okazji do rozwijania swoich umiejętności producenckich. Razem z jego niewątpliwie ogromnym talentem tworzy to mieszankę wybuchową. Kto wie, co przyniosą dla niego kolejne lata? Myślę, że mógłby zajmować się każdym gatunkiem muzyki i równie dobrze by mu się powodziło. Tym razem zdecydował się sprobować swoich sił w gatunku, którzy trochę starsi ode mnie nazwaliby trip hopem. Do pomocy przy zbudowaniu projektu Built To Fade Kno zaprosił Zoe Wick, Dane'a Fergusona i Annę Wise (Sonnymoon). Te trzy wyjątkowe osobowości sprawiły, że Of Dust to tak niesamowite dzieło, pełne piękna i bogatych emocji, świetnie zaśpiewane, różnorodne, świeże i przede wszystkim wybitnie wyprodukowane. Wręcz niewyobrażalne jest jak osoby tworzące Built To Fade są do siebie dopasowane sprawiając, że nie jestem sobie w stanie wyobrazić tej grupy okrojonej o choćby jedną z nich. Mam nadzieję, że doczekamy się kontynuacji.

Wow, dziś zrozumiałem, że formacja AFI istnieje już ponad dwadzieścia lat. To naprawdę spory kawałek czasu dla takiej kapeli. Trudno powiedzieć, żeby w tym czasie zostali gwiazdami pierwszego formatu, ale mają swoje stałe miejsce w sercach setek tysięcy, jeśli nie miliona fanów. Gdzieś na wysokości albumu Sing the Sorrow zespół sięgnął szczytu swoich możliwości nagrywając płytę definiującą ich tożsamość. Zaraz po niej nastąpiły zmiany, Davey Havok porzucił swój ekstrawagancki wygląd przywołujący na myśl słowo emo i zespół wstąpił w dorosłość. Następne dzieło AFI zatytułowane Decemberunderground nie miało już takiego pazura i pokazało rosnące zainteresowanie grupy elektroniką. Od premiery świetnego Sing the Sorrow minęło dziesięć lat i można powiedzieć, że Amerykanie zatoczyli koło (czyżby ta okładka miala jakieś ukryte znaczenie?). Burials to krążek, który niewątpliwie należy postawić zaraz za wspomnianym już opus magnum Havoka i spółki. Dawno nie słyszałem tak dobrych rockowych piosenek. Słychać te utracone emocje i nareszcie te najlepsze melodie znalazły swoją drogą z głów muzyków na płytę. Absolutne must have dla fanów nowoczesnego rocka.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Blindead - Absence

Rozwój wydaje się być bardzo ważnym słowem w muzycznym słowniku gdyńskiego Blindead. Na przestrzeni czterech albumów studyjnych bowiem konsekwentnie poszerzają oni swoje artystyczne ja sprawiając, że ich tożsamość jest coraz bardziej unikatowa  i trudna do sklasyfikowania. Słuchając najnowszego wydawnictwa zatytułowanego Absence głowię się do jakiej szufladki ich tym razem upchnąć, ale z drugiej strony po co zamykać ich twórczość w sztywnych ramach, kiedy ta chce wierzgać i cieszyć się wolnością? Wspaniałe jest właśnie to, że grupa, która może być uznana po prostu za polską odpowiedź na post metal potrafi sprawić, że stawiam ją na równi z legendami tegoż gatunku właśnie ze względu na to, że panowie potrafią w tej materii zrobić coś swojego i niepowtarzalnego. Czytaj dalej


sobota, 7 grudnia 2013

Nowy projekt Joanny Kucharskiej debiutuje!

Dobra wiadomośc dla miłośników gdyńskiej sceny alternatywnej. 28 listopada miała premierę debiutancka płyta trójmiejskiego zespołu Black Mynah - "Monster Stories".

Black Mynah to projekt Joanny Kucharskiej, basistki Kiev Office, Marli
Cinger i 1926. Inspirowana m.in. Katie Kim i Chelsea Wolfe, Black Mynah
łączy gitarowy shoegaze z elektroniką a niepokojące teksty z popowymi
melodiami.

Pierwszy singiel - "Audrey" jest już udostępniony do odsłuchu:
https://soundcloud.com/blackmynah/audrey
http://blackmynah.bandcamp.com/track/audrey

Piosenki powstawały od 2012 roku, ale dopiero teraz ukazują się w pełnej
formie na wydawnictwie „Monster Stories”. Płyta nagrywana była od kwietnia
2013 roku a materiał został sprawdzony na koncertach solowych w Niemczech.
Obecnie razem z Joanną Kucharską zespół tworzą Krzysztof Wroński
(instrumenty elektroniczne, perkusja), Artur Bieszke (gitara) oraz Roman
Wróblewski (klawisze). Produkcją oraz masteringiem zajął się znany z zespołu
Old Time Radio Tomasz Garstkowiak.

Płyta ukazała się nakładem gdyńskiego kolektywu Music Is The Weapon, a okładkę zdobić ten oto obrazek:


W pełnym słońcu grudnia

Patrzę na kalendarz i nie wierzę... Nadszedł grudzień, a z nim czas na kolejne podsumowania. Rok 2013 upłynął mi pod znakiem wielu zmian, wyrwałem się z Polski i wreszcie znalazłem pracę, która sprawia mi satysfakcję (współtworzenie GTAV!). Mniej czasu było na muzyczne poszukiwania, ale mimo to na mojej liście albumów z 2013 roku widzę liczbę 260! Całkiem sporo jak na kogoś, kto spędził 85% swojego czasu w pracy. Oczywiście wśród tych albumów znajdują się także te, które nie zasłużyły na dotarcie do moich uszu. Pod tym względem bieżący rok zaoferował mi wiele zawodów i bardzo mało pozytywnych zaskoczeń. Na szczęście jest z czego wybierać najlepszą dziesiątkę. W tym roku skupię się właśnie tylko na najlepszych albumach, zarówno tych zagranicznych, jak i polskich. Nie bardzo mam niestety czas spojrzeć na ten mijający rok w innych kategoriach i np, tak jak to było w roku ubiegłym, zaprezentować listę najlepszych utworów. Zanim  jednak dojdzie do jakichkolwiek podsumowań, mam jeszcze sporo potencjalnych hitów do przesłuchania, więc bądźcie cierpliwi, moja lista najlepszych wydawnictw 2013 już wkrótce. Pozdrawiam i zachęcam do podzielenia się waszymi ulubionymi płytami roku. Over

wtorek, 26 listopada 2013

††† (Crosses) "Bi†ches Brew"

Elektroniczno-rockowy projekt Chino Moreno ††† (Crosses) nie zwalnia tempa. "Bi†ches Brew" to nowy singiel grupy, a już (a może dopiero) 11 lutego będziemy mieli okazję posłuchać długogrającego albumu. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się doczekać.

niedziela, 24 listopada 2013

Przebłyski Przyszłych Płyt: Rasmentalism

Z tego zabiegania zapomniałem wam donieść, że o to 3 grudnia na sklepowe półki wskakuje nowy krążek duetu Rasmentalism Za Młodzi na Heroda. Jak zwykle wydawnictwo obfituje w gościnne występy, m.in.: Małpa, VNM, czy Eldo. "Niebomby" to drugi singiel promujący Za Młodzi na Heroda.

Zachętka

Aktualnie mój ulubiony utwór z płyty Brand New Machine. Miłego słuchania.

Krótko i na temat: Sky Ferreira, Chase And Status

Tym razem zaczniemy popowo. Po wydaniu dwóch całkiem przyjemnych EPek, Sky została okrzyknięta nową nadzieją muzyki pop. Nadszedł rok 2013 i mamy przed sobą debiutancki krążek zatytułowany Night Time, My Time. Jak widzicie powyżej, okładka jest dość brzydka... dobra, według mnie jest okropna. Gdybym nie znał muzyki Sky Ferreiry wcześniej pewnie w życiu bym po ten krążek nie sięgnął. Ale w końcu nie ocenia się muzyki po okładce. Album zaczyna się dość nijako, "Boys" i "Ain't You Right" przemykają zawsze tak szybko, że nie jestem w stanie zapamiętać pojedynczego motywu. Dopiero trzeci w kolejności, "24 Hours" przypomina mi dlaczego słucham tej płyty. Utwór jest ultraprzebojowy i pozostawia miłe odczucia. Sytuacja powtarza się parokrotnie, Night Time, My Time jest przeplatanką utworów świetnych i nijakich, i pozostawia raczej mieszane uczucia. Sięgnijcie na własną odpowiedzialność, bo szczerze mówiąc nic nowego do waszego życia ten album nie wniesie.
Brand New Machine powinno nazywać się Good Old Machine. Spory procent kawałków na tym krążku bowiem w rewelacyjny sposób czerpie inspiracje z tradycji muzyki tanecznej lat 90. Sentyment wspomaga kompozycyjny talent brytyjczyków i mamy danie idealne dla sympatyków takiej dźwiękowej uczty. Nie wszystkie jednak utwory są dobre, piosenki takie jak "International" i "Gangsta Boogie" kompletnie mnie nie przekonują będąc kalką utworów z przed lat. W ogólnym rozrachunku jednak, większość Brand New Machine pozostawia miłe odczucia.

piątek, 15 listopada 2013

Ledeunff "L. A. D. Y." (feat. Phoenix Troy)

Na przekór zimowej pogodzie zapodajcie sobie ten niezwykle ciepły kawałek. Przypadło do gustu? To mam znakomitą wiadomość, projekt wydał niedawno epkę zatytułowaną My Storm.

niedziela, 10 listopada 2013

Krótko i na temat: Trivium, Korn

Zarzuty jakoby Trivium przesiąkło duchem Disturbed przez zatrudnienie Davida Draimana na stanowisku producenta, są pozbawione dowodów w nowej muzyce grupy. Jedynym utworem, który może poświadczyć takiej teorii jest "To Believe", który w zwrotkach ma podobną Distrurbed dynamikę. Osobiście uważam, że kolejny krok ku przemianie Trivium w bardziej melodyjny twór nie trafił w gusta dużej części fanów, a ci musieli znaleźć kozła ofiarnego. Przykro mi, że padło na Davida. Sam potrzebowałem trochę czasu, by porzucić wszelkie uprzedzenia i uświadomić sobie, że mamy do czynienia z tym samym zespołem. Pewnym szokiem jest ilość czystych wokali, Matt Heafy niemal całkowicie porzucił swój charakterystyczny growl i skupił się na chrypliwych thrashowych krzykach i głębokich melodyjnych dołach. Muzycznie też jest bardzo melodyjnie i zdarzają się momenty wyciszenia, ale nie jest to przecież żadnym novum, już In Waves odważnie pędził w stronę melodii. W ogólnym rozrachunku Vengeance Falls to solidny metalowy krążek z paroma świetnymi momentami ( "No Way To Heal" jest wprost rewelacyjny z porywającą melodią w refrenie). Słucha się tego materiały bardzo dobrze i mimo, że brakuje na najnowszym dziele kwartetu mocy jego poprzedników, co jest moim zdaniem największym tutaj mankamentem (czyżby wina Draimana?), to jednak nie widzę powodu do przesadnej krytyki. Mogło być znacznie gorzej. Przecież mogli nagrać Hail to the King. Własna tożsamość została zachowana i poziom kompozycji też jest niczego sobie.
Po flircie z muzyką elektroniczną i dubstepem, który w moim mniemaniu wyszedł naprawdę nieźle, nadszedł czas na powrót do mocnego grania z naciskiem na gitary. Powrót Heada do składu słychać w każdej nowej kompozycji Amerykanów. Nie będę przedłużać i od razu to napiszę, The Paradigm Shift to świetna płyta. Od lat nie podobała mi się tak muzyka Korn, jeśli kiedykolwiek, bo szczerze mówiąc nigdy żaden ich krążek nie był dla mnie obiektem kultu. Nowy Korn może i nie znajdzie się na mojej liście najlepszych albumów rocku, ale mimo to składam pokłony. Jest ostro i wiarygodnie, nie zabrakło też miejsca dla typowej dla grupy przebojowości. Nawet niezbyt przekonujący singiel "Never Never" z czasem nabiera pozytywnych barw. Najlepsze jest to, że wszystko na tym albumie do siebie pasuje, jakby każdy kolejny utwór wynikał z poprzedniego. The Paradigm Shift to długo wyczekiwane odrodzenie legendy.

sobota, 9 listopada 2013

Scar the Martyr "Soul Disintegration"

Znany ze Slipknot perkusista, Joey Jordison, to siła napędowa tego projektu, do którego podszedłem dość sceptycznie. Zapoznanie się z promówką dołączoną do Metal Hammera wystarczyło jednak bym odłożył uprzedzenia na bok i cieszył się tym, co słyszę. Scar the Martyr to po prostu nowoczesny metal z całkiem nośnymi melodiami i mięsistym groove. Nic w tym oryginalnego, ale nie ma też powodu do wstydu. Ten utwór przypadł mi do gustu szczególnie. Jeśli on do was nie trafia, może należy cały krążek sobie darować.

czwartek, 31 października 2013

Pierwszy odsłuch! Nie gadaj!

Bardzo dużo czasu minęło od kiedy ostatni raz pisałem tekst w tym dziale, ale nie mogłem sobie podarować w przypadku takiego wydarzenia jak nowy album grupy Blindead. Ciekawie jest ocenić tak złożone dzieło z perspektywy jednego przesłuchania, a potem po zgłębieniu tematu przeczytać pierwsze wrażenia i klepnąć się w zażenowaniu w czoło. No to zaczynamy. Absence jest na pewno kolejnym odważnym krokiem w rozwoju zespołu, po którym możemy się już spodziewać absolutnie wszystkiego. Najbardziej słyszalnym novum jest mnogość czystych i stonowanych wokali. Patryk Zwoliński na Absence bardzo rzadko używa swojego potężnego ryku (trochę szkoda). Kolejną rzeczą, na którą zwróciłem uwagę jest na pewno klimat całego wydawnictwa, dużo jest tu podskórnych dźwięków, subtelnie opanowujących nasze narządy słuchu. Blindead zatapia się w co raz bardziej emocjonalne rejony, totalnie rozkładając naszą psychikę i składając ją ponownie jak sami sobie zażyczą. Moje aktualnego przemyślenia nie zawierają jednoznacznego werdyktu, gdzie postawić najnowsze dzieło Gdynian w ich dyskografii, ale możecie się spodziewać w najbliższym prawidłowej recenzji, która da wam więcej odpowiedzi.

środa, 30 października 2013

Premiery listopada

Sebastien Tellier Confection (8 listopada)
Artillery Legions (22 listopada)
Built To Fade To Dust (12 listopada)
Eminem Marshall Mathers LP 2 (5 listopada)

wtorek, 29 października 2013

Built To Fade "Willie Sutton"

W około Cunninlynguists robi się naprawdę gorąco, a grupa nie podała jeszcze nawet daty  premiery świeżutkiego Strange Journey Volume 3. Kolejną osobą, która wzbudza falę kreatywności jest Kno z nowym projektem, który celuje bardziej w rejony muzyki elektronicznej i trip hopu. Pod nazwą Built To Fade kryją się także Zoe Wick, Dane Ferguson i kobieta, która nadała ostatniemu albumowi Cunninlynguists kobiecego czaru, czyli Anna Wise z grupy Sonnymoon. Album zatytułowany To Dust zapowiedziany jest na 12 listopada.

Zachętka: Natti "Architecture (feat. Sha Stimuli & Substantial)

Natti z Cunninlynguists zapodał nam miłą niespodziankę i sprawił, że oczekiwanie na nowy album jego macierzystej grupy nie jest już tak bolesne. Jego solowy krążek zatytułowany Still Motion zawiera w sobie wiele elementów za które osobiście kocham Cunninlynguists. Jednym z nich są choćby bity usmażone przez Kno i Deacona. Natti także błysnął i mimo, że albumowi brakuje dynamiki jaką ma trio razem, to wciąż mamy do czynienia z rapem na bardzo wysokim poziomie. Zresztą posłuchajcie sami.

niedziela, 27 października 2013

Kings of Leon - Mechanical Bull

Doniesienia z obozu grupy w czasie trasy promującej Come Around Sundown nie napawały optymizmem. Już sam album wzbudził pewne wątpliwości wśród fanów oczekujących kolejnego Only By the Night brakiem stadionowych hymnów. Wciąż jednak była to dobra płyta i nic nie zapowiadało rozłamu w zespole. Followillowie niestety nie wytrzymali presji i wewnętrzne spięcia spowodowane prawdopodobnie zbyt wyczerpującymi trasami koncertowymi i libacjami alkoholowymi doprowadziły do przerwy w działalności. Na szczęście ta nie trwała długo i zespół zapowiedział powrót do korzeni za pośrednictwem nowego albumu - Mechanical Bull. Większości osób ta wiadomość raczej do euforii nie doprowadziła, zwłaszcza, że Kings of Leon stali się królami stadionów dzięki Because of the Times i Only By the Night, czyli późniejszym albumom. Prawda jest taka, że ja także zacząłem przygodę z grupą po wysłuchaniu tego pierwszego. Nie zmienia to faktu, że znam i szanuję ich wcześniejsze dokonania. Kings of Leon nie mogli w tym momencie zrobić nic lepszego dla siebie i swojej nadmiernie rozpędzonej kariery, wydanie takiego krążka jak Mechaniczny byk wystarczająco obniża ciśnienie wokół Kings, by mogli z oddechem podejść do następnej trasy. Najnowsze dokonanie amerykanów faktycznie sporo ma w sobie elementów, które można znaleźć na ich starszych nagraniach. Piosenki mają bardziej southern-rockowy charakter, dużo w nich nawiązań do bluesa, a także szczypta folku i country. Nie zabrakło jednak miejsca dla potencjalnych przebojów, podniosły "Wait For Me" mógłby być jednym z najmocniejszych punktów Because of the Times. "Family Tree" to dla równowagi wszystko, co najlepsze we wczesnych nagraniach Amerykanów. Jakby spojrzeć na całe Mechanical Bull z analitycznego punktu widzenia, jest to perfekcyjnie wyważona wycieczka przez dotychczasową dyskografię zespołu, coś jakby the Best of z całkowicie nowymi kompozycjami. Fani jednak nigdy nie spojrzą na ten krążek w ten sposób, ponieważ brak na nim utworów, które mogłyby redefiniować zespół lub choćby rozpalić na nową ogień wzniecony na wspomnianych na początku tego tekstu albumach nr 3 i 4. W moim jednak mniemaniu jest to naprawdę dobry album i, co najważniejsze, w pełni szczery i pozbawiony efekciarstwa. Jako, że wszyscy lubimy opisywać wszystko w numerkach podzielę się z wami moją oceną, nawet jeśli nie jest to recenzja w pełni tego słowa znaczenia, a tylko skromne przemyślenia.

3,5/5

sobota, 19 października 2013

Laboratorium Muzycznych Fuzji: SoundQ - Barbarians


Polska przez wielu uważana jest za kolebkę death metalu z Vaderem i Behemothem jako filarami gatunku. Dla mnie osobiście nasz kraj zabłysnął na cały świat niesamowitą sceną prog-rockową, co rusz bowiem w naszym kraju pojawia się jakiś nowy projekt, który śmiało może rywalizować z zagranicznymi grupami. Polska jednak nigdy nie miała szczęścia do gatunku, który na świecie święci największe sukcesy. Mam tu na myśli pop, ale nie taki typowy, a doprawiony elektroniką. Moda na synthpop nas ominęła, w zamian dostaliśmy od naszych artystów niestrawne disco polo. Ostatnimi czasy nastąpił revival na tego typu dźwięki, a my wciąż nie mieliśmy artysty, który mógłby bez kompleksów reprezentować nasz kraj na świecie. SoundQ ma szansę to zmienić, zwłaszcza że ich debiutancki krążek "Barbarians" to o wiele więcej, niż można spodziewać się po debiutantach. Czytaj dalej




sobota, 12 października 2013

Krótko i na temat: Haken, Blackfield, Avenged Sevenfold

Haken nie zwalniają tempa i kontynuują drogę ku dominacji w prog rockowym światku. Brytyjska grupa bez wątpienia wyrosła nam na przestrzeni trzech albumów na stabilny filar gatunku i nie ma wątpliwości, że na The Mountain nic nie tracą ze swojej siły. Słyszałem już nawet głosy, że najnowszy album grupy to dzieło wiekopomne. Osobiście nie będę się podpisywać pod takim stwierdzeniem, bo do ideału jednak troszkę zabrakło. Niemniej jednak każda z 11 kompozycji zawartych na płycie ma swoje muzyczne uzasadnienie i razem tworzą one aryciekawą muzyczną podróż. Każdy entuzjasta muzyki progresywnej znajdzie tu dla siebie wiele godzin słuchowej eksploracji, wykrywając kolejne smaczki z każdym kolejnym przesłuchaniem. The Mountain to wszystko czego szanujący się fan progresywnej muzyki może zapragnąć - świetne wokale, urokliwe melodie, ulotna melancholia, rozbudowane muzyczne tematy, kunsztowne partie solowe i niewyobrażalna wyobraźnia muzyków.
Blackfield to był zawsze przede wszystkim projekt Aviva Geffena, wprawdzie Steven Wilson miał wiele do powiedzenia, ale to Aviv był ojcem, który odpowiadał za rozwój swojego dziecka. Czwarty album projektu przynosi znaczną zmianę dla fanów Wilsona, bo ten występuje na krążku w formie gościa, a nie jak dawniej pełnoprawnego członka. Nie zmienia to jednak w żaden sposób muzyki Blackfield, wciąż mamy do czynienia z czarującymi pop rockowymi piosenkami. Usunięcie się Stevena w cień nadało tylko IV przestrzeni, bo znalazło się miejsce, by zaprosić Vince'a Cavanagh (Anathema), który wykonał piękną piosenkę "X-Ray". W mrocznym "Firefly" zaśpiewał z kolei Brett Anderson (Suede). Znalazł się też i utwór dla wokalisty Mercury Rev ("The Only Fool Is Me"). Trzeba przyznać, że panowie nadają płycie różnorodności. W sumie pięciu wokalistów czaruje nasze ośrodki słuchu i robią to na bardzo wysokim poziomie. Aviv wydaje się w tym gronie najmniej uzdolnionym, ale nadrabia on charakterem i emocjami przenoszonymi swoim głosem. Czwarta propozycja Blackfield zaciera nijakie wrażenia jakie wywołała we mnie Welcome to my DNA. Do poziomu dwóch pierwszych dzieł projektu trochę brakuje, ale musicie uwierzyć, że czwórka jest albumem magicznym i kojącym, który powinien przypaść do gustu każdemu miłosnikowi piękna.
Całkiem dobre oceny zbiera ten Hail to the King, co jest szczerze mówiąc dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Nazywanie tego albumu najlepszym dokonaniem zespołu z kolei podpada mi pod jawne obrażanie tej zasłużonej grupy. Hail to the King to jeden z najsłabszych albumów grupy, mimo że to solidna płyta. Na minus przemawia bezczelne kopiowanie swoich idoli, grupa wprawdzie się z tym nie kryje, ale mimo wszystko najnowsze dzieło A7X nie może być traktowane jak nic więcej jak zbiór coverów. Dosłowne cytowanie Metallici w "This Means War" powinno przegonić wszystkich przeciwników wtórności po pierwszych taktach. Ballady a la Guns'n'Roses odstraszą z kolei tych, którzy przejrzeli na oczy i wiedzą, że amerykańska grupa nigdy nie była wielka. Dla złagodzenia trochę tego tekstu dodam, że bardzo dobrze się tych utworów słucha, ale nie robią one wrażenia i znikają chwilę po wybrzmieniu. Tylko zainspirowany twórczością Iron Maiden "Coming Home" wychodzi przed szereg, zapewniając ponad 6 minut rewelacyjnego heavy metalu. Kompozycja mimo wszystko brzmi jak A7X, a do tego ma niesamowity power brytyjskim bogów. W ogólnym rozrachunku mamy do czynienia z płytą średnią stworzoną dla fanów grupy i raczkujących miłośników metalu.

niedziela, 29 września 2013

Krótko i na temat: Placebo, White Lies

Ludzi, ktorzy nigdy Placebo nie lubili Loud Like Love nie przekona, ponieważ jest to bardzo typowy dla zespołu album. Nie chcę wyrokować, że grupa wróciła do klasycznego brzmienia, bo czasy Black Market Music już dawno minęły, ale zdecydowanie coś jest na rzeczy. Po dość odważnym Battle For The Sun, które prezentowało zespół na wskroś rockowy i pełen wigoru, oraz epce B3, na której trio pozwoliło sobie na eksperymenty, wracamy do melancholijnych opowieści o różnych obliczach miłości. Nie jestem osobą, która potrzebuje niepotrzebnych zmian, więc spotkanie z Loud Like Love jest dla mnie bardzo miłym przeżyciem. W każdej nucie słyszę Placebo jakie pokochałem i nieważne, że brakuje na płycie nowatorstwa i oryginalności. Czasami sumienne kontynuowanie obranej ścieżki jest lepsze niż wątpliwe eksperymenty.
Przy okazji poprzedniego wydawnictwa White Lies pozwoliłem sobie obsmarować każdą piosenkę z osobna pokazując tym swój zawód. Więcej jednak w tamtym tekście było złośliwości niż trafnych przemyśleń. To się już nie powtórzy, zwłaszcza że Big TV przekonuje mnie, że zespół doskonale wie w jakim kierunku chce podążać, a Ritual był tylko etapem przejściowym. White Lies drugim ani nawet rzecim Joy Division nie będzie i trzeba się z tym pogodzić. Panowie mają zupełnie inne ambicje. Romantyczny mrok pozostał, melancholia też, ale na trzecim albumie formacji przeważa piosenkowość. Mimo dość dusznego klimatu, utwory zdają się być zwiewne. Trudno powiedzieć, że Big TV to zbiór przebojowych utworów, a jednak im dłużej albumu się słucha tym trudniej zapomnieć te niepozorne melodie. Oceniając dokonania zespołu obiektywnie można stwierdzić z pewną stanowczością, że trzeci album tria to najbardziej równy krążek w ich karierze. Nie ma na nim ani utworów wybitnych, ani słabych, dlatego tak dobrze słucha się go od początku do końca.

Premiery Października

Trivium Vengeance Falls (15 października)
Ulver Messe IX - VI.X (8 października)
Ayreon The Theory Of Everything (28 października)
Motorhead Aftershock (22 października)
Blindead Absence (9 października)
Doomriders Grand Blood (15 października)
Pelican Forever Becoming (15 października)
Death Angel The Dream Calls For Blood (11 października)

czwartek, 26 września 2013

Brookie Poleca: Placebo "Exit Wounds"

Według Brookie właśnie tego utworu powinniście posłuchać jeżeli wahacie się jeszcze czy sięgnąć po Loud Like Love. Ja od siebie mogę tylko dodać, że każdy zamieszczony na tej plycie utwór potwierdza, że Placebo wciąż jest w formie i zasługuje na dostęp do waszych przewodów słuchowych.

środa, 25 września 2013

Laboratorium Muzycznych Fuzji: 1926 - Bury The Ghost

Zważywszy na fakt, że Bury The Ghost gdyńskiej formacji 1926 to wydawnictwo krótkogrające, można by założyć, że jego recenzja nie powinna zająć więcej niż parę zdań. Zwłaszcza jeśli przyjdzie zapoznać się z programem tej płyty, na który składają się tylko dwie kompozycje. Nie dajcie się jednak zwieść, nie ilość ma znaczenie, a jakość. Bury The Ghost to jak się okazuje nie taki łatwy orzech do zgryzienia, jakim się wydaje, ponieważ "I Feel Like I'm Dying, We Know What You've Seen, Saturn" i "Kraken" to tak naprawdę ponad 30 minut wielowymiarowej i multigatunkowej muzyki, z naciskiem na "gitarową". Czytaj dalej

wtorek, 24 września 2013

Zachap to!: Letlive. - Blackest Beautiful

Aktywność na blogu ostatnio bardzo zmalała, ale nie oznacza to, że zaprzestałem słuchania nowych wartych polecenia zespołów. Takich zespołów wciąż pojawia się mnóstwo, a jednym z najciekawszych jakie dane mi było w tym roku usłyszeć jest z pewnością Letlive.

Letlive. w niektórych kręgach objęte jest kultem, a ja dopiero nieśmiało zostaje fanem na całe życie. Grupa na The Blackest Beautiful prezentuje niesamowitą symbiozę melodii z drapieżnym hardcorem. Nie ma jednak mowy o cukierkowości metalcore'a, jest krwiście i słychać jak gnaty pękają pod kolejną lawiną ciętych riffów. Szkoda tylko, że to moje gnaty, ale przecież lubimy jak muzyka metalowa nas sponiewiera. Jason Aalon Alexander Butler to diament. Mieć tak wszechstronnego wokalistę to niesamowite szczęście. Posłuchajcie tylko "Empty Elvis', w którym jest i hardcore'owa bezpośredniość i rewelacyjne melodyjne przyśpiewy. To nie wszystko, sama kompozycja ma tyle zmian tempa i nastroju, że starczyłoby na epkę jakieś nowej nadziei gatunku. W tym względzie czasami zespół przypomina mi Coheed And Cambria w najbardziej szalonej odsłonie.

Bardzo lubię, kiedy w muzycę tak dużą rolę odgrywa sekcja rytmiczna. Duet Johnson/Robinson zaspokaja moje wszelkie pragnienia. Wszędobylski bas nadaje kompozycjom głębi, a kolejne kanonady perkusji sprawiają, że łapię się za głowę w zachwycie. Na The Blackest Beautiful pojawiają się nawet smyki i to najlepsze co mogło zdarzyć się boleśnie intensywnej kompozycji "Virgin Dirt".

Jeśli jaracie się melodyjnym hardcorem powinniście już być w drodzę do sklepu po swoją kopię Blackest Beautiful albo chociaż zaglądać na Spotify lub Amazon. Ja już sięgam po poprzedni krążek zespołu zatytułowany Fake History i mam nadzieję, że wrażenia będą co najmniej zbliżone. Mój kolejny kandydat na album roku.


niedziela, 15 września 2013

Krótko i na temat: Black Sabbath, James LaBrie, Palms

Trochę czasu już minęło od kiedy ostatni raz słuchałem Trzynastki, ale nigdy nie jest za późno, by podzielić się przemyśleniami na temat muzyki. Nigdy wielkim fanem Sabbath nie byłem, tym większym zaskoczeniem był dla mnie pierwszy od ponad trzech dekad album z udziałem Ozzy'ego. Osbourne wybitnym wokalistą nie jest i tutaj także cudów nie ma, ale wokal Księcia Ciemności pasuje idealnie do konwencji krążka i wraz z muzyką tworzy idealną całość. Na 13 główne skrzypce (riffy) jak zwykle gra Lommi, który spisał się wręcz niesamowicie. Specjalnie przypadło mi do gustu rozwinięcie gitarowe w "Loner', który od początku do końca powala świetnym aranżem i hipnotyzuje chwytliwym riffem, który jest tak bardzo przesiąknięty duchem Black Sabbath, że trudno byłoby go pomylić z innym zespołem. "Damaged Souls" to już czyste szaleństwo, aż trudno uwierzyć, że Lommi zmaga się z chorobą. Jeśli wciąż potrafi krzesać takie solówki, jestem pewny, że pokona każdą przeciwność losu. 13 polecam wszystkim fanom klasycznego metalu, mimo paru ewidentnych dłużyzn, album ma wystarczająco dużo ognia, by utrzymać was przy sobie przez długie godziny.
James LaBrie powraca z kolejnym znakomitym krążkiem solowym. Po przesłuchaniu takiej dawki wybitnie chwytliwych melodii i ciętych riffów, aż trudno mi uwierzyć, że LaBrie może w jakikolwiek sposób przebić jakość Impermanent Resonance najnowszym krążkiem swojej podstawowej formacji. Oczywiście solowy twór Jamesa, to nie Dream Theater, a same zespoły stoją w opozycji zarówno długością kompozycji jak i podstawowymi założeniami. Dlatego może taką frajdą jest słuchać głosu LaBrie w kontekście piosenek, bo trudno nazwać ten zestaw kompozycji inaczej, gdyby zkonfrontować je z dokonaniami Teatru Marzeń, który potrafi w jednym utworze zawrzeć wszystkie riffy z solowej płyty swojego wokalisty. Wielkim atrybutem Impermanent Resonance jest właśnie bezpośredność, nie ważne czy mamy do czynienia z balladą czy rockowym walcem, muzyka trafia prosto w punkt i od razu wiemy czy to nasza bajka. Amerykanin ma do tego wybitny talent do melodii, co potwierdza w każdym utworze jakiego się dotknie, ale to właśnie na swoich solowych dokonaniach może sobie pozwolić na całkowite poświecenie się melodii, co wychodzi mu tylko na dobre. Juź Static impulse mnie zachwycił i szczerze mówiąc trudno mi określić czy najnowszy album wokalisty Dream Theater to skok jakości czy oznaka stabilności talentu.
Chino Moreno + muzycy Isis = ogromne nadzieje. Jak matematyka ma się do rzeczywistości? Ano tak, że nadzieje faktycznie są, ale nigdzie w tym równaniu nie ma nic o faktycznej jakości wyniku tego równania. Wprawdzie gdzieś między tymi składnikami pojawia się jakość i trudno powiedzieć wprost, że to wydawnictwo nieudane. Palms to nic innego jak stonowane Isis z wokalem, i to nie byle jakim, bo Chino Moreno potrafi zdziałać cuda zarówno w Deftones jak i Crosses. Tu jednak według mnie coś nie zagrało, bo Palms nie ma wciągającej atmosfery Isis, ani też charyzmy Chino. Dostajemy za to całkiem strawne połączenie post rockowych pasaży i zamkniętych w konwencji wokaliz. Fani Isis i Deftones powinni sięgnąć po wydawnictwo bez wahania i sprawdzić na własne uszy, myślę że parę osób album pokocha, inni po prostu go przetrawią i sięgną po coś ciekawszego. Co do fanów muzyki z przedrostkiem 'post' polecam coś bardziej interesującego, np. nadchodzącą płytę Absence Blindead.

piątek, 30 sierpnia 2013

Premiery września

Nine Inch Nails Hesitation Marks (3 września)
Chelsea Wolfe Pain Is Beauty (3 września)
Kings Of Leon Mechanical Bull (24 września)
Haken The Mountain (2 września)
The Weeknd Kiss Land (9 września)
Satyricon Satyricon (9 września)
The Roots & Elvis Costello Wise Up Ghost (13 września)
Anneke Van Giersbergen Drive (23 września)
Onslaught VI (20 września)


Zapowiada się kolejny wspaniały miesiąc, szkoda tylko, że tak mało jest czasu w życiu, aby w pełni to docenić.

Dead Letter Circus "Lodestar"

Dead Letter Circus albumem The Catalyst Fire pokazuję, że świetny debiut nie był tylko przypadkiem. Polecam zapoznać się z muzyką tych Australijczyków jak najszybciej... ale niech ona przemówi.

sobota, 17 sierpnia 2013

Krótko i na temat: Dessa, Bliss N Eso

Parts Of Speech to jedno z najbardziej zaskakujących i emocjonujących wydarzeń tego roku. Album po którym nie spodziewałem się zbyt górnolotnych wrażeń przyniósł niespełna 45 minut wspaniałej i natchnionej muzyki. Już poprzednie dokonania artystki pokazały, że ma ona talent. Dessa, jeszcze do niedawna kojarzona z muzyką hip hopową awansuję tym krążkiem do poziomu jednej z najwybitniejszych kobiecych kompozytorek ostatnich lat. Parts Of Speech to niewątpliwie jej opus magnum, które powinno skierować w jej kierunku uszy wszystkich wielbicieli dogłębnie uczuciowej muzyki. Słabe momenty nie odnotowane, a tych dotykających duszę jest tak dużo, że aż trudno to znieść, bo przez całą długość płyty serce bije z zachwytu, a to, jak mówią niektórzy lekarze może skończyć się zawałem.
W tym wydaniu Krótko i na temat tylko i wyłącznie zachwyty. Jednak z najnowszym albumem Bliss N Eso nie zawsze było tak kolorowy jak na skrzydłach z okładki, bo pierwsze odsłuchy były dla mnie dość rozczarowujące. Jakie to jednak wspaniałe uczucie, kiedy po ok. 5 odsłuchaniach uświadamiasz sobie, że przez cały czas słuchałeś dzieła absolutnego. Muzyka Bliss N Eso kolejny raz ewoluowała. Nie każdy ten kierunek zaakceptuje, ale szacunek powinien pozostać, bowiem poziom kompozycji jest naprawdę wysoki. Australijczycy zanurzyli swoje winyle w bardzo popowym sosie i zapodali krążek, który powala przebojowością i ma więcej hitów niż miesięczna rozpiska MTV. To właśnie ta przebojowość nie dawała mi na początku spokoju, ale szybko się do niej przekonałem. Co więcej, na Circus In The Sky pojawiła się rzesza wspaniałych gości, wystarczy choćby wspomnieć Nasa, czy Setha Sentry, który ma na koncie zachwycającą epkę (i jak się okazuję także album, po który muszę absolutnie sięgnąć). Polecam!

czwartek, 15 sierpnia 2013

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Farel Gott - N.I.E.D.O.P.O.W.I.E.D.Z.E.N.I.A.

Z góry przepraszam za kolejną "polską" recenzję, ale to nie moja wina (zasługa?), że na naszym podwórku, uważanym przez wielu za ubogie muzycznie, tyle nieprzewidzianych atrakcji. Tym razem prowodyrem do napisania paru słów jest grupa z Warszawy o intrygującej nazwie Farel Gott. Nie będzie to jednak dla niektórych nazwa nowa, bowiem zespół istnieje już od 2004 roku i ma już na koncie parę ważnych momentów w karierze - m.in. debiutancka płyta "Farel Gott", czy koncert na festiwalu Heineken Open'er z 2007 roku. Najnowsza EP-ka N.I.E.D.O.P.O.W.I.E.D.Z.E.N.I.A. to preludium do drugiego albumu kwartetu. Poprzedni materiał zespołu przyniósł Warszawiakom jako taki rozgłos i to nawet poza granicami kraju. Utwór Moth Revolver z ich debiutanckiego albumu znalazł się bowiem na składance Riot On Sunset Vol. 2 wydanej w USA, co wcale nie dziwi po wysłuchaniu tych 2 minut rock'n'rollowego hałasu. Czytaj dalej

poniedziałek, 29 lipca 2013

Krótko i na temat: Kanye West, J. Cole, Filter

Poprzedni krążek Kanye był dla mnie arcydziełem modernistycznego hip hopu ze świetnymi samplami i trafionymi decyzjami odnośnie gości. Yeezus z kolei pokazuje Westa na skraju samouwielbienia i abstrakcji. Połowa materiału zbliża się do wysokich lotów ambitnych rapowych tworów wychodzących poza granice gatunku (choćby genialny "Blood On The Leaves"), reszta utworów przypomina bełkot sklejony na siłe w zdania, które w założeniu mają nieść bogate treści, a toną w hipertrofii. Kanye definitywnie potrzebuje kogoś kto mu powie, kiedy zatrzymać się z kolejnymi zmianami nastrojów i tempa, bo co wolno Dream Theater i im podobnym zazwyczaj nie działa w hip hopie.
Dzięki Mike, gdyby nie ty na pewno bym nie sięgnął po ten album. Byłem przekonany, że J.Cole już się skończył. Po Friday Night Lights już nic, co tworzył nie było w stanie mnie zaciekawić na tyle bym poświęcił swój cenny czas na słuchanie jego utworów. Born Sinner mimo, że wciąż bardzo bliski mainstreamowi, wskazuje na lekki krok wstecz, bynajmniej nie w twórczość Cole'a, a bardziej w klasykę gatunku. Mnóstwo na Born Sinner bujających bitów i świetnych refrenów, które każą się zatrzymać i nadstawić ucha, a i strzepić sobie gardło można. Świetny powrót do formy.
Melodia - to w wypadku tego albumu słowo klucz. The Sun Comes Out Tonight to biologiczna bomba, wybucha wprawdzie z opóźnionym zapłonem, ale nie zmienia to faktu, że skutecznie wgryza się we wszystkie komórki naszego organizmu. Jest do tego dość delikatna w swoim działaniu, nie szkodzi nawet w dużych ilościach, a potrafi nawet wspomóc wyczerpany organizm. Już poprzedni album Filter skierował moje muzyczne ucho na ten zespół wystarczająco skutecznie bym spędził z nimi paręnaście udanych godzin. Materiał z 2013 mimo, że wydaje się nieco słabszy kompozycyjnie od poprzedniczki, to biję ją na głowę przystępnością i talentem do nośnych melodii. The Sun Comes Out Tonight to tytuł, który mówi wszystko.

niedziela, 28 lipca 2013

Premiery sierpnia

Avenged Sevenfold Hail to the King (26 sierpnia)
Franz Ferdinand Right Thoughts, Right Words, Right Actions (26 sierpnia)
Dream Theater Dream Theater (24 sierpnia)
Blackfield IV (26 sierpnia)
Rosetta The Anaesthete (8 sierpnia)
Dead Letter Circus The Catalyst Fire (9 sierpnia)
White Lies Big TV (13 sierpnia)

sobota, 27 lipca 2013

Blackfield "Jupiter"

Ten zachwycający teledysk promuje najnowsze wydawnictwo grupy Blackfield. Miejmy tylko nadzieję, że i muzyka na IV będzie tak dobra. Premiera krążka już 26 sierpnia. Zacieramy ręce?

piątek, 19 lipca 2013

Przebłyski przyszłych płyt: Avenged Sevenfold

27 sierpnia to data premiery kolejnego albumu grupy Avenged Sevenfold. Album Hail To The King promuję utwór o tym samym tytule, a posłuchać możecie go powyżej. Osobiście wolę sobie nie wyrabiać opinii na temat formy zespołu na jego podstawie.

wtorek, 16 lipca 2013

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Superhalo - Czerwona

Pierwszą rzeczą jaka wzbudza ciekawość przy zetknięcia z albumem Czerwona jest dość nietypowe opakowanie, które przypomina płaskie pudełeczko. W środku zaś ukryta jest papierowa kieszonka z krążkiem, typowa dla tych dodawanych do kolorowych magazynów, rozkładana książeczka, która wygląda jak strona z gazety (zawiera też tajemniczą historię tego albumu) i naklejki. Tanio, ale z pomysłem. Artwork, ani też wykonanie może nie zachwycają, ale też nie przynoszą zespołowi wstydu. Czytaj dalej