sobota, 17 stycznia 2015

Przebłyski Przyszłych Płyt: Purity Ring

Już 3 marca będziemy mieli posłuchać nowej płyty elektronicznego duetu Purity Ring. Słuchając nowego utworu wydaje się, że brzmienie będzie bardziej bezpośrednie i gęste, no ale to tylko jeden utwór i trudno wnioskować jak ostatecznie brzmieć będzie Another Eternity. W kązdym razie "Begin Again" to świetny utwór.

Odkrycie dnia: Jarryd James

Tak właśnie powinno się zaznaczać swoją obecność w muzycznym świecie. Zaledwie jedna piosenka na Soundcloud, ale za to jaka.

niedziela, 4 stycznia 2015

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Kiev Office - Statek Matka

Kiev Office najwyraźniej lubi robić mi niespodzianki. Kiedy usłyszałem o wydaniu albumu "Statek Matka" zapragnąłem jak najszybciej tę płytę zdobyć, ale jako że mieszkam teraz w Anglii zadanie to było nieco utrudnione, a nie chciałem się bawić w kupowanie empetrójek. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy ostatniego dnia pobytu w Polsce znalazłem płytę w mojej skrzynce pocztowej. Niespodzianki na tym się nie kończą, ponieważ moja nagła sympatia do grupy za sprawą Zamenhofa okazała się być czymś trwałym, a nie tylko przelotnym zauroczeniem. Czytaj dalej

sobota, 3 stycznia 2015

W.E.N.A "Tylko Jeden"

Zanosi się na to, że Wudoe wyda w tym roku album w całości wyprodukowany przez Quiza. Czekam na efekty, a na razie wsłuchuję się w banger "Tylko Jeden".

piątek, 2 stycznia 2015

Podsumowanie roku 2014 - Świat

Dużo się pozmieniało w moich gustach w mijającym roku. Jeśli ktoś śledzi "Odkrycia dnia" z pewnością zauważył, że coraz śmielej oddalam się od muzyki metalowej w rejony bardziej popowe. Nie znaczy to jednak, że zacząłem interesować się repertuarem jaki prezentuje MTV. W większości byli to artyści, którzy dopiero zaczynają, ale generują duże nadzieje. Oczywiście wciąż słucham wszystkiego po trochu, co pewnie dobitnie przedstawi to podsumowanie.

Rok 2014 miał parę wielkich premier, na które czekałem z podniesionym ciśnieniem. Pierwszym z nich była nowa muzyka od Mustasch i od razu zaznaczam, że Szwedzi ponownie nie zawiedli. Znakomity, pełnokrwisty rock ze świetnymi melodiami to ich specjalność. Nazywany zespołem R&B metalowym Issues zachwycił mnie swoją EPką i nie mogłem nie sprawdzić pełnej płyty, która okazała się naprawdę niezła. Jeśli ktoś lubi dziwne mieszanki i nie boi się dość bezpośrednich melodii w metalu, powinien po album sięgnąć jak najszybciej. Wild Beasts odzyskało moje zainteresowanie po nieco słabszej poprzedniej płycie. Present Tense to zbiór bardzo interesujących kompozycji z dozą dyskretnej elektroniki. Daley to kontynuacja moich fascynacji R&B, soul i pop. Młody artysta rodzi wielkie nadzieje i całkiem słusznie. Na próbę posłuchajcie utworu "Broken". Urocza Brytyjka Katy B udowodniła wszystkim, że jest królową muzyki tanecznej i jest w stanie zadowolić także słuchaczy, którzy szukają w muzyce czegoś ambitniejszego.

Jednym z wielkich pozytywnych zaskoczeń okazał się solowy album Scotta Stappa (Creed). Niestety jego późniejsze dokonania pod wpływem narkotyków psują radość z tego wydarzenia. Prawdopodobnie też nie ma szans na kontynuację. Crippled Black Phoenix niestety nieco zawiódł mimo całkiem niezłej płyty. Najzwyczajniej w świecie grupa ma w dorobku albumy znacznie lepsze. Australijskie The Jezabels, którze swego czasu całkowicie zawładnęło moim sercem nagrało bardziej przystępny, ale wciąż interesujący krążek The Brink z czarującym hitem na miarę lat 80. w postaci "Beat to Beat". Gazpacho po raz kolejny zabrało nas w przepiękną muzyczną podróż przepełnioną przejmującymi emocjami. Największe nadzieje jednak miałem chyba wobec Cunninlynguists i Mastodon. Ci pierwsi sprokurowali trochę przy długi album z masą naprawdę rewelacyjnych utworów. Dużo na nim bardzo ciekawych gości. Mastodon z kolei popełnił najbardziej przebojowe utwory w swojej karierze, ale nie zabrakło też bardziej pokręconych psychodelicznych momentów. W perspektywie rozwoju album wypada jednak trochę blado, zważywszy na to, że każdy poprzedni krażek przynosił dużo słyszalnych zmian. Winger i Uriah Heep mieli mi zapewnić hard rockowe uniesienia i nie zawiedli nagrywając znakomite płyty.

Dużo hałasu, dosłownie i w przenośni, narobiła supergrupa Killer Be Killed z członkami Soulfly, The Dillinger Escape, Mastodon i The Mars Volta w składzie. Ich wspólna płyta ma sporo ciekawych utworów, ale jako całość nie wykorzystuje potencjału. Jak już jesteśmy przy niespełnionym potencjale, to nie mogę jakoś przekonać się do nowego krążka Slipknot. Brak mi wyrazistych kompozycji i jakiegoś podmuchu świeżości. Na szczeście to, co nie do końca udało się powyższym zespołom, Machine Head wykonało śpiewająco. Bloodstone & Diamonds to kolejny klasyk tej grupy. Podoba mi się tu absolutnie wszystko, od muzyki, po szczere i drapieźne liryki.

Przejdźmy teraz do brzmień znacznie lżejszych (a może i nie) z kobietami na czele. Sophie Ellis-Bextor wydała zaskakująco dobry album, na którym brak Armina Van Buurena, co samo w sobie podnosi poprzeczkę jakości. Wonderlust to najbardziej bezpośrednia płyta artystki, na której dużo do powiedzenia ma zespół towarzyszący. Brody Dalle wróciła, tym razem występując pod swoim nazwiskiem. Jej "debiutancki' krążek to dzieło warte każdej spędzonej z nim chwili, jednak wciąż opłakuję The Spinnerette, które było obłędnie dobre. Röyksopp, którego nigdy nie lubiłem nagrali EP z Robyn, którą bardzo lubię i wyszedł im z tej kolaboracji genialny minialbum, który bije na głowe ich oddzielne dokonania. Szkoda, że to nie długograj. Sharon Van Etten, First Aid Kit oraz Meg Myers to artystki, o których usłyszałem w tym roku po raz pierwszy. Każda z nich skradła inny kawałek mojego serca, jako że poruszają się w zgoła innych rejonach muzycznych. W 2014 roku dzięki Róisín Murphy zdałem sobie sprawę, że kocham klasyczne włoskie piosenki. Powrót La Roux okazał się być naprawdę dużym muzycznym wydarzeniem. Miło słyszeć, że artystka nie była tylko chwilowym przebłyskiem. Podobnie z Jessie Ware, której drugi album jest równie dobry co debiut, jeśli nie lepszy. Najważniejszym wydarzeniem w muzyce z kobietą na czele był niewątpliwie nowy album Tiny Dico. Duńska artystka nagrała tym razem muzykę bardziej stonowaną i prostszą. Nie umniejsza to jednak pięknu zawartemu w tych kompozycjach. Whispers to płyta artystki spełnionej, świadomej siebie i swoich inspiracji. Dzieło absolutnie wybitne, które na żywo wypada jeszcze lepiej. Dużą część mojego czasu zabrała Banks, której debiutancki album nieco jednak zawiódł, a to za sprawą faktu, że większość materiału była już dobrze znana i ograna, a nowe utwory w większości nie podołały hype'owi. Połowa piosenek na krążku należy do moich ulubionych kompozycji roku 2014, więc w ogólnym rozrachunku wychodzi na to, że był to niezwykle udany debiut. Na sam koniec roku wpadła mi w ręce płyta młodego zespołu Marmozets, który rośnie w moim odczuciu do wydarzenia roku. "Lepiej późno niż wcale", jak to mówią. Marmozets brzmią dla mnie jak Paramore, których pogryzły wściekłe zwierzęta. Becca McIntyre potrafi jak Hayley zaśpiewać delikatnie i ich głosy wybrzmiewają wtedy podobnie, ale w kategorii krzyku jest to zupełnie inna liga. Właśnie dzięki umiejętnościom Becci zespół może pozwolić sobie na istne szaleństwo w kategorii różnorodności. Przecież "Cry' to już power ballada, a "Vibetech" to math rock z elementami hardcore'a. Takiej ponadgatunkowej mieszanki wybuchowej potrzebowałem.

Jeśli chodzi o muzykę rapową, niewiele się w tym roku wydarzyło, albo zwyczajnie w świecie niewiele do mnie trafiło. Szczególnie przypadł mi do gustu album Looptroop Rockers, którzy wrócili do rapowania po angielsku. Płyta mimo, że ma wydźwięk bardzo pozytywny, to tematy poruszane w niektórych piosenkach są bardzo poważne i warte poświęcenia dłuższej chwili na ich przeanalizowanie. Nowe Atmosphere wypadło całkiem nieźle. Kto zna grupę ten doskonale wie czego się spodziewać. Pharoahe Monch z kolei zapodał nam kawał solidnego rapu ze świetnymi podkładami i utalentowanymi gośćmi. Jazz hopowe ArtOfficial wydało udaną EPkę, ale niestety to za mało, by mnie zadowolić. Curren$y, którego albumów już nie jestem w stanie zliczyć, po trochę słabszych chwilach stworzył krążek przypominający mi dlaczego go polubiłem.

Ambitna muzyka metalowa też miała w tym roku swoje mocne momenty. Sólstafir i ich Otta to chyba najlepszy tego dowód. Album absolutnie poza klasyfikacją. Piękne gitarowe pasaże w duchu Pink Floyd, mętalowy brud produkcji i śpiew w języku islandzkim. Cynic może w tym roku nie nagrał muzyki na miarę swojej legendy, ale są wciąż jest lata świetlne przed innymi muzykami, którzy chcą tworzyć intrygującą muzykę metalową. Znakomitym albumem popisał się zupelnie mi nieznany Sandrider. Ich mieszanka stoner metalu i sludge to coś czego bardzo mi w ostatnich latach brakowało. Najbrutaniejszą porcją muzyki jaką mi przyszło słuchać w tym roku to chyba dokonania black/death metalowego Schammasch. Mega długie kompozycje łamiące kości i gwałcące moje uszy. Tyle bólu i tyle przyjemności w jednym. Dziadkowie z Overkill wciąż naparzają solidny thrash, co z pespektywy ich więku jest nie do pojęcia. Post black metalowcy z Cormorant także nie zawodzą w tym roku. Ich Earth Diver to dzielo wielowymiarowe, które na każdym kroku jest wyzwaniem dla słuchacza.

Na pewno ominąłem wiele albumów, które zasłużyły na parę słów, ale niestety nie da się objąć całego roku w paru akapitach. Mimo że zabrakło mi muzyki, która w jakiś sposób zmieniłaby moje postrzeganie i bezwzględnie mną zawładnęła, nie mogę narzekać na ilość znakomitych albumów. Tak więc ze 190 płyt musiałem wybrać te 10 najlepszych. Poniżej znajdziecie również parę EP, które musiały zostać wyróżnione oraz utwór roku.

1. Machine Head - Bloodstone & Diamonds



Płyta perfekcyjna. Trudno mi było przypomnieć sobie album z tego roku, który w każdej materii prezentowałby tak wysoki poziom. Rzadko wsłuchuję się w teksty, ale Robb wyśpiewuje je z taką zaciekłością, szczerości i charyzmą, że trudno nie zwrócić na nie uwagi. Monumentalna i potężna muzyka to już ich znak rozpoznawczy, który doprowadzają tu do perfekcji.







2. Alpines - Oasis


Album Oasis ma parę wad. Jest płytą naiwną, czasami wtórną i pretensjonalną, ale w piękny sposób ożywia ducha muzyki pop końca lat 90. Melodie zostają na długo w głowie, a że czas trwania tego krążka jest bardzo krótki, to wciąż wracam po więcej. Nie mogę nie wspomnieć też o niezwykle udanej, ciepłej w brzmieniu produkcji.







3. Mastodon - Once More 'Round the Sun



Zawsze oczekuję na nową muzykę od Mastodon z wielkimi oczekiwaniami, może czasami ze zbyt wielkimi. Na szczęście grupa z Atlanty nigdy nie zawodzi i zabiera na w ekscytującą podróż po ich wielobarwnej muzyce. W tym roku dodatkowo miałem okazję zobaczyć jak kompozycje z tej płyty sprawdzają się na żywo i muszę przyznać, że jest moc.







4. Cunninlynguists - Strange Journey Volume 3 / Looptroop Rockers - Naked Swedes


Dwa najlepsze albumy rapowe w tym roku. Cunninlynguists zachwyca produkcją i doborem gości. Looptroop Rockers z kolei rozbraja podnoszącym na duchu brzmieniem i podjętymi tematami, którym daleko do frywolnych.








5. Marmozets - The Weird and Wonderful Marmozets


Może za jakiś czas pożałuję tej decyzji, ale na tą chwilę jestem zachwycony tym co z muzyką robią Marmozets. Wzięli mnie jako zakładnika, a syndrom sztokholmski jest bardzo piękny o tej porze roku.









6. Mustasch - Thank You For The Demon
7. Banks - Goddess
8. Tina Dico - Whispers / Sharon Van Etten - Are We There
9. SOHN - Tremors
10. Cormorant - Earth Diver / Sandrider - Godhead



EP roku:

Meg Myers - Make A Shadow


Wyróżnienia:

Ryn Weaver Promises; Marz Léon Loner; Röyksopp & Robyn Do It Again


Utwór roku:

Sprawdźcie też EP Fractures.