środa, 30 września 2015

Odkrycie dnia: Nadine Shah

Jednak facebook się czasem przydaję, a aktywność znajomych nie musi tylko zawierać żenujące wynurzenia na intymne tematy. Raz na jakiś czas można odkryć ciekawą artystkę jak na przykład Nadine Shah, której niski i lekko zachrypnięty głos właśnie mnie zahipnotyzował. Dodatkowo na Spotify czeka jeszcze dość ciepła płyta z kwietnia o tytule Fast Food.

wtorek, 29 września 2015

Premiery października

Coheed And Cambria The Color Before the Sun (9 października)

The Winery Dogs Hot Strike (2 października)

IamX Metanoia (2 października)

Editors In Dream (2 października)

Hurts Surrender (9 października)

Clutch Psychic Warfare (2 października)

Kylesa Exhausting Fire (2 października)

Trivium Silence in the Snow (2 października)

Killing Joke Pylon (23 października)

Circle II Circle Reign of Darkness (16 października)

Gazpacho Molok (23 października)

Skindred Volume (30 października)

Dave Gahan & Soulsavers Angels & Ghosts (23 października)

Half Moon Run Sun Leads Me On (23 października)

Piotr Rogucki J.P. Śliwa (16 października)

The Gazette Dogma (2 października)

Bokka Don't Kiss and Tell (2 października)

Przebłyski Przyszłych Płyt: Baroness

Data wydania nowej płyty grupy Baroness to 18 grudnia, nowina ta rozpoczyna bolesne oczekiwanie na Purple. Na szczęscie w międzyczasie możemy posłuchać rewelacyjnego singla "Chlorine & Wine". Zespół miał dość długą przerwę wydawniczą spowodowaną w większości przez wypadek samochodowy w jakim wzięli udział na trasie koncertowej promującej album Yellow & Green. Czy już wspominałem, że kompozycja "Chlorine & Wine" jest świetna?

poniedziałek, 28 września 2015

Nowy teledysk Dead Weather "Be Still"

Od 25 września możecie już posłuchać nowego albumu projektu The Dead Weather. Na zachętkę promujący go klip w reżyserii Jacka White'a.

niedziela, 27 września 2015

Zachętka: Julia Holter

Już od paru dni dostępna jest nowa płyta Julii zatytułowana Have You In My Wilderness. "Feel You" to pierwszy z niej singiel i jeden z najbardziej uzależniających utworów jakie słyszałem w tym roku. Nie mam wątpliwości, że po przesłuchaniu go wielu z was wpisze imię artystki w wyszukiwarkę i na tym się nie skończy.

sobota, 26 września 2015

Krótko i na temat: Lamb Of God, Chelsea Wolfe, Team Sleep

Ostatni raz byłem tak podekscytowany płytą Lamb of God przy okazji Sacrament. Od tamtej pory moje zainteresowanie stopniowo malało. Dlatego też nie spodziewałem się takiej porcji świetnej muzyki po VII: Sturm und Drang. Najwidoczniej prawdą jest, że artyści cierpiący są bardziej płodni. Potwierdzają to takie brzytwy jak "512" z rewelacyjnym refrenem, czy "Torches" z udziałem zawsze świetnego Grega Pusciato. Wśród gości mamy także Chino Moreno, który użyczył swojego głosu w "Embers", który ciekawie ewoluuje pod koniec w... Deftones. Randy Blythe pokusił się także o śpiewanie w utworze "Overlord", co wypada nawet nieźle, z pewnością nadając albumowi rożnorodności, co z kolei mnie przekonuje najbardziej. Mamy tutaj bowiem dobry balans pomiędzy utworami bardzo ciężkimi, szybkimi ciosami niepozbawionymi dobrej melodii, a utworami wolniejszymi, czasami nawet delikatnymi jak w "Overlord". Trudno się znudzić.

Ocena: 4/5

Z Chelsea Wolfe mam różnie, jedna płyta mnie zachwyci, a druga potrafi pozostawić lekko chłodne odczucia. Na szczęście Abyss plasuje się w tej pierwszej kategorii. Z każdym kolejnym odsłuchem utwierdzam się w przekonaniu, że może być to jej szczytowe dokonanie. Mrok i niepokój czają się w zakamarkach każdego utworu, sprawiając że zaczynam kojarzyć ciarki z czymś przyjemnym. Najlepsze momenty? Singlowy "Carrion Flowers" z kakofonią instrumentów w "refrenie" może startować jako kandydat do zwiastuna jakiegoś dramatycznego filmu, ktory tylko dzięki skojarzeniu z tą piosenką ściągnie ludzi do kina. Napędzany przesterem "Iron Moon" nadawałby się idealnie na płytę post black metalowego zespoły, gdyby śpiew Chelsea zastąpić growlem. Moim zdecydowanym ulubieńcem jest jednak "Color of Blood", który tuli do koszmaru, by nagle rozbudzić gwałtownie potężnymi uderzeniami perkusji. Jeśli chodzi o atmosferę, ta płyta to czarny diament, którego nie można przestać podziwiać.

Ocena: 4/5

Od czego tu zacząć? Od tego, że album nagrany został na żywo przed widownią? Może od faktu, że część utworów to odrzuty i stare nagrania demo? Chyba lepiej od tego, że to naprawdę dobry krążek i aż szkoda, że nie poświecono mu czasu, aby nabrał wyraźniejszych kształtów. Właściwie, to może ten brud i spontaniczność sprawiają, że tak dobrze się Woodstock Sessions Vol. 4 słucha. Wiadomo, że od skojarzeń z Deftones się nie ucieknie mając na froncie tak charakterystyczną postać jak Chino Moreno i słychać tutaj wspomnianą grupę bardzo często. Lepiej się jednak zastanowić czy muzyka dorównuje poziomem Deftones, a tak właśnie jest. Fani grupy powinni być zadowoleni, ci co krytykowali Palms też, bo wreszcie post rockowe pejzaże z wokalem Chino nabrały wyrazu i charakteru. Nawet instrumentalne kompozycje wypadają bardzo dobrze, zwłaszcza "Formant". Świetne na spokojniejsze wieczory.

Ocena: 3,5/4

czwartek, 17 września 2015

Przebłyski Przyszłych Płyt: Intronaut


Od momentu, kiedy usłyszałem album Void moje życie na zawsze się zmieniło, otworzyłem drzwi do nowego wymiaru muzycznej ekspresji. Czekały tam na mnie bardziej drapieżne i skomplikowane twory. Można powiedzieć, że Intronaut obudziło we mnie wiele miłości - tę do post metalu i hardcore, a także gatunków takich jak math rock czy progresywny metal. Dlatego też każdy nowy album Intronaut to dla mnie wielke wydarzenie. Od czasu naszego pierwszego spotkania wiele się zmieniło, ale nie zmienił się poziom na jakim wciąż stoi muzyka grupy. Tak więc przygotujmy się na 13 listopada, kiedy światło dzienne ujrzy The Direction of Last Things. Na razie dajcie się porwać dzwiękom "Fast Worms".

czwartek, 10 września 2015

Przebłyski Przyszłych Płyt: Dave Gahan & Soulsavers

Dzisiejsza radosna nowina muzyczna to kolejna wspólna płyta Dave'a Gahana i Soulsavers. Jako że poprzednia wyszła im całkiem nieźle, nie mam wątpliwości co do jakości Angels & Ghosts. Nowa płyta wybrzmi 23 października. No i singlowy "All Of This And Nothing" wpada w ucho już po pierwszym odsłuchaniu.

piątek, 4 września 2015

Pączek apokalipsy albo miłość do muzyki

Ciągle mówi się o tym jak szerząca się ogólnodostępność muzyki niszczy artystów i sprawia, że tworzenie muzyki to jeden z najniewdzięczniejszych i mało dochodowych zawodów. Spotyfaje i inne ajtiunsy sprawiają, że nie doceniamy tego, co słuchamy, bo nie sprawia nam żadnej trudności wynajdywanie nowych artystów, którzy mogą zaspokoić nasze ciągle zanikające zainteresowanie. Wizyty w sklepach muzycznych zdarzają się sporadycznie, a co z nich wynosimy to lista albumów, które można sprawdzić w domu na Spotify (w większości jednak na torrentach) lub słuchawki i inne gadzety.

Zdarzają się jednak wciąż ludzie, którzy potrafią obsesyjnie wspierać ukochany zespół, zacząć kult i budować ołtaże z zebranymi na koncertach przedmiotami, z którymi członkowie zespołu moglibyć w chwilowym kontakcie. Tacy ludzie, mimo że często mają wręcz niezdrowe zainteresowanie życiem prywatnym członków zespołu bądź aktywnie będący z nimi w jednostronnym kontakcie, kupują płyty i zapełniają salę koncertowe i trawniki festiwali. Dzięki nim zespół może żyć z tego, co kocha, i ze spokojem nagrywać płyty.

Pewna sytuacja, która miała miejsce na koncercie brytyjskiego boybandu, który przez ostatnie dwa lata święcił ogromne sukcesy, skierowała moją uwagę na temat obsesji i kultu muzyka. Mianowicie, dwie fanki zespołu, które pojawiały się praktycznie na każdym koncercie na trasie i krzyczały do zespołu z pierwszego rzędu, a często też spotykały zespół osobiście i robiły sobie niezliczoną liczbę zdjęć, otrzymały ze sceny mokry od potu ręcznik i nadgryzione pączki. Normalny człowiek nawet, by się po te przedmioty nie schylił, bo to bakterie, bo niezbyt to przyjemne w zapachu, a pączek z ziemi nie smakuje też już tak dobrze. Dziewczyny te jednak wniebowzięte postanowiły te przedmioty dodać do swojej kolekcji "pamiątek". Sytuacja z ręcznikiem, to jedno dziwne zboczenie, ale to, co stało się z pączkami, to już inna para kaloszy. Pączki były dwa, a jeden z nich od razu wylądował w zołądku fanki, a drugi, ten nadgryziony, powędrował do kolekcji z obietnicą, że nigdy nie zostanie zjedzony. Jeśli jeszcze kiedyś będziecie się zastanawiać skąd pomysł, że wszyscy ludzie na ziemi mogliby się stać zombie w wyniku działania jakieś epidemii, pomyślcie o tym pączku.

Oczywiście, jako że sytuacja jest przeze mnie zasłyszana, nie wszystkie fakty się pewnie zgadzają, ale ogólny zarys sytuacji mamy przed oczami. Pomyśleć tylko, co czuje zespół, który musi liczyć na ludzi tego typu, żeby zarobić na życie. Każda inna osoba nie ma tyle pasji, by pojawiać się na każdym koncercie, a kasy też czasem nie starczy na te wszystkie szaleństwa. Ci z pasją i lekkim przypadkiem obsesji maniakalnej dają radę poświęcić swój czas, często wygodę i pieniądze, by zobaczyć kolejny raz to samo show i za to należą im się pokłony. Dlaczego jednak my, którzy lubimy muzykę i koncerty, nie potrafimy znaleźć w sobie wystarczającej pasji, by na tych koncertach się pojawiać i pokazywać zespołom zdrowe wsparcie i naszą miłość do ich muzyki? Wideo na YouTube nigdy nie odda uczucia jakie się ma w zatłoczonym klubie, wypełnionym po brzegi boleśnie głośną muzyką, którą kochamy. Nie odda też energii tłumu, która wpływa także na nas. Stworzenie playlisty na Spotify lub zakupienie jednego utworu, który nam akurat przypadł do gustu, nie odda nigdy uczucia jakie ogarnia nasze zmysły, kiedy rozpakowujemy świeżo tłoczoną płytę, kiedy wąchamy papier, z którego została zrobiona książeczka. Dlaczego tak łatwo odmawiamy sobie tych wrażeń z powodu zwykłej wygody? Może czasem warto stracić zmysły i popaść w lekką obsesje, żeby zobaczyć jak życie może być kolorowe, a każda chwila przyność niezliczone emocje. Dajmy sobie czasem oszaleć.

Odkrycie dnia: Eryn Allen Kane

Po ciężkim dniu spędzonym na słuchaniu Iron Maiden i Riverside, przychodzi czas, aby znaleźć coś pięknie prostego, co ukoi i zabierze w emocjonalną soulową podróż. Tym właśnie jest piosenka "Slipping" Eryn Allen Kane. Warto zwrócić uwagę na tę artystkę.

Pierwszy odsłuch! Nie gadaj!
















Od dłuższego czasu nie podjąłem się opisania moich pierwszych wrażeń względem jakiegokolwiek albumu, ale wraz z premierą nowych płyt Iron Maiden i Riverside nadarzyła się podwójna okazja, której nie mogłem przegapić.

Iron Maiden "The Book of Souls"

W dzisiejszych czasach, kiedy wszyscy mamy więcej spraw do załatwienia niż minut na zegarze, niezwykle trudno jest znaleźć czas, by w pełni oddać się przyjemności jaką jest słuchanie pełnego albumu swojego ulubionego zespołu. Iron Maiden jednak wierzy, że jest w stanie ukraść naszą uwagę na prawie 100 minut nowej muzyki! Odważne podejście bez wątpienia. Nie potrzebowałem dużo czasu, by spróbować swoich sił z The Book of Souls. Wyszło na to, że się da i wcale nie boli. Wystarczy zapomnieć o tych 50 godzinach nowej muzyki czekających na mnie na Spotify i oddać się muzyce, a potem już z górki. Przyznaję, że miałem przeogromne oczekiwania względem tego albumu, z tego względu, że wielu recenzentów rozpływa się wręcz w pochwałach.

Najnowszy album Żelaznej dziewicy, to wszystko to co kochamy w tym zespole. Galopująca perkusja i cięte riffy, porywające solówki gitarowe na najwyższym poziomie i jak zwykle znakomity bas Steve'a Harrisa. A ponad tym potężny głos Bruce'a Dickinsona, który zdaję się w ogóle nie starzeć. Jego walka z rakiem także wydaje się nie odcisnęła piętna na jego głosie i kondycji, co bardzo cieszy.

Bardzo dużo na The Book of Souls rozpędzonych utworów na modłę "2 Minutes To Midnight" czy "Run To The Hills" i dziwi mnie fakt, że na tak długim krążku (dwóch, gwoli ścisłości) pokusili się o tak niewielką ilość balladowych momentów. Jest to zresztą jeden z moich niewielkich zarzutów, zwłaszcza że grupa znana jest z talentu do podniosłych i emocjonalnych epików.

Oczywiście trudno ocenić tak bogaty i złożony album po zaledwie jednym spotkaniu. Tak naprawdę tylko parę momentów zostało w mojej pamięci, ale może to tylko wyjść na korzyść tej muzyce. Jak już jesteśmy przy zapamiętywalnych momentach, to spędźmy chwilę przy kolosie zatytułowanym "Empire Of The Clouds". Może to zadziwiające, ale właśnie ta 18-minutowa uczta wciąż siedzi w mojej głowie parę godzin po przesłuchaniu płyty. Dawno mi tak dobrze nie upłynęło tyle czas muzyki i wszelkie pochwały w kierunku tej kompozycji są uzasadnione. Choćby dlatego utworu warto było zakupić The Book Of Souls. Polecam też zakupić wersję Deluxe w przepięknym pudełku rozmiarów tych od DVD.

Riverside "Love, Fear And The Time Machine"

Pierwsze na co zwraca się uwagę przy okazji słuchania szóstego albumu Riverside jest fakt, że jest to prawdopodobnie najdelikatniejsza płyta zespołu. Nie usłyszymy tutaj charakterystycznego wrzasku Dudy, a jest parę momentów, w których jego brak jest boleśnie słyszalny. Oczywiście nie spodziewałem się tutaj dynamiki znanej z Anno Domini High Definition, ale dzikie oblicze głosu Dudy zawsze jawiło mi sie jako nieodzowny element muzyki warszawiaków. Jak już mamy z głowy mój pierwszy zarzut, przejdźmy do rzeczy, które cieszą.

Riverside kolejny raz przepoczwarzyło się w nieco inny twór. Panowie ciągle ewoluują i nie mają zamiaru się powtarzać, co mnie niezwykle cieszy, zwłaszcza kiedy zespół potrafi też zachować swój charakter w trakcie zmian. Love, Fear and The Time Machine jest pełne pięknych i delikatnych melodii. W muzyce słychać przestrzeń i świeżość z jaką korzystają choćby z klawiszy.

Miałem pewne obawy przez singiel "Discard Your Fear", a to z tego względu, że utwór po 4 minutach robił się nudny i brakowało w nim jakieś znaczącej zmiany czy dynamiczniejszej partii i może to być problemem z paroma innymi utworami, ale na razie mój umysł pozostaje otwarty i cieszę się, że Duda i spółka wrócili. Do albumu dodano także dodatkowy krążek z Day Session podobnie jak to było w przypadku SoNGS. Czas na drugi odsłuch.

Premiery września

Riverside Love, Fear and The Time Machine (4 września)

Iron Maiden The Book Of Souls (4 września)

Tank Valley Of Tears (18 września)

Kwabs Love + War (11 września)

Annihilator Suicide Society (18 września)

Beirut No No No (11 września)

Mustasch Testosterone (18 września)

Amorphis Under the Red Cloud (4 września)

CHVRCHES Every Open Eye (25 września)

Uncle Acid And the Deadbeats The Night Creeper (18 września)

Christian Mistress To Your Death (18 września)

Graveyard Innocence & Decadence (25 września)

Lana Del Rey Honeymoon (18 września)

Chris Cornell Higher Truth (18 września)

David Gilmour Rattle That Lock (18 września)

Glen Hansard Didn't He Ramble (18 września)

The Dead Weather Dodge & Burn (25 września)

OCN Demon i karzeł (25 września)

Julia Holter Have You In My Wilderness (25 września)


Zapowiada się wyśmienity miesiąc!