wtorek, 22 grudnia 2015

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Black Perfume - #osiempieczero

Kiedy pada określenie „polski rock z kobietą na wokalu”, zaraz w głowie pojawiają się nazwy Łzy, Virgin z Dodą czy Ewa Farna, i w sumie tyle. Każdy z tych zespołów odniósł swego czasu pewnego formatu sukces, ale tylko przez silną przynależność do stylistyki pop. Co zaskakujące, nigdy nie nastąpił w Polsce szał na tego typu granie i oprócz naprawdę niewielu zespołów nie ma za bardzo do czego się odnieść. Mamy wprawdzie ambitniejszą stronę kobiecego rocka jak NeraNature, Closterkeller, a także zespół Delight, o którym słuch całkowicie ostatnimi laty zaginął, ale to raczej zespoły pozostające w świadomości wąskiego grona słuchaczy. Black Perfume w pewnym sensie wypełnia przepaść, jaka dzieli wymienione grupy. Zespół z Wrocławia nie boi się wplatania nośnych melodii do ciężkich gatunkowo utworów. Tylko czy to wystarczy, by zaznaczyć swoją pozycję na przesyconym mężczyznami rynku muzycznym? Czytaj dalej

niedziela, 13 grudnia 2015

David Bowie - Blackstar


David Bowie po raz kolejny udowadnia, że nie bez powodu ma tak wielką rzeszę fanów i uznawany jest za innowatora. Kompozycja "Blackstar" to jeden z najbardziej oryginalnych utworów, jakie słyszałem w tym roku. 10-minutowa muzyczna uczta, która nakarmi wygłodniałych miłośników awangardowego jazzu. Ci którzy szukają ambitnego popu znajdą tutaj też chwilę dla siebie. Przede wszystkim rządzą tutaj uzależniająca rytmika i saksofon, które wprowadzają w trans, z którego trudno się oswobodzić. Dodajmy do tego abstrakcyjny teledysk, który nie pozwala od siebie oderwać wzroku i mamy arcydzieło, które nie powinno pozostawić nikogo obojętnym.

Najlepsze utwory 2015: 10-1

Wybranie najlepszego utworu roku to naprawdę ciężkie zadanie, zwłaszcza jeśli słuchanie muzyki i odkrywanie nowych zespołów ma dla kogoś tak wielkie znaczenie jak dla mnie. Jakiego użyć kryterium? Najczęściej słuchany? To kryterium będzie pasować do utworów przebojowych, które same startują ponownie w odtwarzaczu. A co ze złożonymi metalowymi kompozycjami, które sprawiły, że szczęka już nigdy nie wróci na swoje miejsce. Niekoniecznie chce się ich słuchać setki razy, co nie znaczy, że na to nie zasłużyły. Znacznie łatwiej byłoby mi wybrać najlepszy utwór, jeśli słuchałbym ograniczonej liczby gatunków. Niestety nie leży to w mojej naturze. 10 wymienionych tutaj utworów wywołało we mnie najwięcej różnych emocji. Mijający rok byłby bez nich z pewnością uboższy i bezbarwny. Jest to po raz kolejny ekscytująca mieszanka stylów. Nie zabrakło rocka i metalu, ale jest też szwedzki elektroniczny pop i R'n'B. Miłego słuchania!

10. Lamb of God - 512

9. Mura Masa - Love for That (feat. Shura)

8. Julia Holter - Feel You

7. Meg Myers - Sorry

6. Kate Boy - Midnight Sun

5. Jack Garratt - Chemical

4. Elliphant - Love Me Badder

3. Kwabs - Perfect Ruin

2. The Black Queen - Ice to Never

1.  Royal Thunder - Time Machine

wtorek, 8 grudnia 2015

Najlepsze utwory 2015: 20-11

Z każdym kolejnym rokiem moje podsumowania muzyczne pokazują coraz większa rozbieżność stylistyczną. Jeszcze 2 lata temu byłyby to w 90% utwory w okolicach rock/metal. Kiedy myślę o najlepszych utworach 2015 roku wręcz trudno mi znaleźć utwory w tym stylu, które szczególnie mnie porwały. Nie pomaga w tym fakt, że wpadłem w tym roku w fascynację popowymi talentami płci pięknej. Mamy grudzień i nie wiem, gdzie poniesie mnie w roku 2016, ale przygotowałem listę utworów, które najczęściej i najchętniej wynajdywałem na mojej plejliście w tym kończącym się, niektóre też katowałem wokalnie, zwłaszcza nr 3, o którym dopiero w następnym poście. Z tej listy nr 16 i 13 nieraz nadwyrężyły moje struny głosowe. Poza tym w zestawie znajdziecie najdłuższy utwór jaki usłyszałem w tym roku, najlepszy teledysk (ukryty pod nr 14) i parę niezapomnianych melodii.

20. Hop Along - Well-dressed

19. Purity Ring - Begin Again

18. Spelles - Bird In A Cage

17. Iron Maiden - Empire of the Clouds

16. The Weeknd - Shameless

15. Zatokrev - Discoloration

14. Girl Band - Paul


13. Twin Shadow - Turn Me Up

12. OCN - Nie Czuję Nic

11. Ben Khan - Blade

sobota, 5 grudnia 2015

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Gazpacho - Molok

Rok temu otrzymaliśmy od Gazpacho jeden z ich najodważniejszych i najbardziej wymagających albumów w postaci Demon. Wydaje się, że grupa postanowiła iść za ciosem i na najnowszej płycie mamy również nawiązania do demona, tym razem jednak jest to Molok. Demon pożerający dzieci przyjmuje tutaj jednak inną formę. Historia opowiedziana na płycie (polecam się w nią dobrze zagłębić, bo to jeden z najciekawszych pomysłów w muzyce, jakie słyszałem) stawia w centrum wydarzeń maszynę stworzoną przez człowieka, który chce udowodnić, że Bóg nie istnieje. Molok ma za zadanie obliczenie pozycji wszystkich elektronów we wszechświecie, co powinno tym samym pozwolić mu zobaczyć przeszłość i przyszłość wszechświata. Maszyna w trakcie swoich kalkulacji doświadcza historii ludzkości, przez co ewoluuje. Oczywiście bardzo to wszystko uprościłem, inaczej potrzebowałbym rozpisać się na parę stron, a trzeba zostawić trochę miejsca na muzykę. Wiele przedstawionych tutaj pomysłów zostało zbadanych i popartych przez uczonych, których zespół poprosił o pomoc. Jest to więc bardzo rzetelna robota, która dotyka tak bogatego w inspiracje tematu jak ciągły konflikt nauki z wiarą. Dodam jeszcze, że dźwięk, który słyszycie na samym końcu płyty ma na celu zniszczenie wszechświata, jako że generuje on w odtwarzaczach losową liczbę, która ma przedstawiać położenie wszystkich istniejących elektronów. Jeśli liczba będzie poprawna, w teorii wszechświat powinien przestać istnieć. Zostaliście ostrzeżeni. Czytaj dalej

środa, 25 listopada 2015

Przebłyski Przyszłych Płyt: The Jazabels



12 lutego 2016 - zapiszcie sobie tę datę w kalendarzu. Tego dnia powraca The Jezabels z nowym albumem Synthia. Pierwszy kęs jaki zaserwowała nam grupa z Australii pokazuje, że The Jezabels wracają do bardziej alternatywnych klimatów. 6-cio minutowy "Come Alive" rozwija się w intrygujący sposób i ma niespotykany klimat, świetnie wykorzystana oszczędna elektronika pewnie prowadzi utwór do ekspresyjnego finału z pełnym wykorzystaniem rockowego instrumentarium. Dodatkowo otrzymujemy bardzo gustowny teledysk. Synthia to trzecia płyta zespołu, czyli bardzo ważny moment w ich karierze. Miejmy nadzieję, że będzie równie udany jak poprzednie ich dokonania.

piątek, 20 listopada 2015

Przebłyski Przyszłych Płyt: Skunk Anansie



Anarchytecture to tytuł szóstej płyty Skunk Anansie. Zespołu, który, nie ukrywam, znaczy dla mnie bardzo wiele. Dwie dotychczasowe płyty wydane po odrodzeniu w 2010 były naprawdę dobre, a jak będzie z tą. Singiel nie napawa specjalnie wielkimi nadziejami, jako że brzmi dość zwyczajnie. Jest to utwór, do którego chętnie potupiesz nogą, a i główka się przyjemnie gibie, ale nie ma nic co wyróżniłoby go na tle innych piosenek grupy. Mam nadzieję, że najlepsze jeszcze przed nami.

TĀLĀ & Banks "Wolfpack"

Banks już szykuje się do wydania nowej płyty a przy tym nie stroni od kolaboracji. Duet z TĀLĀ to chyba najlepsze co mogła w tym momencie zrobić. Te panie to aktualnie najgorętszy towar na scenie klimatycznego popu nasyconego elektroniką.

sobota, 14 listopada 2015

Krótko i na temat: Editors, IamX

Editorsi już nie raz pokazywali, że ciągnie ich ku elektronice. Ich pierwsza próba w postaci In This Light and on This Evening z 2009 roku nie spotkała się z moją aprobatą. Nie była to do końca zła płyta, ale zespół nie bardzo wiedział co w tym środowisku chce tworzyć i był to zbyt duży szok dla fanów, którzy po dwóch płytach przepełnionych indie rockiem i post punkiem nie spodziewali się tak nagłego zwrotu. Minęły 4 lata i zespół wrócił ze skrajnie rockową płytą przepełnioną przebojami. Był to już inny zespół niż na początku kariery, bliżej im było do stadionowego rocka. Elektronika jednak nigdy nie zniknęła najwidoczniej z serc Toma Smitha i spółki, bo wraz z najnowszym krążkiem In Dream Editors ponownie porzucili gitary. Nie ma obaw, jest o wiele lepiej. Grupa odnalazła złoty środek i zachowała swoją rockową energię i specyficzny charakter, Elektronika jest dawkowana z wyczuciem i nie ma wrażenia nieładu i przesytu. Obowiązkowo dostajemy typowo depeszowy utwór w postaci "Life Is A Fear" z bardzo wyrazistym bitem. Utwory takie jak "forgiveness" i "Ocean of Night" czy nawet "All the Kings" bardzo przypominają swoją melodyką poprzedni album, tyle że w wersji, w której gitary zostały zepchnięte na dalszy plan. In Dream może i wprawi paru fanów w konsternacje, ale ci z otwartym umysłem na pewno znajdą tu wszystko to co w zespole pokochali.

Ocena: 3,8/5

IamX to jeden z niewielu artystów, który w swojej konsekwencji i spójności nie popada w rutyne, a jego muzyka nie nudzi. Czasem dostajemy niezwykle przebojowy zestaw z delikatniejszą elektroniką (Kingdom of Welcome Addiction), innym razem Chris serwuje dzikie i boleśnie przesterowane industrialne szaleństwo (Volatile Times). Metanoia to dość dziwna mieszanka. Album otwiera czwórka bardzo dobrych, dynamicznych utworów z potężnymi bitami. Szkoda tylko, że wszystko potem zwalnia i większa połowa płyty to w pewnym sensie elektroniczne ballady - mroczne i intrygujące, ale jednak pozbawione dynamiki charakteryzującej otwarcie albumu. Najdzikszym momentem drugiej połowy Metanoii jest taneczny "Aphrodisiac". Żeby wszystko było jasne, nie twierdzę, że płyta jest zła przez to, że jest w większości stonowana, wręcz przeciwnie. Jednak, gdyby przez cały czas trwania zachowała tę energię z jaką nas wita, mielibysmy do czynienia z rewelacyjnym materiałem. Mamy w zestawie też dość słabą kompozycje, do której już się w sumie przekonałem, ale wciąż wyraźnie odstaje od reszty. Mam tu na myśli "The Background Noise" z bardzo prostym i banalnym tekstem, a do tego niezbyt ciekawą warstwą muzyczną.

Ocena: 3,8/5

czwartek, 5 listopada 2015

Laboratorium Muzycznych Fuzji: OCN - Demon i karzeł

Maciej Wasio żyje muzyką - nie ma co do tego wątpliwości, a ona odpłaca mu się tym, że potrafi nadać jego życiu sens i ukoić ból egzystencjalny, jaki dopada raz na jakiś czas każdego z nas. Nie jest tajemnicą, że przed wydaniem Demona i karła Wasio przechodził trudne chwile. Miała być kariera międzynarodowa, płyty anglojęzyczne i wielka promocja, a dostajemy uszczuplenie składu, bardzo osobiste teksty po polsku i niezwykle organiczną muzykę, która nie celuje w listy przebojów - mimo że paradoksalnie całkiem dobrze sobie na nich radzi. Jednym słowem - reset. OCN zaryzykował wiele, łamiąc postanowienia kontraktu płytowego, ale uważam, że było warto, bo grupa brzmi najlepiej w języku polskim i w bardziej refleksyjnych klimatach. Czytaj dalej

środa, 4 listopada 2015

Przebłyski Przyszłych Płyt: Banks

A to niespodzianka! Pani Banks raczy nas singlem zapowiadającym jej drugi album, ktory ma ukazać się w przyszłym roku. Przypominam, że Banks wydała 9 września debiutancki album Goddess. Trudno nazwać to pośpiechem, zważywszy na fakt, że większość materiału z debiutu znana była długo przed jego wydaniem. Jedyne co można wywnioskować z nowej piosenki, która jest boleśnie krótka, to zdecydowanie odważniejszy i mocniejszy wokal. No i znowu jest na co czekać.

piątek, 30 października 2015

Premiery listopada

Jamie Woon Making Time (6 listopada)

Dawid Podsiadło Annoyance & Disappointment (6 listopada)

Intronaut The Last Direction of things (13 listopada)

Ellie Goulding Delirium (6 listopada)

Stillwell Raise It Up (13 listopada)

Bruce Soord Bruce Soord (23 listopada)

Adele 25 (20 listopada)





środa, 28 października 2015

Laboratorium Muzycznych Fuzji: The Black Water Panic Project - Alpha Pro Broken Machines

Wróciłeś właśnie z pracy i po ciężkim dniu rozsiadasz się w swoim ulubionym fotelu. Przecierasz oczy i odchylasz do tyłu głowę. Czekałeś na to cały dzień. Na tę krótką, relaksującą chwilę. Jednak po chwili bezproduktywnego siedzenia przypominasz sobie, że masz spore zaległości muzyczne. Zaczynasz przeglądać playlistę Spotify na swoim telefonie. Nic do ciebie nie przemawia. Nagle dostrzegasz album nieznanej ci do tej pory grupy The Black Water Panic Project spoglądający na ciebie spod sterty rozpakowanych listów. Coś intryguje cię w tej przepełnionej żółcią okładce, coś mówi ci, że właśnie ta płyta powinna popłynąć z głośników. Otwierasz pudełko i wyjmujesz krążek, dajesz też sobie chwilę, aby powąchać książeczkę. Pachnie jak polskie wydanie Metal Hammera. Zapach, który zawsze przynosi ze sobą dawkę dobrej muzyki. Nie mija 10 sekund, a z głośników zaczynają się wydobywać pierwsze dźwięki, niepokojące i złowieszcze. Kończy się pierwsza kompozycja i zdajesz sobie sprawę, że nie byłeś na to gotowy, że o to właśnie utraciłeś uczucie spokoju i komfortu. Nie ma odwrotu, otworzyłeś już drzwi, a przez szczelinę wpłynął chłód i niepokój, a także coś nieopisanego z domieszką szaleństwa. Czytaj dalej


sobota, 24 października 2015

Krótko i na temat: Kwabs, The Weeknd

Kiedy spojrzę teraz na to z perspektywy czasu, wydaję mi się, że moje oczekiwanie na tę płytę trwało całe wieki.Zaczynałem słuchać Kwabsa, kiedy jego utwory dopiero zaczynały się pojawiać na Spotify (co artysta docenił poprzez serwis filmem, w którym dziękuje ludziom, ktorzy wspierali go od początku kariery). Oczywiście zanim Love+War się ukazało miałem już za sobą wiele godzin spędzonych z muzyką artysty. Każdy kolejny singiel był dla mnie ogromnym wydarzeniem. Znakomite melodie, świetne bity, a ponad tym wszystkim potężny baryton Kwabena Adjepong, który jest w stanie przekazać każdą emocję. Artysta ma coś w sobie takiego, że mimo, że idealnie wpisuje się w popowy krajobraz, potrafi wciąż zachować swój niepowtarzalny charakter i przyciągnąć ludzi szukających w muzyce czegoś głębszego niż słodkie melodie i łatwo przyswajalny tekst. Dodam nawet, że śpiewanie jego piosenek to sama przyjemność. Premiera debiutanckiego albumu przyniosła tak naprawdę 6 nowych utworów, co najpierw mnie trochę zawiodło, ale po przesłuchaniu go zmieniłem zdanie. Cały album brzmi świetnie i trudno wskazać na nim gorszy moment, a nowe utwory pokazują kolejne strony talentu Brytyjczyka. Największą odskocznią od tego, co do tej pory można było usłyszeć jest zamykająca soulowa perełka "Cheating On Me". A z tych najlepszych momentów, które od wielu odsłuchań wciąż nie pozostają mi obojętne, mamy taneczny "Love+War", balladowy "Perfect Ruin", zmysłowy "Look Over Your Shoulder" (wyprodukowany przez SOHN'a), czy podniosły "Forgiven". Mamy już prawie listopad i trudno podać mi krążek, który w tym roku zrobił na mnie większe wrażenie niż Love+War. Nie martwi mnie to wcale, bo nieczęsto słyszy się takie płyty.

Ocena: 4,5/5

Król przesiąkniętego seksem R&B powraca z nowym albumem. Lirycznie wciąż mnóstwo tu zadowalania kobiet i swawoli, ale w muzyce dużo się zmieniło, i całe szczęście, bo zaczynało wiać nudą. Może niekonieczna była aż taka wolta stylistyczna, ale nowy album The Weeknd zyskał dzięki niej różnorodność, która sprawia, że chce się do Beauty Behind the Madness wracać. Kompozycyjnie jest tu większe bogactwo. W wielu utworach pojawiają się orkiestracje ("Real Life", "Earned It", "Angel", "Dark Times" oraz "Prisoner"), dostajemy też ciekawe kolaboracje z Labrinthem na czele w utworze "Losers", który oferuje nietypowy dla The Weeknd bit klawiszowy. Nie wspominając już świetnych wokali. Abel Tesfaye po raz kolejny próbuje pokazać, że jest następcą Michaela Jacksona w "Tell Your Friends". "Can't Feel My Face" i "In the Night" z kolei mogłyby stać się hitami muzyki dance z ich napędzanymi elektroniką refrenami. Nie zabrakło też utworów bliższych starszemu stylowi artysty. "Often" i "The Hills' z pewnością zachwyci tych, którym upopowienie muzyki Amerykanina nie do końca przypadło do gustu. Wspomniałem wcześniej o kolaboracjach. Oprócz Labrintha, mamy też Lanę Del Rey i Eda Sheerana, czyli chyba dwa najgłośniejsze nazwiska ostatnich lat. Niestety nie przekłada się to aż tak na ich wkład w ten album. Ed przygotował piosenkę, która raczej się nie wybija na tle reszty albumu, a może jest nawet nieco poniżej jego talentu. Niemniej jednak duet brzmi świetnie wokalnie i to podstawowy powód, żeby posłuchać tej kompozycji. Z kolei Lana zrobiła to co jej najlepiej wychodzi, czyli zaczarowała swoim głosem krótki fragment utworu, który The Weeknd pozwolił jej zapełnić. Troszkę za mało jej i wydaje się, że ta współpraca powstała na siłę. Nie wspomniałem jeszcze o półakustycznej balladzie "Shameless", która jest aktualnie moim ulubionych utworem. Swoją drogą ze swoim tekstem i klimatem znacznie bardziej pasowałaby do filmu 50 Twarzy Grey'a niż "Earned It". Więc, co my tu w sumie mamy? Długo oczekiwane wyjście poza strefę komfortu, ciut za dużo łatwo przyswajalnego popu, bardziej i mniej udane kolaboracje, jak zwykle znakomity głos Abela i w wielu wypadkach wybitną produkcję.

Ocena: 3,8/5


niedziela, 18 października 2015

TĀLĀ & Sylas "Praise"

Niezwykle kreatywna kolaboracja.

Przebłyski Przyszłych Płyt: Jack Garratt

Jack niedawno zapowiedział wreszcie swój solowy album. Niestety będziemy musieli na niego poczekać aż do 19 lutego. Tym samym płyta Phase staje się moim czarnym koniem początku przyszłego roku. Warto czekać na 2016, bo charyzmatyczny wokal tego Anglika i jego podejście do elektroniki, to mieszanka wybuchowa, która może przyćmić noworoczne fajerwerki.

Zachętka: Bokka

Album Don't Kiss And Tell jest już dostępny.

wtorek, 6 października 2015

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Riverside - Love, Fear And The Time Machine

Paradoksalnie środowisko progresywne potrafi być bardzo hermetyczne i nieprzychylne w stosunku do niespodziewanych zmian. Wystarczy spojrzeć tylko na karierę Dream Theater - sztandarowy przykład powtarzalności i zamykania się w wygodnej formule. Amerykanie często są obiektem krytyki związanej z faktem, że ich płyty brzmią tak samo, a zespół od lat nie ma do zaoferowania niczego ekscytującego. Jednak gdy tylko próbowali oni coś zmienić, wśród fanów aż wrzało. To tylko przykład jednego zespołu, który po rewolucjach w swoim brzmieniu wracał po latach z albumem, który miał przypodobać się obrażonym fanom. Dlatego zadziwia mnie fenomen Riverside, którzy na przestrzeni lat przepoczwarzali się wielokrotnie bez strachu o utratę poparcia fanów, a ich pozycja w progresywnym świecie wciąż rosła. Co sprawia, że słuchacze przyjmują Riverside zawsze z otwartymi ramionami? Czytaj dalej

czwartek, 1 października 2015

Przebłyski Przyszłych Płyt: Letters From Silence

Świetna nowina po ciężkim dniu pracy - mój ulubiony polski duet wokalny po braciach Cugowskich prezentuje nowy utwór. Wiadomość gorsza - na nowy album trzeba będzie czekać do następnego roku.

środa, 30 września 2015

Odkrycie dnia: Nadine Shah

Jednak facebook się czasem przydaję, a aktywność znajomych nie musi tylko zawierać żenujące wynurzenia na intymne tematy. Raz na jakiś czas można odkryć ciekawą artystkę jak na przykład Nadine Shah, której niski i lekko zachrypnięty głos właśnie mnie zahipnotyzował. Dodatkowo na Spotify czeka jeszcze dość ciepła płyta z kwietnia o tytule Fast Food.

wtorek, 29 września 2015

Premiery października

Coheed And Cambria The Color Before the Sun (9 października)

The Winery Dogs Hot Strike (2 października)

IamX Metanoia (2 października)

Editors In Dream (2 października)

Hurts Surrender (9 października)

Clutch Psychic Warfare (2 października)

Kylesa Exhausting Fire (2 października)

Trivium Silence in the Snow (2 października)

Killing Joke Pylon (23 października)

Circle II Circle Reign of Darkness (16 października)

Gazpacho Molok (23 października)

Skindred Volume (30 października)

Dave Gahan & Soulsavers Angels & Ghosts (23 października)

Half Moon Run Sun Leads Me On (23 października)

Piotr Rogucki J.P. Śliwa (16 października)

The Gazette Dogma (2 października)

Bokka Don't Kiss and Tell (2 października)

Przebłyski Przyszłych Płyt: Baroness

Data wydania nowej płyty grupy Baroness to 18 grudnia, nowina ta rozpoczyna bolesne oczekiwanie na Purple. Na szczęscie w międzyczasie możemy posłuchać rewelacyjnego singla "Chlorine & Wine". Zespół miał dość długą przerwę wydawniczą spowodowaną w większości przez wypadek samochodowy w jakim wzięli udział na trasie koncertowej promującej album Yellow & Green. Czy już wspominałem, że kompozycja "Chlorine & Wine" jest świetna?

poniedziałek, 28 września 2015

Nowy teledysk Dead Weather "Be Still"

Od 25 września możecie już posłuchać nowego albumu projektu The Dead Weather. Na zachętkę promujący go klip w reżyserii Jacka White'a.

niedziela, 27 września 2015

Zachętka: Julia Holter

Już od paru dni dostępna jest nowa płyta Julii zatytułowana Have You In My Wilderness. "Feel You" to pierwszy z niej singiel i jeden z najbardziej uzależniających utworów jakie słyszałem w tym roku. Nie mam wątpliwości, że po przesłuchaniu go wielu z was wpisze imię artystki w wyszukiwarkę i na tym się nie skończy.

sobota, 26 września 2015

Krótko i na temat: Lamb Of God, Chelsea Wolfe, Team Sleep

Ostatni raz byłem tak podekscytowany płytą Lamb of God przy okazji Sacrament. Od tamtej pory moje zainteresowanie stopniowo malało. Dlatego też nie spodziewałem się takiej porcji świetnej muzyki po VII: Sturm und Drang. Najwidoczniej prawdą jest, że artyści cierpiący są bardziej płodni. Potwierdzają to takie brzytwy jak "512" z rewelacyjnym refrenem, czy "Torches" z udziałem zawsze świetnego Grega Pusciato. Wśród gości mamy także Chino Moreno, który użyczył swojego głosu w "Embers", który ciekawie ewoluuje pod koniec w... Deftones. Randy Blythe pokusił się także o śpiewanie w utworze "Overlord", co wypada nawet nieźle, z pewnością nadając albumowi rożnorodności, co z kolei mnie przekonuje najbardziej. Mamy tutaj bowiem dobry balans pomiędzy utworami bardzo ciężkimi, szybkimi ciosami niepozbawionymi dobrej melodii, a utworami wolniejszymi, czasami nawet delikatnymi jak w "Overlord". Trudno się znudzić.

Ocena: 4/5

Z Chelsea Wolfe mam różnie, jedna płyta mnie zachwyci, a druga potrafi pozostawić lekko chłodne odczucia. Na szczęście Abyss plasuje się w tej pierwszej kategorii. Z każdym kolejnym odsłuchem utwierdzam się w przekonaniu, że może być to jej szczytowe dokonanie. Mrok i niepokój czają się w zakamarkach każdego utworu, sprawiając że zaczynam kojarzyć ciarki z czymś przyjemnym. Najlepsze momenty? Singlowy "Carrion Flowers" z kakofonią instrumentów w "refrenie" może startować jako kandydat do zwiastuna jakiegoś dramatycznego filmu, ktory tylko dzięki skojarzeniu z tą piosenką ściągnie ludzi do kina. Napędzany przesterem "Iron Moon" nadawałby się idealnie na płytę post black metalowego zespoły, gdyby śpiew Chelsea zastąpić growlem. Moim zdecydowanym ulubieńcem jest jednak "Color of Blood", który tuli do koszmaru, by nagle rozbudzić gwałtownie potężnymi uderzeniami perkusji. Jeśli chodzi o atmosferę, ta płyta to czarny diament, którego nie można przestać podziwiać.

Ocena: 4/5

Od czego tu zacząć? Od tego, że album nagrany został na żywo przed widownią? Może od faktu, że część utworów to odrzuty i stare nagrania demo? Chyba lepiej od tego, że to naprawdę dobry krążek i aż szkoda, że nie poświecono mu czasu, aby nabrał wyraźniejszych kształtów. Właściwie, to może ten brud i spontaniczność sprawiają, że tak dobrze się Woodstock Sessions Vol. 4 słucha. Wiadomo, że od skojarzeń z Deftones się nie ucieknie mając na froncie tak charakterystyczną postać jak Chino Moreno i słychać tutaj wspomnianą grupę bardzo często. Lepiej się jednak zastanowić czy muzyka dorównuje poziomem Deftones, a tak właśnie jest. Fani grupy powinni być zadowoleni, ci co krytykowali Palms też, bo wreszcie post rockowe pejzaże z wokalem Chino nabrały wyrazu i charakteru. Nawet instrumentalne kompozycje wypadają bardzo dobrze, zwłaszcza "Formant". Świetne na spokojniejsze wieczory.

Ocena: 3,5/4

czwartek, 17 września 2015

Przebłyski Przyszłych Płyt: Intronaut


Od momentu, kiedy usłyszałem album Void moje życie na zawsze się zmieniło, otworzyłem drzwi do nowego wymiaru muzycznej ekspresji. Czekały tam na mnie bardziej drapieżne i skomplikowane twory. Można powiedzieć, że Intronaut obudziło we mnie wiele miłości - tę do post metalu i hardcore, a także gatunków takich jak math rock czy progresywny metal. Dlatego też każdy nowy album Intronaut to dla mnie wielke wydarzenie. Od czasu naszego pierwszego spotkania wiele się zmieniło, ale nie zmienił się poziom na jakim wciąż stoi muzyka grupy. Tak więc przygotujmy się na 13 listopada, kiedy światło dzienne ujrzy The Direction of Last Things. Na razie dajcie się porwać dzwiękom "Fast Worms".

czwartek, 10 września 2015

Przebłyski Przyszłych Płyt: Dave Gahan & Soulsavers

Dzisiejsza radosna nowina muzyczna to kolejna wspólna płyta Dave'a Gahana i Soulsavers. Jako że poprzednia wyszła im całkiem nieźle, nie mam wątpliwości co do jakości Angels & Ghosts. Nowa płyta wybrzmi 23 października. No i singlowy "All Of This And Nothing" wpada w ucho już po pierwszym odsłuchaniu.

piątek, 4 września 2015

Pączek apokalipsy albo miłość do muzyki

Ciągle mówi się o tym jak szerząca się ogólnodostępność muzyki niszczy artystów i sprawia, że tworzenie muzyki to jeden z najniewdzięczniejszych i mało dochodowych zawodów. Spotyfaje i inne ajtiunsy sprawiają, że nie doceniamy tego, co słuchamy, bo nie sprawia nam żadnej trudności wynajdywanie nowych artystów, którzy mogą zaspokoić nasze ciągle zanikające zainteresowanie. Wizyty w sklepach muzycznych zdarzają się sporadycznie, a co z nich wynosimy to lista albumów, które można sprawdzić w domu na Spotify (w większości jednak na torrentach) lub słuchawki i inne gadzety.

Zdarzają się jednak wciąż ludzie, którzy potrafią obsesyjnie wspierać ukochany zespół, zacząć kult i budować ołtaże z zebranymi na koncertach przedmiotami, z którymi członkowie zespołu moglibyć w chwilowym kontakcie. Tacy ludzie, mimo że często mają wręcz niezdrowe zainteresowanie życiem prywatnym członków zespołu bądź aktywnie będący z nimi w jednostronnym kontakcie, kupują płyty i zapełniają salę koncertowe i trawniki festiwali. Dzięki nim zespół może żyć z tego, co kocha, i ze spokojem nagrywać płyty.

Pewna sytuacja, która miała miejsce na koncercie brytyjskiego boybandu, który przez ostatnie dwa lata święcił ogromne sukcesy, skierowała moją uwagę na temat obsesji i kultu muzyka. Mianowicie, dwie fanki zespołu, które pojawiały się praktycznie na każdym koncercie na trasie i krzyczały do zespołu z pierwszego rzędu, a często też spotykały zespół osobiście i robiły sobie niezliczoną liczbę zdjęć, otrzymały ze sceny mokry od potu ręcznik i nadgryzione pączki. Normalny człowiek nawet, by się po te przedmioty nie schylił, bo to bakterie, bo niezbyt to przyjemne w zapachu, a pączek z ziemi nie smakuje też już tak dobrze. Dziewczyny te jednak wniebowzięte postanowiły te przedmioty dodać do swojej kolekcji "pamiątek". Sytuacja z ręcznikiem, to jedno dziwne zboczenie, ale to, co stało się z pączkami, to już inna para kaloszy. Pączki były dwa, a jeden z nich od razu wylądował w zołądku fanki, a drugi, ten nadgryziony, powędrował do kolekcji z obietnicą, że nigdy nie zostanie zjedzony. Jeśli jeszcze kiedyś będziecie się zastanawiać skąd pomysł, że wszyscy ludzie na ziemi mogliby się stać zombie w wyniku działania jakieś epidemii, pomyślcie o tym pączku.

Oczywiście, jako że sytuacja jest przeze mnie zasłyszana, nie wszystkie fakty się pewnie zgadzają, ale ogólny zarys sytuacji mamy przed oczami. Pomyśleć tylko, co czuje zespół, który musi liczyć na ludzi tego typu, żeby zarobić na życie. Każda inna osoba nie ma tyle pasji, by pojawiać się na każdym koncercie, a kasy też czasem nie starczy na te wszystkie szaleństwa. Ci z pasją i lekkim przypadkiem obsesji maniakalnej dają radę poświęcić swój czas, często wygodę i pieniądze, by zobaczyć kolejny raz to samo show i za to należą im się pokłony. Dlaczego jednak my, którzy lubimy muzykę i koncerty, nie potrafimy znaleźć w sobie wystarczającej pasji, by na tych koncertach się pojawiać i pokazywać zespołom zdrowe wsparcie i naszą miłość do ich muzyki? Wideo na YouTube nigdy nie odda uczucia jakie się ma w zatłoczonym klubie, wypełnionym po brzegi boleśnie głośną muzyką, którą kochamy. Nie odda też energii tłumu, która wpływa także na nas. Stworzenie playlisty na Spotify lub zakupienie jednego utworu, który nam akurat przypadł do gustu, nie odda nigdy uczucia jakie ogarnia nasze zmysły, kiedy rozpakowujemy świeżo tłoczoną płytę, kiedy wąchamy papier, z którego została zrobiona książeczka. Dlaczego tak łatwo odmawiamy sobie tych wrażeń z powodu zwykłej wygody? Może czasem warto stracić zmysły i popaść w lekką obsesje, żeby zobaczyć jak życie może być kolorowe, a każda chwila przyność niezliczone emocje. Dajmy sobie czasem oszaleć.

Odkrycie dnia: Eryn Allen Kane

Po ciężkim dniu spędzonym na słuchaniu Iron Maiden i Riverside, przychodzi czas, aby znaleźć coś pięknie prostego, co ukoi i zabierze w emocjonalną soulową podróż. Tym właśnie jest piosenka "Slipping" Eryn Allen Kane. Warto zwrócić uwagę na tę artystkę.

Pierwszy odsłuch! Nie gadaj!
















Od dłuższego czasu nie podjąłem się opisania moich pierwszych wrażeń względem jakiegokolwiek albumu, ale wraz z premierą nowych płyt Iron Maiden i Riverside nadarzyła się podwójna okazja, której nie mogłem przegapić.

Iron Maiden "The Book of Souls"

W dzisiejszych czasach, kiedy wszyscy mamy więcej spraw do załatwienia niż minut na zegarze, niezwykle trudno jest znaleźć czas, by w pełni oddać się przyjemności jaką jest słuchanie pełnego albumu swojego ulubionego zespołu. Iron Maiden jednak wierzy, że jest w stanie ukraść naszą uwagę na prawie 100 minut nowej muzyki! Odważne podejście bez wątpienia. Nie potrzebowałem dużo czasu, by spróbować swoich sił z The Book of Souls. Wyszło na to, że się da i wcale nie boli. Wystarczy zapomnieć o tych 50 godzinach nowej muzyki czekających na mnie na Spotify i oddać się muzyce, a potem już z górki. Przyznaję, że miałem przeogromne oczekiwania względem tego albumu, z tego względu, że wielu recenzentów rozpływa się wręcz w pochwałach.

Najnowszy album Żelaznej dziewicy, to wszystko to co kochamy w tym zespole. Galopująca perkusja i cięte riffy, porywające solówki gitarowe na najwyższym poziomie i jak zwykle znakomity bas Steve'a Harrisa. A ponad tym potężny głos Bruce'a Dickinsona, który zdaję się w ogóle nie starzeć. Jego walka z rakiem także wydaje się nie odcisnęła piętna na jego głosie i kondycji, co bardzo cieszy.

Bardzo dużo na The Book of Souls rozpędzonych utworów na modłę "2 Minutes To Midnight" czy "Run To The Hills" i dziwi mnie fakt, że na tak długim krążku (dwóch, gwoli ścisłości) pokusili się o tak niewielką ilość balladowych momentów. Jest to zresztą jeden z moich niewielkich zarzutów, zwłaszcza że grupa znana jest z talentu do podniosłych i emocjonalnych epików.

Oczywiście trudno ocenić tak bogaty i złożony album po zaledwie jednym spotkaniu. Tak naprawdę tylko parę momentów zostało w mojej pamięci, ale może to tylko wyjść na korzyść tej muzyce. Jak już jesteśmy przy zapamiętywalnych momentach, to spędźmy chwilę przy kolosie zatytułowanym "Empire Of The Clouds". Może to zadziwiające, ale właśnie ta 18-minutowa uczta wciąż siedzi w mojej głowie parę godzin po przesłuchaniu płyty. Dawno mi tak dobrze nie upłynęło tyle czas muzyki i wszelkie pochwały w kierunku tej kompozycji są uzasadnione. Choćby dlatego utworu warto było zakupić The Book Of Souls. Polecam też zakupić wersję Deluxe w przepięknym pudełku rozmiarów tych od DVD.

Riverside "Love, Fear And The Time Machine"

Pierwsze na co zwraca się uwagę przy okazji słuchania szóstego albumu Riverside jest fakt, że jest to prawdopodobnie najdelikatniejsza płyta zespołu. Nie usłyszymy tutaj charakterystycznego wrzasku Dudy, a jest parę momentów, w których jego brak jest boleśnie słyszalny. Oczywiście nie spodziewałem się tutaj dynamiki znanej z Anno Domini High Definition, ale dzikie oblicze głosu Dudy zawsze jawiło mi sie jako nieodzowny element muzyki warszawiaków. Jak już mamy z głowy mój pierwszy zarzut, przejdźmy do rzeczy, które cieszą.

Riverside kolejny raz przepoczwarzyło się w nieco inny twór. Panowie ciągle ewoluują i nie mają zamiaru się powtarzać, co mnie niezwykle cieszy, zwłaszcza kiedy zespół potrafi też zachować swój charakter w trakcie zmian. Love, Fear and The Time Machine jest pełne pięknych i delikatnych melodii. W muzyce słychać przestrzeń i świeżość z jaką korzystają choćby z klawiszy.

Miałem pewne obawy przez singiel "Discard Your Fear", a to z tego względu, że utwór po 4 minutach robił się nudny i brakowało w nim jakieś znaczącej zmiany czy dynamiczniejszej partii i może to być problemem z paroma innymi utworami, ale na razie mój umysł pozostaje otwarty i cieszę się, że Duda i spółka wrócili. Do albumu dodano także dodatkowy krążek z Day Session podobnie jak to było w przypadku SoNGS. Czas na drugi odsłuch.

Premiery września

Riverside Love, Fear and The Time Machine (4 września)

Iron Maiden The Book Of Souls (4 września)

Tank Valley Of Tears (18 września)

Kwabs Love + War (11 września)

Annihilator Suicide Society (18 września)

Beirut No No No (11 września)

Mustasch Testosterone (18 września)

Amorphis Under the Red Cloud (4 września)

CHVRCHES Every Open Eye (25 września)

Uncle Acid And the Deadbeats The Night Creeper (18 września)

Christian Mistress To Your Death (18 września)

Graveyard Innocence & Decadence (25 września)

Lana Del Rey Honeymoon (18 września)

Chris Cornell Higher Truth (18 września)

David Gilmour Rattle That Lock (18 września)

Glen Hansard Didn't He Ramble (18 września)

The Dead Weather Dodge & Burn (25 września)

OCN Demon i karzeł (25 września)

Julia Holter Have You In My Wilderness (25 września)


Zapowiada się wyśmienity miesiąc!