czwartek, 31 października 2013

Pierwszy odsłuch! Nie gadaj!

Bardzo dużo czasu minęło od kiedy ostatni raz pisałem tekst w tym dziale, ale nie mogłem sobie podarować w przypadku takiego wydarzenia jak nowy album grupy Blindead. Ciekawie jest ocenić tak złożone dzieło z perspektywy jednego przesłuchania, a potem po zgłębieniu tematu przeczytać pierwsze wrażenia i klepnąć się w zażenowaniu w czoło. No to zaczynamy. Absence jest na pewno kolejnym odważnym krokiem w rozwoju zespołu, po którym możemy się już spodziewać absolutnie wszystkiego. Najbardziej słyszalnym novum jest mnogość czystych i stonowanych wokali. Patryk Zwoliński na Absence bardzo rzadko używa swojego potężnego ryku (trochę szkoda). Kolejną rzeczą, na którą zwróciłem uwagę jest na pewno klimat całego wydawnictwa, dużo jest tu podskórnych dźwięków, subtelnie opanowujących nasze narządy słuchu. Blindead zatapia się w co raz bardziej emocjonalne rejony, totalnie rozkładając naszą psychikę i składając ją ponownie jak sami sobie zażyczą. Moje aktualnego przemyślenia nie zawierają jednoznacznego werdyktu, gdzie postawić najnowsze dzieło Gdynian w ich dyskografii, ale możecie się spodziewać w najbliższym prawidłowej recenzji, która da wam więcej odpowiedzi.

środa, 30 października 2013

Premiery listopada

Sebastien Tellier Confection (8 listopada)
Artillery Legions (22 listopada)
Built To Fade To Dust (12 listopada)
Eminem Marshall Mathers LP 2 (5 listopada)

wtorek, 29 października 2013

Built To Fade "Willie Sutton"

W około Cunninlynguists robi się naprawdę gorąco, a grupa nie podała jeszcze nawet daty  premiery świeżutkiego Strange Journey Volume 3. Kolejną osobą, która wzbudza falę kreatywności jest Kno z nowym projektem, który celuje bardziej w rejony muzyki elektronicznej i trip hopu. Pod nazwą Built To Fade kryją się także Zoe Wick, Dane Ferguson i kobieta, która nadała ostatniemu albumowi Cunninlynguists kobiecego czaru, czyli Anna Wise z grupy Sonnymoon. Album zatytułowany To Dust zapowiedziany jest na 12 listopada.

Zachętka: Natti "Architecture (feat. Sha Stimuli & Substantial)

Natti z Cunninlynguists zapodał nam miłą niespodziankę i sprawił, że oczekiwanie na nowy album jego macierzystej grupy nie jest już tak bolesne. Jego solowy krążek zatytułowany Still Motion zawiera w sobie wiele elementów za które osobiście kocham Cunninlynguists. Jednym z nich są choćby bity usmażone przez Kno i Deacona. Natti także błysnął i mimo, że albumowi brakuje dynamiki jaką ma trio razem, to wciąż mamy do czynienia z rapem na bardzo wysokim poziomie. Zresztą posłuchajcie sami.

niedziela, 27 października 2013

Kings of Leon - Mechanical Bull

Doniesienia z obozu grupy w czasie trasy promującej Come Around Sundown nie napawały optymizmem. Już sam album wzbudził pewne wątpliwości wśród fanów oczekujących kolejnego Only By the Night brakiem stadionowych hymnów. Wciąż jednak była to dobra płyta i nic nie zapowiadało rozłamu w zespole. Followillowie niestety nie wytrzymali presji i wewnętrzne spięcia spowodowane prawdopodobnie zbyt wyczerpującymi trasami koncertowymi i libacjami alkoholowymi doprowadziły do przerwy w działalności. Na szczęście ta nie trwała długo i zespół zapowiedział powrót do korzeni za pośrednictwem nowego albumu - Mechanical Bull. Większości osób ta wiadomość raczej do euforii nie doprowadziła, zwłaszcza, że Kings of Leon stali się królami stadionów dzięki Because of the Times i Only By the Night, czyli późniejszym albumom. Prawda jest taka, że ja także zacząłem przygodę z grupą po wysłuchaniu tego pierwszego. Nie zmienia to faktu, że znam i szanuję ich wcześniejsze dokonania. Kings of Leon nie mogli w tym momencie zrobić nic lepszego dla siebie i swojej nadmiernie rozpędzonej kariery, wydanie takiego krążka jak Mechaniczny byk wystarczająco obniża ciśnienie wokół Kings, by mogli z oddechem podejść do następnej trasy. Najnowsze dokonanie amerykanów faktycznie sporo ma w sobie elementów, które można znaleźć na ich starszych nagraniach. Piosenki mają bardziej southern-rockowy charakter, dużo w nich nawiązań do bluesa, a także szczypta folku i country. Nie zabrakło jednak miejsca dla potencjalnych przebojów, podniosły "Wait For Me" mógłby być jednym z najmocniejszych punktów Because of the Times. "Family Tree" to dla równowagi wszystko, co najlepsze we wczesnych nagraniach Amerykanów. Jakby spojrzeć na całe Mechanical Bull z analitycznego punktu widzenia, jest to perfekcyjnie wyważona wycieczka przez dotychczasową dyskografię zespołu, coś jakby the Best of z całkowicie nowymi kompozycjami. Fani jednak nigdy nie spojrzą na ten krążek w ten sposób, ponieważ brak na nim utworów, które mogłyby redefiniować zespół lub choćby rozpalić na nową ogień wzniecony na wspomnianych na początku tego tekstu albumach nr 3 i 4. W moim jednak mniemaniu jest to naprawdę dobry album i, co najważniejsze, w pełni szczery i pozbawiony efekciarstwa. Jako, że wszyscy lubimy opisywać wszystko w numerkach podzielę się z wami moją oceną, nawet jeśli nie jest to recenzja w pełni tego słowa znaczenia, a tylko skromne przemyślenia.

3,5/5

sobota, 19 października 2013

Laboratorium Muzycznych Fuzji: SoundQ - Barbarians


Polska przez wielu uważana jest za kolebkę death metalu z Vaderem i Behemothem jako filarami gatunku. Dla mnie osobiście nasz kraj zabłysnął na cały świat niesamowitą sceną prog-rockową, co rusz bowiem w naszym kraju pojawia się jakiś nowy projekt, który śmiało może rywalizować z zagranicznymi grupami. Polska jednak nigdy nie miała szczęścia do gatunku, który na świecie święci największe sukcesy. Mam tu na myśli pop, ale nie taki typowy, a doprawiony elektroniką. Moda na synthpop nas ominęła, w zamian dostaliśmy od naszych artystów niestrawne disco polo. Ostatnimi czasy nastąpił revival na tego typu dźwięki, a my wciąż nie mieliśmy artysty, który mógłby bez kompleksów reprezentować nasz kraj na świecie. SoundQ ma szansę to zmienić, zwłaszcza że ich debiutancki krążek "Barbarians" to o wiele więcej, niż można spodziewać się po debiutantach. Czytaj dalej




sobota, 12 października 2013

Krótko i na temat: Haken, Blackfield, Avenged Sevenfold

Haken nie zwalniają tempa i kontynuują drogę ku dominacji w prog rockowym światku. Brytyjska grupa bez wątpienia wyrosła nam na przestrzeni trzech albumów na stabilny filar gatunku i nie ma wątpliwości, że na The Mountain nic nie tracą ze swojej siły. Słyszałem już nawet głosy, że najnowszy album grupy to dzieło wiekopomne. Osobiście nie będę się podpisywać pod takim stwierdzeniem, bo do ideału jednak troszkę zabrakło. Niemniej jednak każda z 11 kompozycji zawartych na płycie ma swoje muzyczne uzasadnienie i razem tworzą one aryciekawą muzyczną podróż. Każdy entuzjasta muzyki progresywnej znajdzie tu dla siebie wiele godzin słuchowej eksploracji, wykrywając kolejne smaczki z każdym kolejnym przesłuchaniem. The Mountain to wszystko czego szanujący się fan progresywnej muzyki może zapragnąć - świetne wokale, urokliwe melodie, ulotna melancholia, rozbudowane muzyczne tematy, kunsztowne partie solowe i niewyobrażalna wyobraźnia muzyków.
Blackfield to był zawsze przede wszystkim projekt Aviva Geffena, wprawdzie Steven Wilson miał wiele do powiedzenia, ale to Aviv był ojcem, który odpowiadał za rozwój swojego dziecka. Czwarty album projektu przynosi znaczną zmianę dla fanów Wilsona, bo ten występuje na krążku w formie gościa, a nie jak dawniej pełnoprawnego członka. Nie zmienia to jednak w żaden sposób muzyki Blackfield, wciąż mamy do czynienia z czarującymi pop rockowymi piosenkami. Usunięcie się Stevena w cień nadało tylko IV przestrzeni, bo znalazło się miejsce, by zaprosić Vince'a Cavanagh (Anathema), który wykonał piękną piosenkę "X-Ray". W mrocznym "Firefly" zaśpiewał z kolei Brett Anderson (Suede). Znalazł się też i utwór dla wokalisty Mercury Rev ("The Only Fool Is Me"). Trzeba przyznać, że panowie nadają płycie różnorodności. W sumie pięciu wokalistów czaruje nasze ośrodki słuchu i robią to na bardzo wysokim poziomie. Aviv wydaje się w tym gronie najmniej uzdolnionym, ale nadrabia on charakterem i emocjami przenoszonymi swoim głosem. Czwarta propozycja Blackfield zaciera nijakie wrażenia jakie wywołała we mnie Welcome to my DNA. Do poziomu dwóch pierwszych dzieł projektu trochę brakuje, ale musicie uwierzyć, że czwórka jest albumem magicznym i kojącym, który powinien przypaść do gustu każdemu miłosnikowi piękna.
Całkiem dobre oceny zbiera ten Hail to the King, co jest szczerze mówiąc dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Nazywanie tego albumu najlepszym dokonaniem zespołu z kolei podpada mi pod jawne obrażanie tej zasłużonej grupy. Hail to the King to jeden z najsłabszych albumów grupy, mimo że to solidna płyta. Na minus przemawia bezczelne kopiowanie swoich idoli, grupa wprawdzie się z tym nie kryje, ale mimo wszystko najnowsze dzieło A7X nie może być traktowane jak nic więcej jak zbiór coverów. Dosłowne cytowanie Metallici w "This Means War" powinno przegonić wszystkich przeciwników wtórności po pierwszych taktach. Ballady a la Guns'n'Roses odstraszą z kolei tych, którzy przejrzeli na oczy i wiedzą, że amerykańska grupa nigdy nie była wielka. Dla złagodzenia trochę tego tekstu dodam, że bardzo dobrze się tych utworów słucha, ale nie robią one wrażenia i znikają chwilę po wybrzmieniu. Tylko zainspirowany twórczością Iron Maiden "Coming Home" wychodzi przed szereg, zapewniając ponad 6 minut rewelacyjnego heavy metalu. Kompozycja mimo wszystko brzmi jak A7X, a do tego ma niesamowity power brytyjskim bogów. W ogólnym rozrachunku mamy do czynienia z płytą średnią stworzoną dla fanów grupy i raczkujących miłośników metalu.