wtorek, 25 marca 2014

Krótko i na temat: Issues, Wild Beasts


Grupa Issues z pewnością swoją debiutancką płytą przysporzy sobie równą ilość wrogów, co miłośników. Ich muzyka to mieszanka melodyjnego wokalu bardziej pasującego do gwiazdy r'n'b (Tyler Carter), rozdzierających wrzasków Michaela Bohna, elektroniki z dużą ilością scratchy i metalowego szkieletu. Brzmi to co najmniej jak jakaś poroniona próba odświeżenia formuły metalcore, czy innego nu metalu, i po trochu tak też jest. Jest tylko jeden mały problem, pomysł Issues naprawdę działa (dla tych którzy nie boją się takiej herezji). Na płycie Issues nie ma skazy wtórności, tak znanej dla metalcore'a. Kompozycje brzmią świeżo i generują falę pozytywnej energii. Tyler Carter ma naprawdę dobry głos i udanie stara się urozmaicać nam czas spędzony na słuchaniu albumu swojego zespołu. Czasami muzyka oddala się tak bardzo od metalu, że można pomyśleć, że Panowie cierpią na schizofrenię, jednak w jakiś sposób udaje im się nas przekonać, że są w pełni zdrowi na umyśle i taka stylistyczna mieszanka działa. Dla przykładu "Late" zaczyna się niczym kolejny klubowy hit Armina Van Buurena i tylko czekamy aż błysną nam w oczy lasery, a z głośników popłyną podniosłe bity. "Old Dena" to krótki elektroniczny przerywnik, który świetnie wpasowałby się w Hybrid Theory Linkin Park. To jednak tylko elementy niezwykle się wyróżniające, Issues to przede wszystkim zaskakującą przyjemna do słuchania mieszanka r'n'b i metalu, która aż prosi się o kolejną szufladkę z nazwą Issues na froncie.
Jeśli chcecie wiarygodnej rekomendacji wystarczy wejść na pitchfork lub NME i nacieszyć oczy dziewiątkami jakie zbiera ten krążek. Od siebie tylko dodam, że album Present Tense uświadomił mi dwie rzeczy, a mianowicie jak malo wyrazisty był Smother i jak bardzo tęsknie za grupą grającą w stylu zaprezentowanym na Two Dancers. Na swoim drugim krążku zespół Haydena Thorpe'a był zaskakujący i świeży, Panowie jednak wiedzieli, że dwa razy ta sztuka im się nie uda. Zaczęli więc eksperymentować i szukać nowych inspiracji. Najnowsza propozycja Wild Beasts wielobarwne dzieło, tak jak i jego okładka. Wielowarstwowe kompozycje potrafią jednocześnie zachwycać delikatnością gitarowych akcentów jak i szorstkością elektroniki. Bardzo podoba mi się właśnie wykorzystanie elektroniki, zwłaszcza w "Daughter", który dzięki niej staje się podniosły i przytłaczający w końcowych momentach. Słuchając singlowego "Wanderlust" można było pomyśleć, że grupa pójdzie na całość i jak wielu teraz artystów (niestety) porzuci swoje "rockowe" korzenie i w pełni zanurzy się w elektronicznej magmie. Na całe szczęście Present Tense prezentuje w tej materii idealny balans, co jest jednym z najmocniejszych punktów tego dzieła.

czwartek, 20 marca 2014

Przeoczone: Krzysztof Zalewski - Zelig

Nie raz przed oczami mignęła mi okładka tego albumu, nie raz też widziałem jego pozytywne oceny. Jednak nigdy nie skojarzyłem, że jest to ten "Krzysztof Zalewski", jeden z moich ulubieńców z programu idol, na którego płytę kiedyś tak bardzo czekałem. Zanim ona jednak wyszła, moje zainteresowanie zanikło, a potem natrafiłem na krążek Japoto, który nie do końca spełnił moje oczekiwania.

Solówka Krzysztof jednak już od pierwszej nuty mną zawładnęła, Zelig to jedna z tych płyt, którego kończą się zdecydowanie za krótko, a przy tym w swoim krótkim czasie trwania potrafi zajrzeć do tak wielu muzycznych szuflad i pomieszać ich zawartości. Mamy dzięki temu przyjemność posłuchać rocka, bluesa, poezji śpiewanej, elektroniki, a nawet pokręconej alternatywy z jakiej znany jest zespoł Pogodno. Taki misz masz o dziwo w wypadku Zalewskiego wypada nad wyraz spójnie ukazując jego niesamowitą wszechstronność wokalną. Czasami słychać niedoskonałości wokalne, ale nadają one tylko barwy tym kompozycją, które emanują szczerością i wolnością artystyczną.

Zelig to niemal płyta idealna, nagrana bez kompleksów i z wielką wyobraźnia. Gdybym tylko potrafił łączyć fakty znalazłaby się niewątpliwie w pierwszę 3 polskich albumów 2013. A tak pozostaje jednym z największych diamentów polskiej muzyki ostatnich paru lat.

środa, 12 marca 2014

Przeoczone: Cree - Wyjdź

Kierowany przez Sabastiana Riedla Cree to duchowy spadkobierca twórczości Dżemu z epoki (jedynej słusznej) tragicznie zmarłego Ryszarda Riedla. Zespół ten jednak nigdy nie próbował podjąć się tej roli trzymając się na uboczu, co bardzo szanuje. Robienie kariery na samym nazwisku nigdy nie wchodziło w tym wypadku w grę. To Dżem z Balcarem, który nigdy nie przypadł mi do gustu, podjął się próby tworzenia kolejnych bluesowych hymnów dla osieroconych przez Ryśka słuchaczy. Wychodzi im to różnie, instrumentalnie grupa wciąż ma to "coś", ale Maciej Balcar nie posiada takiego talentu do pisania przejmujących tekstów jak jego poprzednik, a jego wokal jest zbyt "gładki". Sebastian z kolei odziedziczył po ojcu szorstki i tak bardzo znajomy nam głos, potrafi też napisać świetny prosty tekst, który z łatwością trafia do słuchaczy.

Po 5 udanych albumach, Cree nagrało krążek, który mógłby być zaginioną płytą zespołu Dżem. Bez zbędnego kombinowania i rozgłosu Panowie stworzyli zbiór blues rockowych hymnów. Wyjdź posiada wszystko czego blues potrzebuje; rytm wprawiający nogi w ruch, zawodzące sola gitarowe, klawisze, harmonijkę ustną, przesycony doświadczeniem życiowym wokal i szczere teksty dla prostego człowieka. Mówi się, że blues to najlepsza muzyka do wyrażania smutku, jednak Wyjdź to płyta ze wszech miar pozytywna, wręcz pogodna. Słuchając jej człowiek napełnia się nadzieją i aż w duszy robi się cieplej.

Przeoczony przeze mnie album Wyjdź to zdecydowanie jedna z najlepszych płyt polskich roku 2013 i zespołu Cree w ogóle.

wtorek, 11 marca 2014

Album tygodnia: The Jezabels - The Brink

Australijska grupa The Jezabels zabłysnęła serią EP, które zyskały im uznanie krytyków i wielu fanów. W roku 2011 światło dzienne ujrzał wreszcie długogrający album. Prisoner, bo takim tytułem ochrzczony został krążek, i zupełnie bez zaskoczenia ugruntował tylko pozycje zespołu. Hayley Mary, Heather Shannon, Samuel Lockwood i Nik Kaloper nagrali pełen pasji album, który momentami aż przytłaczał podniosłością i ambicją. Ich debiut posiadał przede wszystkim znakomitą sekcję rytmiczną, która w pewnym stopniu stała się znakiem rozpoznawczym brzmienia Autralijczyków. Całość wymagała także cierpliwości, by na dobre osiąść w świadomości słuchacza, co w pewien sposób było odwrotnością starszych piosenek.

Po Prisoner zespół powrócił z bardziej przystępnymi i przebojowymi kompozycjami na najnowszym albumie The Brink (znakomita okładka). Mając za sobą całkiem sporo przesłuchań tej płyty rozumiem w pewnym stopniu narzekania tych, którzy w debiucie The Jezabels ujrzeli błysk geniuszu, a nowym widzą tylko regres, ale ich najnowsza propozycja wcale nie pozbawiona jest uroku. The Brink to zbiór (tylko) 10 utworów, jednych bardziej popowych innych pobrzmiewających tą znakomitą grą Nila, która nadaje kompozycjom potęgi. Tych ostatnich jest znacznie mniej, ale to w sumie dobrze, bo bardzo łatwo znak rozpoznawczy może stać się skazą.

Powiewem świeżości w muzyce kwartetu jest kompozycja "Beat To Beat", która z miejsca stała się moją ulubioną. Początkowo brzmi jak typowy kawałek The Jezabels, ale w refrenie wchodzi klawiszowy riff i w parę sekund przenosimy się do lat 80-tych. Świetny zabieg i wyśmienite wykonanie.

The Brink potrafi niestety zabrzmieć banałem i gdyby nie utwory odwracające od niego uwagę, łatwo by było ten album odrzucić jako zawód niedorastający do pięt swojej poprzedniczki. Mimo oczywistej wtórności i złagodzonego brzmienia lubię ten album bardziej niż Prisoner, ale czego nie mogę się wręcz doczekać to momentu, w którym The Jezabels znajdą balans pomiędzy tymi dwoma krążkami i stworzą dzieło, które stanie się pomnikiem ich twórczości. Jak na razie mam lekki niedosyt, ale mimo wszystko należy się...

4/5

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Mustasch - Thank You For The Demon

Po sześciu niezwykle udanych albumach studyjnych szwedzki Mustasch oferuje nam krążek nr 7. Czy siódemka jest dla nich szczęśliwą liczbą? Może i jest, ale co znaczy fart w obliczu prawdziwego talentu? Grupa z Göteborga po raz kolejny urzeka swoją wariacją na temat hard rocka. Czytaj dalej

poniedziałek, 10 marca 2014

Krótko i na temat: Behemoth, Katy B

Dużo się mówi o piętnie jakie na najnowszym wydawnictwie grupy Behemoth odcisnęła choroba Nergala, o tym jak to bliskie spotkanie ze śmiercią rozbrzmiewa w każdym dźwięku. The Satanist emanuje niespotykaną siłą i majestatem i ja widzę w tym zasługę dojrzałości muzyków. Już Evangelion pokazał, że zespół z Gdańska, oprócz talentu do miażdżenia kości samym dźwiękiem, potrafi także operować złowieszczym klimatem, który potrafi wejść głęboko w rdzeń słuchacza. Szatanista to z pewnością jedno z najdoskonalszych wydawnictw Behemoth i słucha mi się go wyśmienicia. Zwłaszcza, że mimo ciężaru, jest w tej muzyce mnóstwo ciękawych rozwiązań, a instrumentaliści pokazuję, że ich umiejętności są najwyższej klasy. Pewnym novum jest kompozycja "O Father O Satan O Sun!", który prezentuje niespotykane do tej pory w muzyce Polaków pokłady melodii i czysty śpiew. Nie bójcie się, nie zabrakło też miejsca na szybkie i ultraciężkie ciosy pod postacią "Furor Divinus" czy "Amen". Warto sięgnąć po ten album nawet jeśli do tej pory Behemoth do was nie przemawiał, nie trzeba przecież od razu polubić ich całej dyskografii, a można przegapić naprawdę wartościowy krążek.
To się nazywa skok gatunkowy! Oto przechodzimy od omawiania blackened death metalu do muzyki... no szczerze mówiąc tanecznej. Katy B sztormem zdobyła moje serce swoim debiutanckim krążkiem On A Mission. Tamten album był aż nierealnie dobry jak na debiut, co mogło być zgubą dla tej młodej artystki. Na szczęście mimo braku elementu zaskoczenia i świeżości poprzedniczki Little Red jest kolejnym triumfem Brytyjki. Przepiękny "Crying For No Reason", taneczny "5AM", czy znany już wcześniej uwodzicielski "Aaliyah" z udziałem Jessie Ware, to już bez wątpienia hity dużego formatu, które zapewnią artystce długi czas antenowy. Na Little Red znajdziemy oczywiście dużo więcej ciekawych kompozycji, głównie z rejonów okołotanecznych. Mniej na najnowszym wydawnictwie Katy B wpływów R&B, co dla mnie osobiście jest lekkim zawodem. Little Red może nie zrobiło na mnie tak ogromnego wrażenia jak On A Mission, ale z pewnością jest to album godny polecenia fanom tego typu muzyki i dowód na to, że Katy B nie jest jednosezonowym fenomenem, a pełnoprawną artystką.