niedziela, 29 września 2013

Krótko i na temat: Placebo, White Lies

Ludzi, ktorzy nigdy Placebo nie lubili Loud Like Love nie przekona, ponieważ jest to bardzo typowy dla zespołu album. Nie chcę wyrokować, że grupa wróciła do klasycznego brzmienia, bo czasy Black Market Music już dawno minęły, ale zdecydowanie coś jest na rzeczy. Po dość odważnym Battle For The Sun, które prezentowało zespół na wskroś rockowy i pełen wigoru, oraz epce B3, na której trio pozwoliło sobie na eksperymenty, wracamy do melancholijnych opowieści o różnych obliczach miłości. Nie jestem osobą, która potrzebuje niepotrzebnych zmian, więc spotkanie z Loud Like Love jest dla mnie bardzo miłym przeżyciem. W każdej nucie słyszę Placebo jakie pokochałem i nieważne, że brakuje na płycie nowatorstwa i oryginalności. Czasami sumienne kontynuowanie obranej ścieżki jest lepsze niż wątpliwe eksperymenty.
Przy okazji poprzedniego wydawnictwa White Lies pozwoliłem sobie obsmarować każdą piosenkę z osobna pokazując tym swój zawód. Więcej jednak w tamtym tekście było złośliwości niż trafnych przemyśleń. To się już nie powtórzy, zwłaszcza że Big TV przekonuje mnie, że zespół doskonale wie w jakim kierunku chce podążać, a Ritual był tylko etapem przejściowym. White Lies drugim ani nawet rzecim Joy Division nie będzie i trzeba się z tym pogodzić. Panowie mają zupełnie inne ambicje. Romantyczny mrok pozostał, melancholia też, ale na trzecim albumie formacji przeważa piosenkowość. Mimo dość dusznego klimatu, utwory zdają się być zwiewne. Trudno powiedzieć, że Big TV to zbiór przebojowych utworów, a jednak im dłużej albumu się słucha tym trudniej zapomnieć te niepozorne melodie. Oceniając dokonania zespołu obiektywnie można stwierdzić z pewną stanowczością, że trzeci album tria to najbardziej równy krążek w ich karierze. Nie ma na nim ani utworów wybitnych, ani słabych, dlatego tak dobrze słucha się go od początku do końca.

Premiery Października

Trivium Vengeance Falls (15 października)
Ulver Messe IX - VI.X (8 października)
Ayreon The Theory Of Everything (28 października)
Motorhead Aftershock (22 października)
Blindead Absence (9 października)
Doomriders Grand Blood (15 października)
Pelican Forever Becoming (15 października)
Death Angel The Dream Calls For Blood (11 października)

czwartek, 26 września 2013

Brookie Poleca: Placebo "Exit Wounds"

Według Brookie właśnie tego utworu powinniście posłuchać jeżeli wahacie się jeszcze czy sięgnąć po Loud Like Love. Ja od siebie mogę tylko dodać, że każdy zamieszczony na tej plycie utwór potwierdza, że Placebo wciąż jest w formie i zasługuje na dostęp do waszych przewodów słuchowych.

środa, 25 września 2013

Laboratorium Muzycznych Fuzji: 1926 - Bury The Ghost

Zważywszy na fakt, że Bury The Ghost gdyńskiej formacji 1926 to wydawnictwo krótkogrające, można by założyć, że jego recenzja nie powinna zająć więcej niż parę zdań. Zwłaszcza jeśli przyjdzie zapoznać się z programem tej płyty, na który składają się tylko dwie kompozycje. Nie dajcie się jednak zwieść, nie ilość ma znaczenie, a jakość. Bury The Ghost to jak się okazuje nie taki łatwy orzech do zgryzienia, jakim się wydaje, ponieważ "I Feel Like I'm Dying, We Know What You've Seen, Saturn" i "Kraken" to tak naprawdę ponad 30 minut wielowymiarowej i multigatunkowej muzyki, z naciskiem na "gitarową". Czytaj dalej

wtorek, 24 września 2013

Zachap to!: Letlive. - Blackest Beautiful

Aktywność na blogu ostatnio bardzo zmalała, ale nie oznacza to, że zaprzestałem słuchania nowych wartych polecenia zespołów. Takich zespołów wciąż pojawia się mnóstwo, a jednym z najciekawszych jakie dane mi było w tym roku usłyszeć jest z pewnością Letlive.

Letlive. w niektórych kręgach objęte jest kultem, a ja dopiero nieśmiało zostaje fanem na całe życie. Grupa na The Blackest Beautiful prezentuje niesamowitą symbiozę melodii z drapieżnym hardcorem. Nie ma jednak mowy o cukierkowości metalcore'a, jest krwiście i słychać jak gnaty pękają pod kolejną lawiną ciętych riffów. Szkoda tylko, że to moje gnaty, ale przecież lubimy jak muzyka metalowa nas sponiewiera. Jason Aalon Alexander Butler to diament. Mieć tak wszechstronnego wokalistę to niesamowite szczęście. Posłuchajcie tylko "Empty Elvis', w którym jest i hardcore'owa bezpośredniość i rewelacyjne melodyjne przyśpiewy. To nie wszystko, sama kompozycja ma tyle zmian tempa i nastroju, że starczyłoby na epkę jakieś nowej nadziei gatunku. W tym względzie czasami zespół przypomina mi Coheed And Cambria w najbardziej szalonej odsłonie.

Bardzo lubię, kiedy w muzycę tak dużą rolę odgrywa sekcja rytmiczna. Duet Johnson/Robinson zaspokaja moje wszelkie pragnienia. Wszędobylski bas nadaje kompozycjom głębi, a kolejne kanonady perkusji sprawiają, że łapię się za głowę w zachwycie. Na The Blackest Beautiful pojawiają się nawet smyki i to najlepsze co mogło zdarzyć się boleśnie intensywnej kompozycji "Virgin Dirt".

Jeśli jaracie się melodyjnym hardcorem powinniście już być w drodzę do sklepu po swoją kopię Blackest Beautiful albo chociaż zaglądać na Spotify lub Amazon. Ja już sięgam po poprzedni krążek zespołu zatytułowany Fake History i mam nadzieję, że wrażenia będą co najmniej zbliżone. Mój kolejny kandydat na album roku.


niedziela, 15 września 2013

Krótko i na temat: Black Sabbath, James LaBrie, Palms

Trochę czasu już minęło od kiedy ostatni raz słuchałem Trzynastki, ale nigdy nie jest za późno, by podzielić się przemyśleniami na temat muzyki. Nigdy wielkim fanem Sabbath nie byłem, tym większym zaskoczeniem był dla mnie pierwszy od ponad trzech dekad album z udziałem Ozzy'ego. Osbourne wybitnym wokalistą nie jest i tutaj także cudów nie ma, ale wokal Księcia Ciemności pasuje idealnie do konwencji krążka i wraz z muzyką tworzy idealną całość. Na 13 główne skrzypce (riffy) jak zwykle gra Lommi, który spisał się wręcz niesamowicie. Specjalnie przypadło mi do gustu rozwinięcie gitarowe w "Loner', który od początku do końca powala świetnym aranżem i hipnotyzuje chwytliwym riffem, który jest tak bardzo przesiąknięty duchem Black Sabbath, że trudno byłoby go pomylić z innym zespołem. "Damaged Souls" to już czyste szaleństwo, aż trudno uwierzyć, że Lommi zmaga się z chorobą. Jeśli wciąż potrafi krzesać takie solówki, jestem pewny, że pokona każdą przeciwność losu. 13 polecam wszystkim fanom klasycznego metalu, mimo paru ewidentnych dłużyzn, album ma wystarczająco dużo ognia, by utrzymać was przy sobie przez długie godziny.
James LaBrie powraca z kolejnym znakomitym krążkiem solowym. Po przesłuchaniu takiej dawki wybitnie chwytliwych melodii i ciętych riffów, aż trudno mi uwierzyć, że LaBrie może w jakikolwiek sposób przebić jakość Impermanent Resonance najnowszym krążkiem swojej podstawowej formacji. Oczywiście solowy twór Jamesa, to nie Dream Theater, a same zespoły stoją w opozycji zarówno długością kompozycji jak i podstawowymi założeniami. Dlatego może taką frajdą jest słuchać głosu LaBrie w kontekście piosenek, bo trudno nazwać ten zestaw kompozycji inaczej, gdyby zkonfrontować je z dokonaniami Teatru Marzeń, który potrafi w jednym utworze zawrzeć wszystkie riffy z solowej płyty swojego wokalisty. Wielkim atrybutem Impermanent Resonance jest właśnie bezpośredność, nie ważne czy mamy do czynienia z balladą czy rockowym walcem, muzyka trafia prosto w punkt i od razu wiemy czy to nasza bajka. Amerykanin ma do tego wybitny talent do melodii, co potwierdza w każdym utworze jakiego się dotknie, ale to właśnie na swoich solowych dokonaniach może sobie pozwolić na całkowite poświecenie się melodii, co wychodzi mu tylko na dobre. Juź Static impulse mnie zachwycił i szczerze mówiąc trudno mi określić czy najnowszy album wokalisty Dream Theater to skok jakości czy oznaka stabilności talentu.
Chino Moreno + muzycy Isis = ogromne nadzieje. Jak matematyka ma się do rzeczywistości? Ano tak, że nadzieje faktycznie są, ale nigdzie w tym równaniu nie ma nic o faktycznej jakości wyniku tego równania. Wprawdzie gdzieś między tymi składnikami pojawia się jakość i trudno powiedzieć wprost, że to wydawnictwo nieudane. Palms to nic innego jak stonowane Isis z wokalem, i to nie byle jakim, bo Chino Moreno potrafi zdziałać cuda zarówno w Deftones jak i Crosses. Tu jednak według mnie coś nie zagrało, bo Palms nie ma wciągającej atmosfery Isis, ani też charyzmy Chino. Dostajemy za to całkiem strawne połączenie post rockowych pasaży i zamkniętych w konwencji wokaliz. Fani Isis i Deftones powinni sięgnąć po wydawnictwo bez wahania i sprawdzić na własne uszy, myślę że parę osób album pokocha, inni po prostu go przetrawią i sięgną po coś ciekawszego. Co do fanów muzyki z przedrostkiem 'post' polecam coś bardziej interesującego, np. nadchodzącą płytę Absence Blindead.