niedziela, 29 grudnia 2013

10 (albo i nie) najlepszych albumów 2013 - Świat


Umykający już nam rok 2013 przyniósł naprawdę wiele nowych wydawnictw, w tym ogromną ilość płyt, które wyróżniły się naprawdę wysokim poziomem. Wiele z tych krążków spotkało się z moim zachwytem, ale były też takie, które zwyczajnie mi się podobały i zaginęły gdzieś w pamięci dopóki nie przypomniałem sobie o nich w trakcie przygotowywania tego podsumowania. Jak to zwykle bywa, znalazły się też albumy, które bardzo mnie zawiodły i takie, które nie zasłużyły nawet na spędzenie z nimi paru godzin. Tych ostatnich w tym roku było całkiem sporo i może nie do końca jest to wina samych artystów, a mojego braku czasu, ponieważ nie miałem w tym roku tolerancji dla albumów przeciętnych.

Zawsze po takim podsumowaniu wpadają mi w ręcę płyty, które powinny się w nim znaleźć i na pewno taka sama sytuacja będzie miała miejsce w tym roku, ponieważ nie sposób jest wynaleźć te wszystkie wspaniałe dźwięki w tak głębokim muzycznym morzu, a tym bardziej zagospodarować czas, by poświęcić im odpowiednią ilość czasu. Już i tak czuję, że zdarza mi się słuchać hurtowo, bez skupiania się na tym, co słucham. Muszę w nowym roku jeszcze bardziej ograniczyć ilość krążków, które wpadają w moje ręcę, by nie zatracić radości słuchania. Zdaję się to być zmorą naszych czasów, kiedy muzyka jest łatwo dostępna, czy to przez zwyczajne piractwo, czy serwisy typu spotify, dzięki którym znalezienie i przesłuchanie albumu jest szybkie i bezbolesne.

Porzućmy jednak osobiste dygresje i skupmy się na tym, co ciekawego popłynęło z moich głośników w roku 2013, a było tego naprawdę sporo. Tak samo jak w Polsce początek roku był naprawdę mocny, Cult Of Luna zachwyciło niezwykle wielowymiarową wizją swojej ścieżki dźwiękowej do filmu Metropolis, czym znalaleźli się na szczycie post metalowego łańcucha. Wszędobylski Steven Wilson wreszcie nagrał solowy album na miarę swoich możliwości. Szkoccy rockowcy z Biffy Clyro niespodziewanie nagrali solidny dwupłytowy krążek ze świetnymi singlami. Przeszłość zatriumfowała w nowej muzyce Saxon, którzy chyba duchem wrócili do początków kariery, bo nagrali jeden z najdrapieżniejszych krążków tego roku.

Rok 2013 przyniósł też kontynuacje dzieł Coheed And Cambria i Stone Sour z 2012. Kolejno The Afterman: Descension i House of Gold and Bones Pt. 2 przyniosły kolejną dawkę solidnej muzyki, a w wypadku Stone Sour lepszej niż na poprzedniczce. Jak już przy kontynuacjach jesteśmy, to warto nadmienić, że Kvelertak wreszcie wydał długo oczekiwany drugi album, który osobiście traktuje jak największy zawód roku. Jedną z największych nadziei muzyki elektronicznej niewątpliwie była nowa płyta The Knife, która mimo, że nie zachwyciła, to przyniosła pare całkiem dobrych utworów, których nie mógłby nagrać nikt inny. Hesitation Marks, czyli nowe wydawnictwo Nine Inch Nails mogło być płytą roku fanów mieszanki rocka i elektroniki, ale nie udało się sprostać oczekiwaniom. Bardzo cieszy fakt, że Trent Reznor trochę odświeżył swoje muzyczne portfolio, ale nie ma mowy o dziele odkrywczym czy świeżym. Znacznie większym jdnak zawodem okazała się nowa porcja muzyki od Depeche Mode, która kompletnie nie trafiła w moje gusta i jestem pewien, że nie jestem odosobniony w moich odczuciach.

Do muzyki powrócili wielcy rocka z Black Sabbath na czele, którzy nagrali album na miarę swoich możliwośc albo i nawet lepszy, bo kto wierzył, że Ozzy jest jeszcze w stanie z siebie coś wykrzesać. Deep Purple także nie zawiedli i obdarowali nas smakowitą porcją hard rocka. Znajdą się tacy, którzy nazwą Clutch największym zespołem rockowym naszej ery, więc pozwolę sobie umieścić ich w tym samym akapicie i nadmienić, że ich Earth Rocker to kawał świetnej roboty i mnóstwo rockowej radości.

Wielcy prog metalu niestety po raz kolejny zawiedli, bowiem nowy album Dream Theater zabrzmiał znowu jak produkt, a nie muzyka zagrana z sercem. Szkoda, bo poprzedniczka Dream Theater była naprawdę świetna. Na szczęście na horyzoncie widać nowego króla w postaci Haken, których trzecia propozycja potwierdza ich talent i predyspozycje do stania się wielkim zespołem.

W mijającym roku było wiele albumów, które wypatrywałem z wielką niecierpliwością i pokładałem w nich duże nadzieje. Jednym z nich niewątpliwie była nowa płyta Queens Of The Stone Age, która nie dość, że nie zawiodła to jeszcze przekroczyła wszelkie oczekiwania. Josh Homme wymieszał swoje wszystkie inspiracje i wyciągnął wnioski ze wszystkich projektów, w których brał udział i razem z zespołem stworzył mieszankę wybuchową. Jedyny zespół z gatunku Elvis metal, czyli Volbeat także nie zawiódł choć droga do polubienia Outlaw Gentlemen & Shady Ladies może być wyboista przez dużą zawartość popu w metalu. Niemiecka odpowiedź na post metal w postaci The Ocean zatarła wszelkie złe wrażenia po podwójnym wydawnictwie Heliocentric/Anthropocentric i wróciła do świetnej formy z Pelagial. Z tego samego podwórka, Rosetta mimo głosów krytyki, w moim mniemaniu, wydała znakomity krążek. Pop rockowy Blackfield już bez Stevena Wilsona wydał przepiękną porcję muzyki. Kochani przez wielu i znienawidzeni przez jeszcze większą liczbę ludzi Placebo i Kings Of Leon wydali solidne płyty, które nie przywrócą im popularności jaką jeszcze niedawno się cieszyli, to wstydu przynieść też nie powinny. Tego samego powiedzieć nie można o Avenged Sevenfold, Kalifornijczycy zamiast zastanowić się poważnie nad swoją muzyką nagrali utwory, które bardziej brzmią jak covery niż jak własna muzyka. Niestety ludzie dali się nabrać i zespół niesłusznie został królami metalu. Trivium kontynuuje naturalny rozwój i wkracza w jeszcze bardziej melodyjne rejony z pomocą Davida Draimana za konsoletą. Dużo osób narzeka, ale trudno nie odczuwać przyjemności słuchając te dźwięki. Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o AFI, ktorzy niespodziewanie nagrali jeden z najlepszych albumów w karierze wracając w chwale do grona moich ulubionych grup.

Najwyższy czas na garstkę zaskoczeń. James Blake swoim drugim albumem pokonał długą drogę z grona artystów, których jawnie nie lubię do elity. Jego Overgrown to wreszcie album na miarę talentu, który podobno wszyscy słyszeli na debiucie Jamesa. Zupełnie mi nieznany duet Paper Aeroplanes zaatakował moje serce i rozgrzał je swoim naturalnym ciepłem. Niezwykle przebojowy i przy tym drapieżny Letlive z kolei wydarł mi serce przemocą i sprawił, że nie mogę żyć bez ich muzyki. Dziewczyny z Haim podołały oczekiwaniom i nagrały bardzo pozytywny album z duszą lat 80tych. Mózg grupy hip hopowej Cunninlynguist, czyli producent Kno założył nowy projekt, ktory skierował bardziej w stronę muzyki pop rockowej i trip hopu. Jak zwykle w jego przypadku poziom kompozycji jest naprawdę wysoki i polecam krążek To Dust absolutnie każdemu. Jak już jesteśmy przy dźwiękach generowanych przez konsolety i syntezatory, to nie mogę pominąć debiutanckiego krążka grupy Chvrches, który umilił mi końcówkę roku porcją electro popu niezwykle urokliwego i wybijającego się wyraźnie na tle innych artystów z tego gatunku.

Dużo dobrego wydarzyło się także w hip hopie i nie, nie mam tu na myśli albumu Kanye'go Westa, który nie jest dla mnie Jezusem hip hopu. Jego Yeezus ma swoje momenty, ale jako całość jest dość okropny. CKM rapu, czyli Tonedeff zapodał nam tylko epke Glutton, ale zmieniła ona tak jego oblicze, że trudno o niej nie wspomnieć. Wspomniana epka to bardziej muzyka taneczna niż hip hop, ale świetnie się tego słucha i najlepszym określeniem na opisanie mojej dziwnej sympatii do niej jest wyrażenie "guilty pleasure". Projekt The D.O.T., w ktorym ukrywa się Mike Skinner wydał drugi album, ktory zawiera garść utworów, które znaliśmy już od dawna i pare nowości. Solidny poziom debiutu zachowany, ale liczyłem na rozwój. Nasi dalecy sąsiedzi a Australii z Bliss 'n' Eso obdarowali nas garścią absolutnych hitów, które zawdzięczają w dużym stopniu gościom, których udało im się do albumu Circus in the Sky zaprosić. Największym jednak objawieniem byłym chyba albumy Looptroop Rockers i rapera Sadistik, które na swój sposób poszerzają formułę tego typu muzyki.

To chyba tyle. Z pewnością nie wspomniałem o wielu płytach, które należałoby wymienić, ale nie starczyłoby mi całego dnia na wypisanie ich wszystkich. Dziesiątka, która za chwile zobaczycie okazuje się nie być wcale dziesiątką, ponieważ pozwoliłem sobie na miejsca ex aequo z tego względu, że niektóre wydawnictwa zaprezentowały zbliżony poziom w podobnej stylistyce.


1. Queens Of The Stone Age - ...Like Clockwork


...Like Clockwork jest najbliższy starszym nagraniom grupy, otwartym na eksperymenty z brzmieniem i ciężarem albumem. Nie zabrakło jednak świeżych pomysłów i nowego spojrzenia na tożsamość Queens Of The Stone Age. Lata różnych muzycznych doświadczeń odbiły się na stylu komponowania Josha. Na najnowszym albumie zespołu słychać bowiem przenikanie się muzyki Queens Of The Stone Age z Them Crooked Vultures, w którym wraz z Johnem Paulem Jonesem i Davem Grohlem pogrywa w wolnych chwilach Homme, co na pewno będzie spełnieniem marzeń nie jednego fana. Muszę przyznać, że zawsze czegoś brakowało mi w muzyce Amerykanów i nie mogłem w pełni docenić tego co słyszę. "...Like Clockwork" przełamuje ten trend i sprawia, że na nowo zakochuje się w tym zespole.


2. Steven Wilson - The Raven That Refused To Sing

Najnowszy album Brytyjczyka jest chyba najbliższy temu, czego oczekiwałbym po nim w najskrytszych marzeniach. Przy okazji poprzedniego krążka wspomniałem, że zabrakło na nim osobowości samego autora. Tym razem usłyszymy całego Wilsona, do tego Wilsona oddającego się coraz bardziej fascynacji jazzem.








3. Cult Of Luna - Vertikal

Obok Neurosis to chyba ostatni post metalowy zespół, który wciąż potrafi zaskoczyć kunsztem wykonawczym. Vertikal to potwierdza w każdym aspekcie, po 5 ciężkich latach bez nowej muzyki Cult Of Luna dostaliśmy album absolut.












4. Letlive - Blackest Beautiful

Letlive to zespół, który emanuje skrajnymi emocjami w tekstach wykrzyczanych, wyśpiewanych i wyszeptanych przez Jasona Butlera, a ich muzyka tylko dopełnia tego wrażenia. Hardcore z pretensjami do list przebojów w jakimś alternatywnym świecie, gdzie oprócz gwiazd popu ktoś jeszcze zasługuje na czas antenowy.











5. Looptroop Rockers - Mitt hjärta är en bomb/ Sadistik - Flowers For My Father

Dwie najciekawsze propozycje w muzyce hip hopowej wyróżniające się na tle innych grup oryginalnością i w przypadku Sadistika ładunkiem emocjonalnym.







6. Haim - Days Are Gone

Siostry Haim jakby wbrew powszechnej regule mimo wielkiego hype'u nie zawiodły muzyką składającą się na ich debiut. Wciąż je uwielbiam.











7. The Winery Dogs - The Winery Dogs/ Clutch - Earth Rocker

Oblicza współczesnego hard rocka. Jedno szlachetne i dostojne ze świetnymi balladami, a drugie pełne dzikości i pierwotnej energii.








8. Iamx - The Unified Field

Na The Unified Field usłyszycie multum różnorodnych instrumentów poukrywanych wśród elektronicznej podstawy. W zestawieniu z jak zwykle emocjonalnymi wokalizami Chrisa i jego muzyczną wrażliwością tworzy to obraz naprawdę intrygującego dzieła, które potwierdza wielki talent Brytyjczyka mieszkającego w Berlinie.








9. Paper Aeroplanes - Little Letters/ Dessa - Parts Of Speech

Obie kobiety za mikrofonem skradły moje serce, jedna była czuła i wrażliwa, druga... także wrażliwa, ale bardziej stanowcza i odważna.








10. Haken - The Mountain

Haken nie zwalniają tempa i kontynuują drogę ku dominacji w prog rockowym światku. Brytyjska grupa bez wątpienia wyrosła nam na przestrzeni trzech albumów na stabilny filar gatunku i nie ma wątpliwości, że na The Mountain nic nie tracą ze swojej siły.











Wyróżnienia: The Ocean "Pelagial", Humanfly "Awesome Science", Bliss 'n' Eso "Circus in the Sky", Built To Fade "To Dust", Bruce Soord and Jonas Renske "Wisdom of Crowds", Rosetta " The Anaesthete", Biffy Clyro "Opposites", Saxon "Sacrifice", James Blake "Overgrown", Coliseum "Sister Faith", Editors "The Weight Of Your Love", Korn "The Paradigm Shift", Ledeunff "My Storm EP", Chvrches "The Bones of What You Believe"

Nadzieje na 2014: Katy B "Little Red", The Jezabels "The Brink", Cynic "Kindly Bent To Free Us", Mustasch "Thank You For the Demon", Pain Of Salvation "Falling Home", Nowy album Metallica, Nowy album Mastodon, Nowy album Wild Beasts i wiele innych.

czwartek, 26 grudnia 2013

10 Najlepszych Albumów 2013 - Polska

Zamiast ubolewać nad stratą kolejnego roku z życia przejdę od razu do rzeczy - rok 2013 w Polsce upłynął dość spokojnie. Mam tu na myśli oczywiście muzyczne wydawnictwa, które zawitały na włościa mojego komputera lub na półkę obok niego. Do niedawna jeszcze nie miałem kandydata na pierwsze miejsce tego zestawienia. Żaden album nie był na tyle dobry, aby wybić się na tle innych krążków, które zyskakały moją sympatię na przestrzeni tych 12 miesięcy. W końcu jednak pojawił się król i nie było wątpliwości, że to jemu należy się w tym roku korona. Jeśli czytacie bloga na bieżąco, na pewno już wiecie o kogo chodzi, jednak nie mam zamiary jeszcze nic zdradzać. Wróćmy do początku. Pierwszy album jaki pojawił się w tym roku mógł równie dobrze zostać najlepszym. Shrine Of New Generation Slaves pojawił się na rynku 21 stycznia i po raz kolejny nie mogło być mowy o zawodzie. Duda i spółka nagrali kolejny świetny materiał, który pokazał, że wciąż mogą zaskakiwać. Nie jest to jednak ich najwybitniejsze dzieło i wierzyłem, że usłyszę z Polski jeszcze dźwięki, które przebiją ten album. Votum, mimo że popisał się solidnym materiałem nie podołał jednak temu zadaniu. Bardzo chłopaków sobie cenię, ale potrzeba im jeszcze dużo pracy, by dotrzeć do pierwszej ligi. Wielkim zaskoczeniem z kolei okazał się krążek Kiev Office, który to zespół niegdyś przekreśliłem po nieudanym koncercie. Zamenhofa to muzyka niczym nieskrępowana, zabawna, odważna, hałaśliwa i czasami niechlujna, ale w tym samym momencie natchniona i szczera, co sprawiło, że zakochałem się w tych dziwacznych dźwiękach od pierwszego usłyszenia.

W tym miejscu warto wspomnieć też dwa zespoły, które dopiero rozpoczęły swoją drogę muzyczną, ale już można powiedzieć, że mają zadatki, by nieźle namieszać. Zwłaszcza, że pierwszy z nich - Logophonic - wydał właśnie drugi album w jednym roku i ponoć jest on jeszcze lepszy. Niestety nie miałem jeszcze okazji tego potwierdzić, ale nie może być to aż tak dalekie od prawdy. Duet Szudlarek i Stachura zaprezentowali na Little Pieces (debiut z marca) swoją wizję rocka wymieszanego z elektroniką i wyszło im to całkiem wiarygodnie. Drugi debiutant to Superhalo, których Czerwony krążek rozgrzał moje rockowe serce do calkiem wysokich temperatur. Mocna rzecz.

W 2013 nową płytę wydał kolejny gigant progresywnego rocka, mianowicie Believe. Ich najnowszy opus mógłby być najlepszym dokonaniem niejednego zespołu, ale w kontekście warszawskiej grupy można było odczuć lekką zadyszkę i wyczerpanie formuły. Na scene powrócila wreszcie "matka" polskiej elektroniki (Novika)  ze swoim niezwykle ciepłym Heart Times, który emanuje pozytywną energią.

Od lat czerpiemy nasze inspiracje z Ameryki i tym razem nie zabrakło też ewidentnych przykładów, tak jak to często w US i A bywa aktor dużego formatu postanowił założyć zespół. Zabrakło jednak wielkiej kompromitacji do dopełnienia analogii. Dr Misio prowadzony przez Arkadiusza Jakubika (Dom Zły, Wesele) zaserwował nam całkiem poważne spojrzenie na muzykę rockową i myślę, że na jednej płycie się ta przygoda nie skończy. Wzorem naszych sojuszników zza oceanu kolejna gwiazdka telewizyjnego show dostała szansę wydania płyty. Mój faworyt dwóch edycji, Dawid Podsiadło, nagrał muzykę tak dojrzałą i intrygującą, że zaprzeczył całkowicie teorii, że artyści wynalezieni w tego typu programach mogą mieć wartość dla muzycznej sceny. Juź bez jakichkolwiek analogii, Bracia Cugowscy jednak idą w muzykę pop i mimo że źle im to nie wychodzi, to zachwytów ich ostatnimi dokonaniami brak. Można je jednak znaleźć słuchając albumu Waterfall odnowionego pod nazwą OCN zespołu Ocean, które zaczął swój podbój świata nagrywając całkiem nowy materiał w języku angielskim. Zdziwię się jeśli im się nie powiedzie.

Nie zabrakło w moim życiu także hip hopu, jednak w Polsce istnieją dla mnie tylko małe grono artystów wartych uwagi w tym gatunku. Na szczęście właśnie oni postanowili w tym roku zapodać nowe tracki. W.E.N.A. przygotował całkiem niezłą Nową Ziemię, która jednak mnie nie powaliła muzycznie. Za to teksty wyszły Michałowi jak zwykle bardzo dobre. Grudzień przyniósł nowy album Rasmentalismu. Za Młodzi Na Heroda to kolejny popis producencki Menta (i debiut na mic'u), który zapodał naprawdę konkretne bity. Ras też nie ma powodów do wstydu, bo to niezawodna marka na rynku i jego metafory zawsze trafiają w punkt.

Największym jednak zaskoczeniem roku okazał się debiutancki album grupy SoundQ, która pokazała jak robić przebojową i barwną muzykę bez kompleksów. Barbarians to wyśmienita mieszanka popu, rocka i elektroniki, która wymaga równie dobrej kontynuacji, czego życzę im i sobie.

W ten sposób dobiegamy do konkluzji, czyli listy 10 najlepszych albumów w Polsce w roku 2013. Muszę przyznać, że nie musiałem walczyć ze swoim sumieniem, by przygotować tą listę i wyszła mi całkiem bezboleśnie.


1. Blindead Absence 

"Po genialnym Affliction XXIX II MXMVI pewnie niewielu spodziewało się, że Blindead sięgnie postawionej sobie tym wydawnictwem poprzeczki, ci jednak pokazali, że nie był to jednorazowy artystyczny przebłysk, a prawdziwy talent, który konsekwentnie rozwijają."









2. OCN Waterfall


"Nie ma na Waterfall niczego czego byśmy nie słyszeli na poprzednich płytach grupy, a jednak brzmi on tak świeżo i szlachetnie. Nie ma mowy o zawodzie, ale inne słowo na literę 'z' musi się znaleźć w tej krótkiej recenzji, a mianowicie zachwyt!"











3. Riverside Shrine Of New Generation Slaves

"Trzeba przyznać, że Riverside kieruje się w bardzo ciekawym muzycznym kierunku, coraz więcej w muzyce warszawiaków vibe'u klasycznego hard rocka. Na szczęście nie brzmią jak kolejna retro kapela, bardziej jak unikatowa mieszanka starego z nowym."










4. SoundQ Barbarians
5. Rasmentalism Za Młodzi na Heroda
6. Dawid Podsiadło Comfort and Hapiness
7. Believe The Warmest Sun in Winter
8. W.E.N.A. Nowa Ziemia
9. Kiev Office Zamenhofa
10. Votum Harvest Moon

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Krótko i na temat: Ayreon, Satyricon

Odkąd usłyszałem album 01011001 z niecierpliwością wypatrywałem kolejnych projektów Arjena Lucassena. Każdy z nich przyniósł pozytywne odczucia i jakiś wyróżniający go element względem poprzedniego. Guilt Machine połechtał moją sympatię do progresywnego metalu, a Star One wyniósł mnie w przestrzeń kosmiczną. Zawsze jednak czekałem na kolejny krążek Ayreon. W październiku wreszcie ukazał się The Theory of Everything, ósmy album projektu, który przyniósł ponad dwie godziny muzyki! Arjen zrezygnował jednak z rozbudowanych form i podzielił swoje kompozycje na 42 krótkie piosenki. Nie jestem pewien czy ten zabieg pomaga czy szkodzi temu wydawnictwu, ponieważ wyraźnie słychać, że niektóre formy powinny tworzyć jedną nierozłączną bryłę. Znawcy dokonań Ayreon domyślają się pewnie, że Szwed zaprosił do współpracy plejadę wokalistów (Cristina Scabbia, Tommy Karevik, Janne JB Christoffersson), którzy ze swojej roli wywiązali się śpiewająco (sic!). Brakuję mi jednak tak wyrazistych postaci jak Daniel Gildenlöw, czy Bob Catley. Mankamentem wydawnictwa jest przepych, trudno zapamiętać jakieś poszczególne tematy, a jeśli chcemy w pełni to dzieło docenić musimy być cierpliwy i poświęcić naprawdę dużo czasu. Trudno mi powiedzieć, czy jest to muzyka, ktora oddaje poświęcony jej czas z nawiązką. Z pewnością na The Theory of Everything znajduje się parę wybitnych momentów, których pozazdrości Arjenowi nie jeden artysta. Pytaniem jest, czy nie warto było okroić ten materiał i wydać tylko te zdecydowanie najlepsze utwory. W wyobraźni Lucassena te 42 utwory pewnie były niezbędne, a kimże jesteśmy, by to kwestionować. Najważniejsze jest, że wszystke charakterystyczne dla muzyki tego multinstrumentalisty są na swoim miejscu i fani nie powinni być zawiedzeni. Polecam więc tym najbardziej wytrwałym.
Satyricon do grona moich ulubionych aktów nie należy. Mimo to, zawsze z zaciekawieniem wypatruję kolejnych ich wydawnictw. Sprawił to album Now, Diabolical, który trafil do mnie w czasach, gdy rozbudzała się we mnie ciekawość względem black metalu. Już widzę tych plujących na ekran trv metalowców, którzy nigdy nie pozwolą Satyricon nazywać black metalem. Plujcie sobie plujcie. Ja tego wycierać nie będę musiał. Wracając do muzyki, The Age of Nero mnie specjalnie nie zaciekawiło. Satyricon to już inna historia. Album jest naprawdę ciekawie zbudowany i rozbudza we mnie dawno uspokojoną sympatię względem zespołu. Satyr przygotował bardzo bujające riffy, które nadają krążkowi niezbędnej dynamiki, ale żeby nie było zbyt jednorodnie, znalazło się też miejsce dla kunsztownych wyciszeń. Jednak ukrytym bohaterem Satyricon jest Frost, który wybębnił cudowne rytmy, których brzmienie jest wyśmienity. Właśnie brzmienie jest często krytykowane w muzyce Satyricon w kontekście brudnej i gęstej jak smoła muzyki metalowej. Zdrajcy gatunku lubią brzmieć selektywnie i poświęcać czas na produkcje. Co za łajzy! Ja na szczęście nie palę kościołów i czadem mi uszy nie zaszły i potrafię docenić stronę produkcyjną płyty i w tej kwestii Satyricon zdobywa kolejny plus. Dawno nie słuchałem tak "przyjemnego" albumu black metalowego. A zapomniałbym jeszcze wspomnieć świetny "Phoenix" z bardzo melodyjnym melodyjnym wokalem Siverta Høyema z rockowego zespołu Madrugada. To powinno przechylić szalę na stronę zwolenników lub przeciwników.

sobota, 14 grudnia 2013

Zachętka


Krótko i na temat: Chvrches, Built To Fade, AFI

Wyobraźcie sobie projekt, w którym Ellie Goulding z mniej drżącym wokalem podejmuję współpracę z Anthonym Gonzalezem (M83). Jak kuriozalne by moje porównanie nie było jest w nim coś na rzeczy. Chvrches bowiem posiada w sobie niespotykaną mieszankę synthpopowej przebojowości z uwielbieniem do przestrzennych syntezatorów tak charakterystycznych dla M83. Niektóre wręcz utwory brzmią do złudzenia jak dokonania francuzkiego projektu ("You Caught the Light", czy "Under the Tide"). Taki "Tether" z kolei przypadnie do gustu tym, którzy czują niedosyt po drugim albumie the XX. Dodatkowo za mikrofonem tej szkockiej grupy stoi przeurocza Lauren Mayberry o bardzo delikatnej barwie głosy. Jeśli nie wierzycie, że w ten gatunek można jeszcze tchnąć trochę życia, sprawdźcie sami. Ja z pewnością miałem swoje wątpliwości.
Czegokolwiek dotknie się ten człowiek zamienia się w złoto. Nic dziwnego, skoro Kno nie ma zamiaru podporządkowywać sie ciasnym (jak dla niego) ramom hip hopu i wciąż poszukuję nowych ekscytujących okazji do rozwijania swoich umiejętności producenckich. Razem z jego niewątpliwie ogromnym talentem tworzy to mieszankę wybuchową. Kto wie, co przyniosą dla niego kolejne lata? Myślę, że mógłby zajmować się każdym gatunkiem muzyki i równie dobrze by mu się powodziło. Tym razem zdecydował się sprobować swoich sił w gatunku, którzy trochę starsi ode mnie nazwaliby trip hopem. Do pomocy przy zbudowaniu projektu Built To Fade Kno zaprosił Zoe Wick, Dane'a Fergusona i Annę Wise (Sonnymoon). Te trzy wyjątkowe osobowości sprawiły, że Of Dust to tak niesamowite dzieło, pełne piękna i bogatych emocji, świetnie zaśpiewane, różnorodne, świeże i przede wszystkim wybitnie wyprodukowane. Wręcz niewyobrażalne jest jak osoby tworzące Built To Fade są do siebie dopasowane sprawiając, że nie jestem sobie w stanie wyobrazić tej grupy okrojonej o choćby jedną z nich. Mam nadzieję, że doczekamy się kontynuacji.

Wow, dziś zrozumiałem, że formacja AFI istnieje już ponad dwadzieścia lat. To naprawdę spory kawałek czasu dla takiej kapeli. Trudno powiedzieć, żeby w tym czasie zostali gwiazdami pierwszego formatu, ale mają swoje stałe miejsce w sercach setek tysięcy, jeśli nie miliona fanów. Gdzieś na wysokości albumu Sing the Sorrow zespół sięgnął szczytu swoich możliwości nagrywając płytę definiującą ich tożsamość. Zaraz po niej nastąpiły zmiany, Davey Havok porzucił swój ekstrawagancki wygląd przywołujący na myśl słowo emo i zespół wstąpił w dorosłość. Następne dzieło AFI zatytułowane Decemberunderground nie miało już takiego pazura i pokazało rosnące zainteresowanie grupy elektroniką. Od premiery świetnego Sing the Sorrow minęło dziesięć lat i można powiedzieć, że Amerykanie zatoczyli koło (czyżby ta okładka miala jakieś ukryte znaczenie?). Burials to krążek, który niewątpliwie należy postawić zaraz za wspomnianym już opus magnum Havoka i spółki. Dawno nie słyszałem tak dobrych rockowych piosenek. Słychać te utracone emocje i nareszcie te najlepsze melodie znalazły swoją drogą z głów muzyków na płytę. Absolutne must have dla fanów nowoczesnego rocka.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Blindead - Absence

Rozwój wydaje się być bardzo ważnym słowem w muzycznym słowniku gdyńskiego Blindead. Na przestrzeni czterech albumów studyjnych bowiem konsekwentnie poszerzają oni swoje artystyczne ja sprawiając, że ich tożsamość jest coraz bardziej unikatowa  i trudna do sklasyfikowania. Słuchając najnowszego wydawnictwa zatytułowanego Absence głowię się do jakiej szufladki ich tym razem upchnąć, ale z drugiej strony po co zamykać ich twórczość w sztywnych ramach, kiedy ta chce wierzgać i cieszyć się wolnością? Wspaniałe jest właśnie to, że grupa, która może być uznana po prostu za polską odpowiedź na post metal potrafi sprawić, że stawiam ją na równi z legendami tegoż gatunku właśnie ze względu na to, że panowie potrafią w tej materii zrobić coś swojego i niepowtarzalnego. Czytaj dalej


sobota, 7 grudnia 2013

Nowy projekt Joanny Kucharskiej debiutuje!

Dobra wiadomośc dla miłośników gdyńskiej sceny alternatywnej. 28 listopada miała premierę debiutancka płyta trójmiejskiego zespołu Black Mynah - "Monster Stories".

Black Mynah to projekt Joanny Kucharskiej, basistki Kiev Office, Marli
Cinger i 1926. Inspirowana m.in. Katie Kim i Chelsea Wolfe, Black Mynah
łączy gitarowy shoegaze z elektroniką a niepokojące teksty z popowymi
melodiami.

Pierwszy singiel - "Audrey" jest już udostępniony do odsłuchu:
https://soundcloud.com/blackmynah/audrey
http://blackmynah.bandcamp.com/track/audrey

Piosenki powstawały od 2012 roku, ale dopiero teraz ukazują się w pełnej
formie na wydawnictwie „Monster Stories”. Płyta nagrywana była od kwietnia
2013 roku a materiał został sprawdzony na koncertach solowych w Niemczech.
Obecnie razem z Joanną Kucharską zespół tworzą Krzysztof Wroński
(instrumenty elektroniczne, perkusja), Artur Bieszke (gitara) oraz Roman
Wróblewski (klawisze). Produkcją oraz masteringiem zajął się znany z zespołu
Old Time Radio Tomasz Garstkowiak.

Płyta ukazała się nakładem gdyńskiego kolektywu Music Is The Weapon, a okładkę zdobić ten oto obrazek:


W pełnym słońcu grudnia

Patrzę na kalendarz i nie wierzę... Nadszedł grudzień, a z nim czas na kolejne podsumowania. Rok 2013 upłynął mi pod znakiem wielu zmian, wyrwałem się z Polski i wreszcie znalazłem pracę, która sprawia mi satysfakcję (współtworzenie GTAV!). Mniej czasu było na muzyczne poszukiwania, ale mimo to na mojej liście albumów z 2013 roku widzę liczbę 260! Całkiem sporo jak na kogoś, kto spędził 85% swojego czasu w pracy. Oczywiście wśród tych albumów znajdują się także te, które nie zasłużyły na dotarcie do moich uszu. Pod tym względem bieżący rok zaoferował mi wiele zawodów i bardzo mało pozytywnych zaskoczeń. Na szczęście jest z czego wybierać najlepszą dziesiątkę. W tym roku skupię się właśnie tylko na najlepszych albumach, zarówno tych zagranicznych, jak i polskich. Nie bardzo mam niestety czas spojrzeć na ten mijający rok w innych kategoriach i np, tak jak to było w roku ubiegłym, zaprezentować listę najlepszych utworów. Zanim  jednak dojdzie do jakichkolwiek podsumowań, mam jeszcze sporo potencjalnych hitów do przesłuchania, więc bądźcie cierpliwi, moja lista najlepszych wydawnictw 2013 już wkrótce. Pozdrawiam i zachęcam do podzielenia się waszymi ulubionymi płytami roku. Over