piątek, 21 listopada 2014

Laboratorium muzycznych fuzji: SoundQ - EP2

Przy okazji zeszłorocznego pełnowymiarowego debiutu SoundQ wyraziłem nadzieję, że grupa pójdzie za głosem serca, wybierając drogę rozwoju na kolejnym wydawnictwie. Nie mam wątpliwości, że to właśnie stało się z "EP2". Aż szkoda, że to tylko EP, bo chciałoby się zanurzyć w tych dźwiękach na dłużej… ale wyprzedzam fakty. Czytaj dalej

środa, 12 listopada 2014

Krótko i na temat: SBTRKT, Jessie Ware

W dzisiejszej edycji, tak się ciekawie złożyło, przyszło mi napisać parę słów o artystach, którzy swoim debiutanckim albumem zaskarbili sobie zarówno sympatię milionów fanów, jak i kapryśne gusta recenzentów. Taki sukces niesie za sobą wielką presję, bo o to każde kolejno dzieło będzie skrupulatnie analizowane w kontekście pierwszego albumu - idealnego modelu. Jak dobrze wiemy, nic w życiu nie jest takie samo i próby cytowania samego siebie rzadko artystom wychodzą na dobre, dlatego cieszy mnie, że zarówno SBTRKT i Jessie Ware postanowili nieco namieszać w bezpiecznej formule. Oczywiście wyszło im to z różnym skutkiem.

SBTRKT zaatakował nas na swoim drugim krążku ilością ponad jakość przez co słuchanie Wonder Where We Land przypomina przesiewanie ziaren. Szkoda, ponieważ te ziarenka, które sobie pozostawiłem stale rozrastają się w ciekawsze formy. Ale czego ja się spodziewałem? Formuła albumu traci na wartości od tak dawna. Ważne, żeby single przemawiały do publiki, a te są naprawdę zacne. "NEW YORK. NEW DORP" jest niezwykle hipnotyzujący, ale jest to głównie zasługa Ezry Koeniga, który podobnie znaczący feat zaliczył na ostatnim albumie Chromeo. Z kolei w "Higher" to SBTRKT triumfuje, mimo że Raury jest też w świetnej formie. Najbardziej dziwi mało udany utwór z Jessie Ware i w większości chybione kolaboracje z Samphą, który praktycznie stworzył sukces SBTRKT na jego debiucie. Na wyróżnienie zasługuje jedynie "Gon Stay". Aaron Jerome, kryjący się pod pseudonimem SBTRKT dużo eksperymentuje i ucieka trochę od swojego markowego brzmienia, co wypada pochwalić i liczyć na to, że na kolejnym albumie znajdzie czas, by zrobić porządną selekcję, bo gdyby tak ten album skrócić sprawiałby on znacznie lepsze wrażenie.

Ocena: 3/5


Zanurzyłem się ostatnio ponownie w debiutancki album artystki i zrozumiałem jak trudne zadanie miała Jessie przy tworzeniu nowego materiału. Oczywiście mogła przecież stworzyć kalkę Devotion i byłby sukces, przynajmniej komercyjny. W zamian dostajemy album bardziej przebojowy, głośny i żywiołowy. Zabrakło nieco tajemniczości, która z każdym odsłuchem ujawniałaby kolejne smakowite dźwięki, jak to było przy okazji poprzedniczki. Tough Love jednak bije różnorodnością, która sprawia, że każde odsłuchanie jest ciekawą podróżą i miło słyszeć, że wokalistka nie ma zamiaru stać w miejscu. Jessie z testu drugiej płyty wychodzi znacznie lepiej niż kolega powyżej.

Ocena: 4/5

niedziela, 2 listopada 2014

Krótko i na temat: Maroon 5, Karen O

Po przeczytaniu paru zagranicznych recenzji spodziewałem się płyty bardzo słabej. Okazało się jednak, że nie taki krążek słaby jak go opisują. Maroon 5 od lat zmierza w kierunku coraz większej komercji i trudno było się spodziewać, że nagle wykonają zakręt o 180 stopni i nagrają Songs About Jane 2. Prawdą jest, że przydałoby się zastanowić po co w zespole gitarzyści jeśli tak mało dźwięków tego instrumentu słychać pod grubą warstwą bitów, syntezatorów, klawiszy i czego tam jeszcze tu nie ma. Tak, ta płyta jest przeprodukowana. Tak, głos Levine'a pod koniec słuchania już męczy. Niemniej jednak jest bardzo przebojowo i płyta nastraja pozytywnie. Nie wymaga wiele od słuchacza i daje tylko chwilową radość, ale mi się podoba. Jest idealna po wielu ambitniejszych płytach jakie mam przyjemność słuchać w ciągu dnia. Najzwyczajniej w świecie rozluźnia moje ciało i umysł.
Ocena: 3/5


Liderka Yeah Yeah Yeahs wreszcie zabrała się za nagranie solowej płyty i wyszła jej niezła pościelówa. Nie, nie jest to muzyka idealna na romantyczne wieczory. To muzyka, która sprawia wrażenie jakby artystka siadła na łóżku w ciemnym pokoju i przelała na płytę swoje najskrytsze lęki, pragnienia i miłosne uniesienia. Crush Songs jest albumem bardzo minimalistycznym, a słuchanie go jest wręcz intymnym doświadczeniem i trochę wstyd puszczać go w trakcie codziennych czynności. Jest to miła ciekawostka dla fanów talentu Karen, ale niekoniecznie krażek, który przypadnie do gustu wielu ludziom. Największym walorem tej muzyka są uczucia i głos wokalistki, co dzieje się po za tym bardzo łatwo zapomnieć. Miło się słucha, ale lepiej sięgnąć po coś ciekawszego.
Ocena: 3/5

Odkrycie dnia: Spelles

Po prostu rewelacyjny debiut. Czekam na więcej.