piątek, 30 grudnia 2016

Premiery stycznia

Gone Is Gone Echolocation (6 stycznia)

Sambor Umbra (6 stycznia)

SOHN Rennen (13 stycznia)

The XX I See You (13 stycznia)

Code Orange Forever (13 stycznia)

Grave Digger Healed by Metal (13 stycznia)

Pain Of Salvation In the Passing Light of Day (13 stycznia)

AFI AFI (20 stycznia)

Firewind Immortals (20 stycznia)

niedziela, 25 grudnia 2016

Najlepsze albumy 2016 roku: Świat

Po wielu godzinach zmniejszania listy do 20 pozycji i ciągłych roszadach w ostatecznym zestawieniu wreszcie udało mi się ustalić kolejność, która powinna być najbardziej zgodna z moim sumieniem. Oto przed wami lista 20 najlepszych albumów 2016 roku (tylko i wyłącznie w moim mniemaniu). Nie będę się rozpisywać o tym, jak bogaty muzycznie był to rok, bo musiałbym napisać powieść. Niech potwierdzeniem tego będzie prawie 300 nowych albumów, które w tym roku przesłuchałem. Prawdopodobnie to mój rekord. Albo urósł mój głód, albo był to świetny rok. Wielu płyt wybitnych jednak nie słyszałem, ale za to mnóstwo bardzo dobrych.

20. Lapsey - Long Way Home


Lapsey kupiła mnie swoim głosem, który na przestrzeni jednego utworu może przybrać tak wiele barw. Jeśli usłyszycie mężczyznę na tej płycie, nie szukajcie go na liście płac, a spójrzcie na okładkę i zdobiącą ją twarz. Jej utwory przekonują emocjami, a nie przebojowością.

19. Moon Tooth – Chromaparagon

Moon Tooth to wybuchowa mieszanka. Stojący na przedzie szeregu „Queen Wolf” trwa niecałe 5 minut, a może być wizytówką brzmienia zespołu - ciągłe zmiany rytmu, intrygujące przerywniki, wokalna akrobatyka i gitarowa ewolucja. Głos Johna Carbone'a jest niesamowity i radzi sobie z krzykami, szeptem i melodyjnym śpiewem, a nawet melorecytacją.

18. Cult of Luna & Julie Christmas – Mariner

Od razu zaznaczę – nigdy nie miałem nic do pani Christmas. Dlatego też czekałem na tę kolaborację z niecierpliwości i się w sumie nie zawiodłem. Może Mariner nie trafi na listę moich ulubionych krążków CoL, ale nie zmienia to faktu, że to wciąż rewelacyjne dzieło. Obłąkańczy styl śpiewania Julie idealnie wpasowuję się w stylistykę zespołu i dopełnia wielowątkowe, zimne kompozycje Szwedów.

17. Anciients - Voice of the void

Anciients przypominają mi trochę Lamb of God, które postanowiło dodać do swojej muzyki więcej melodii, ale też rozwinąć swoje brzmienie i zagłębić w progresję. Zapuścili też przy okazji wszystkie płyty Mastodon i uważnie analizowali. Efekt finalny jest naprawdę piorunujący.

16. Heck – Instructions

Tak właśnie powinien brzmieć hardcore w 2016 roku. Miażdżące riffy, rozbiegana sekcja rytmiczna, wściekły wokal I autentyczna muzykalność ukryta pod tym całym chaosem. Popełniłem ogromny błąd, nie umieszczając „I. See the Old Lady Decently II. Buried Although III. Amongst Those Left Are You” na liście najlepszych utworów tego roku. A więc naprawię to tutaj… TO ABSOLUTNE ARCYDZIEŁO!

15. David Bowie – Blackstar

Łabędzi śpiew wielkiego artysty. Płyta pokazująca, że Bowie nigdy nie przestał się rozwijać I wciąż służy jako inspiracja dla młodego pokolenia muzyków. Niedościgniona do tego.

14. Black Crown Initiate - Selves We Cannot Forgive

Melancholia przykryta dwutonowymi gitarowymi riffami. Ciężar uzupełniony oszczędnymi, ale uzależniającymi melodiami. Black Crown Initiate należy do najciekawszych odkryć tego roku.

13. Night Verses - Into the Vanishing Light

Gęsty, połamany i bezkompromisowy - taki jest ten album. Night Verses lubują się w najbardziej pogmatwanych gatunkach takich jak mathcore i post-hardcore, ale nie zapominają o tym, by połechtać od czasu do czasu nasze uszy dobrą melodią.

12. Black Peaks – Statues

Will Gardner – zapamiętajcie to imię i nazwisko. Nie, nie mam na myśli postaci z serialu Żona idealna, a wokalistę zespołu Black Peaks z Brighton. Panowie reprezentują nowoczesny rock progresywny, który nie polega na wypchaniu utworów solowymi popisami, a raczej wielowymiarowości i różnorodności w kompozycjach. Wokalista zespołu swoim głosem potrafi chyba wszystko, dzięki czemu płyta mieni się paletą barw.

11. Helhorse – Helhorse

Rock’n’Roll wciąż żyje i ma się doskonale. Wcale nie musi śmierdzieć stęchlizną i starością. Wciąż można w tym gatunku nagrywać z polotem. Helhorse uzupełniają go po prostu o hardcore’owe naleciałości i od razu brzmi żwawiej. Ta muzyka da ci pozytywnego kopa.

10. Oceans of Slumber – Winter

Ten album musiał trochę we mnie dojrzeć, abym w pełni go docenił. Trochę dałem się ponieść po przeczytaniu bio zespołu. Sądziłem, że dostanę zupełnie inne doznania wokalne, czytając o doświadczeniach Cammie. Kiedy już te pierwsze wrażenie poszło w niepamięć, zacząłem doceniać zalety grupy. Złożone kompozycje i mocarne riffy świetnie pasują do donośnego, majestatycznego głosu pani Gilbert. Progresywny metal miesza się tutaj świetnie z doomem i… satyną?

9. Wild Beasts - Boy King

Ta płyta to dla mnie spory szok. Nie sądziłem, że stać ten zespół na taką woltę. Niby większość elementów zawsze w muzyce Wild Beasts była, ale tutaj składa się na coś nowego, porywającego. Album przepełniony jest sensualnością, co rozbudza zmysły, ale zespół rozwinął też swoje elektroniczne zapędy, nie zapominając jednak o tym, że lubią też pobrzdąkać na gitarze.

8. Deftones – Gore

Deftones pozostaje Deftones, ale próbuje też nowych rozwiązań, co pozwala nowej muzyce zachować świeżość. Całość może z butów nie wyrywa, ale jest tu parę utworów, które wyróżniają ten album.

7. Emma Ruth Rundle - Marked for Death

Emmę poznałem rok temu za sprawą albumu Marriages (wcześniej słyszałem jeden album Red Sparrowes, ale nie miałem pojęcia, kto jest w zespole), ale dopiero jej solowe dokonanie sprawiło, że zrozumiałem jak utalentowaną jest artystką. Mrok nieobcy choćby dziełom Chelsea Wolfe, przeszywająca melancholia i niezwykle emocjonalny śpiew sprawiają, że mamy do czynienia z przejmującą muzyka, która trafia w samo serce.

6. Banks - The Altar

Banks udało się swoim drugim albumem utrzymać tron królowej popu zabarwionego r’n’b. soulem i elektroniką. Jillian znacznie odważniej korzysta tutaj ze swojego głosu, pokazując, że zyskała pewność siebie, a jej głos wciąż może zaskoczyć możliwościami. Better not fuck with her majesty.

5. The Black Queen - Fever Daydream

Jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie albumów 2016 roku. Ani trochę się nie zawiodłem. The Black Queen wiedzą, jak czerpać z przeszłości i nie brzmieć jak setki zespołów zakochanych w latach 80. I męczących moje uszy w tym roku. Głos Puciato z jego zadziornością, świetnie pasuje do tej mrocznej elektroniki, napędzanej rewelacyjnymi melodiami.

4. Ihsahn - Arktis.

Ihsahn ukrócił trochę eksperymentalizmy i skupił się na metalu, dodatkowo tym o zdecydowanie klasycznym zabarwieniu. Popełnił też chyba najlepsze melodie w całej swojej karierze. Nie bójcie się, ciężar pozostał.

3. Thrice - To Be Everywhere Is to Be Nowhere

Wielki powrót Thrice do najwyższej formy. Tym razem postawili na prostotę i nagrali piosenki, ale za to jakie. Każdy utwór mógłby być singlem. Kompozycje nie są jednak prostackie i mają w sobie ten charakterystyczny dla grupy sznyt. Jako że melodia ma dla mnie ogromne znaczenie, byłem kupiony od pierwszego odsłuchania.

2. Kristoffer Gildenlow - The Rain

Dawny członek Pain of Salvation i brat lidera tejże grupy także ma do zaoferowania świetną muzykę. Jego drugi album w karierze dotyka bolesnych tematów i przepełnia słuchacza różnymi odczuciami. Żaden z utworów nie powinien pozostawić was obojętnymi.

1. The Reticent - On the Eve of a Goodbye

Jedna z najbardziej emocjonalnych płyt, jakie miałem przyjemność słyszeć w całym moim życiu. Chris Hathcock wyłożył przed słuchaczy swoje cierpiące serce. Świetnie przy tym wyważył momenty wzruszające i przeszywające złością. Nie było wątpliwości, że to dzieło musi dostać największą pochwałę. Progresywny metal z duszą.


Wyróżnienia:

Toothgrinder Nocturnal Masquerade, Latitudes Old Sunlight, Cobalt Slow ForeveröOoOoOoOoOo Samen, Letlive. ...If I'm the Devil, Haken Affinity, Eths Ankaa, Wolverine Machina Viva, Candiria While They Were Sleeping, KoRn Serenity of suffering, Source Return to Nothing, Port Noir Any Way the Wind Carries, Death Angel The Evil Divide, Testament Brotherhood of the Snake, Metallica Hardwired... To Self-desctruct, Marz Leon 44, Shura Nothing's Real, Primitive Weapons The Future of Death, Sylvaine Wistful, White Lung Paradise, RIDEAU RIDEAU, Iggy Pop Post Pop Depression, Ignite A War Against You, The Jezabels Synthia, Jeff Healey Heal My Soul, Obsidian Kingdom A Year Without A Summer

środa, 21 grudnia 2016

Najlepsze albumy 2016 roku: Polska


Pamiętam, że w grudniu zeszłego roku miałem bardzo dużo do nadrobienia, jeśli chodzi o polską muzykę. Tym razem starałem się trzymać rękę na pulsie i… jakoś nie wpadło mi w ucho tak wiele albumów, co mnie trochę smuci, ale stawia też w łatwiejszej sytuacji przy wyborze tych najlepszych. Oczywiście może się zdarzyć tak, że nagle napłynie do mnie wieść o dziesiątkach świetnych albumów zaraz po opublikowaniu tego posta. Nie miałbym nic przeciwko.

Superhalo
Na mojej magicznej liście z tegorocznymi wydawnictwami pod numerem 1 widnieje Superhalo, którego płyta zaczęła ten rok z przytupem. Ich drugi album, zatytułowany Bang! Bang!, pokazał, że nie mają oni żadnych zahamowań, aby grać rocka na światowym poziomie. Sporym zaskoczeniem okazała się dla mnie debiutancka płyta Clicks, których muzykę można śmiało nazwać techno. Panowie pokazali mi, że dobrze zrobiona muzyka elektroniczna tego typu może naprawdę zrobić wrażenie, a i działa jak bardzo dobry stymulant ruchowy. Zupełnie z innej strony zaatakowali moje uszy hałaśliwcy z Entropii, których Ufonaut pokazał, że odnaleźli swoje miejsce i brzmienie. Kiedy na Vesper było mnóstwo melodii epatującej z partii gitary, tak tutaj mamy znacznie więcej smoły, jadu i wciągających dźwięków. Świetny debiut z nowym wokalistą zaliczyło Votum. Nawet jeśli zaowocowało to sporą woltą stylistyczną. Na 2016 rok zapowiadany był też nowy album Letters from Silence, ale musieliśmy obejść się smakiem. Na całe szczęście połowa duetu postanowiła nagrać płytę pod nowym szyldem – Henry David’s Gun. Twórczość grupy przypomina bardzo Letters przez głos Wawrzyńca Dąbrowskiego i charakterystyczną dla niego melancholię, aczkolwiek można dostrzec znacznie bogatsze instrumentarium i porzucenie ascetyczności. Jak już jesteśmy przy „rodzinie” Dąbrowskich, to Ania wydała kolejną ciekawą płytę w swojej karierze. Dla naiwnych marzycieli napakowane było przyjemnymi melodiami, a Ania nawet oddała się trochę muzyce Reggae.

Małgola, No
Zeszły rok przyniósł wysyp grup elektronicznych, które ambitnie sięgnęło poziomu światowego na swoich płytach. 2016 był bardziej rokiem żywej muzyki, czasami złudnie prostej i minimalistycznej. Jednym z lepszych przykładów niech będzie Małgola, No. Jej A/B to dowód na to, że klawisze, bit i głos to wszystko, czego trzeba, by stworzyć wciągający album. Jest to też płyta całkowicie nieskażona aktualnymi trendami. Asia i Koty wydała nareszcie swoją drugą płytę, ale niestety spodobało mi się z niej tylko parę utworów. We wspomnianym wcześniej electro popie postanowił wykazać się po raz drugi duet Xxanaxx. Efekt nie namiesza w rankingach, ale przyjemność ze słuchania i motywacja ruchowa była. Powrócili też panowie z gitarą. Największe na mnie wrażenie zrobił Krzysztof Zalewski ze swoją Złotą płytą. Idealna mieszanka rocka, elektroniki, alternatywy i popu. Pete True, czyli Piotr Truchel z zespołu Absyntia, nagrał z kolegami płytę, na której gitara akustyczna czarowała, a melodie na długo zostawały ze słuchaczem. Mieliśmy też przyjemność wysłuchać debiutu Gypsy and the Acid Queen, który trochę więcej zawdzięcza psychodeli i bluesowi. Trudno uwierzyć, że to dzieło jednego człowieka. Bardzo dużego hype’u narobił chłopak, którego na potrzeby tego tekstu nazwę polskim Paulo Nutinim. Stara dusza zaklęta w młodym ciele Piotra Zioły nagrała debiutancki Revolving Doors, który może mógłby zyskać na większej różnorodności, ale był na polskim rynku zjawiskiem świeżym i rozbudzającym wiele pozytywnych emocji.

Rasmentalism

W muzyce rapowej zwróciłem uwagę na Taco Hemingwaya, który raczył mnie co jakiś czas całkiem smaczną EPką, a pod koniec roku wypuścił swój pełny album zatytułowany Marmur. Intrygujący koncept, niezbędna świeżość w produkcji Rumaka i solidne rymy Taco sprawiły, że fani dostali satysfakcjonujący debiut. Niestety dość jednostajny styl rapowania znacznie lepiej sprawdza się na płytach krótkogrających. Tron jednak po raz kolejny zdobywa Rasmentalism. Każda ich płyta ma sobie coś nowego, do czego muszę się przyzwyczaić, zanim w pełni ją docenię i tak też było z 1985. Kiedy już w pełni doceniłem ich nowe numery, nie było mowy o wykluczeniu ich z listy najlepszych płyt. Ment znowu pokazał kunszt, a Ras zapodał mnóstwo trafnych przemyśleń i błyskotliwych wersów. Jeśli chodzi o wartości liryczną, wygrywa duet Łona i Webber. Opowieści Łony mnie po prostu oczarowały wnikliwością i szczerością. Kawałek „Błąd’ to majstersztyk. Na sam koniec zostawiłem sobie kolaborację Radex/Bisz. Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że panowie wykopali z buta drzwi do mojej świadomości. Bisz wpada na listę moich ulubionych polskich raperów, a Radex dołącza do grona najciekawszych producentów.

Zawsze w napięciu oczekuję kolejnych płyt łódzkiej Comy i podobnie było w tym roku. Niestety to, co otrzymałem przytłoczyło mnie ciężarem lirycznym i odejściem od śpiewania na rzecz recytacji. Mimo paru naprawdę dobrych numerów, album 2005 YU55 zaliczam do największych zawodów 2016 roku. Nie mam nic specjalnie do zarzucenia Gabie Kulce, ale jej najnowszy krążek nie zrobił na mnie zbyt dużego wrażenia i nie zapisał się zbytnio w pamięci. Ot kolejna płyta w jej dorobku. Podobnie z Luxtorpedą – konwencja zespołu się zwyczajnie mi już przejadła i słuchaniu MYWASWYNAS nie towarzyszyły żadne emocje. Maria Peszek z kolei trafiła raz jeszcze z tekstami trafnie opisującymi naszą smutną rzeczywistość, a i muzyka też wyszła jej całkiem fajna, tylko zbyt syntetyczna tym razem.

Thy Worshipper
Sporymi pozytywnym zaskoczeniem 2016 roku śmiało można nazwać wspólną płytę rodziny Cugowskich. Można by wymyślić dziesiątki powodów, dlaczego to nie powinno się udać, a jednak Zaklęty krąg to płyta wielowymiarowa i niezwykle udana. Zespół śmiało porusza się pomiędzy rockiem i bluesem. Grają to, co im w duszy gra, a nie to, czego oczekuje mainstream. Pozostajemy w rejonach okołorockowych i nie możemy nie zwrócić uwagi na debiut Naked Root, zespołu, który królował jak dla mnie w gatunku rock/metal i mam tutaj na myśli tę klasyczną odmianę. Zupełnie z innego zaplecza wychodzi Thy Worshipper ze swoimi Klechdami. Black metal oparty na Dziadach? To się jednak może udać. Polski folklor miesza się tutaj z piekielnie ciężkim brzmieniem i wychodzi z tego coś niezwykle oryginalnego. Moim największym pozytywnym zaskoczeniem tego roku jest jednak album projektu TROPY. Zaskakujące jest to, że chyba nigdy nie zdarzyło mi się tego powiedzieć o dziele czysto instrumentalnym, ale jest coś w muzyce z Eight Pieces takiego, że pochłania ona słuchacza, jakaś wolność artystyczna, która fascynuje. Ambient, rock, jazz, elektronika, muzyka ilustracyjna – to wszystko znajdziecie na tej płycie w idealnych proporcjach. Do tego zespół używa różnorodnych organów i klawiszy, które powinny rozbudzić melomańskie serca.

Riverside
2016 nie był rokiem trudny tylko dla świata. Riverside przeżyło też swoją tragedię, tracąc wspaniałego gitarzystę i wieloletniego przyjaciela – Piotra Grudzińskiego. W pewnym stopniu w ramach złożenia mu hołdu i oficjalnego pożegnania, zespół skompilował swoje dotychczasowe nagrania instrumentalne i dodał trochę nowości, a wszystko to wydał pod tytułem Eye of the Soundscape. Wyszło dość spójne dzieło, mimo wielu lat różnicy pomiędzy kompozycjami. Zmian w składzie nie ustrzegł się nasz kolejny gigant, czyli Blindead. Tym razem jednak obyło się bez tragicznych okoliczności. Ascension z nowym wokalistą okazało się być bardzo solidną płytą, może nie tak dobrą jak poprzednie, ale pokazującą, że zespół wciąż się liczy i roszady w składzie ich nie zniszczyły. Nowy wokalista uznał, że najlepiej będzie pokazać swoją tożsamość, zamiast udawania poprzednika, i wyszło mu to na dobre. Kolejne mocne pozycje na polskim rynku to dream trio Meller Gołyźniak Duda, których płyta była celebracją naturalności w muzyce rockowej. Julia Marcell pokazała, że można połączyć świetną warstwę liryczną i muzyczną. Na muzykę z Proxy składa się mnóstwo elementów, które z przyjemnością się wychwytują przy każdym kolejnym odsłuchu, a do tego brzmi to wszystko bardzo naturalnie. Love De Vice czerpali na najnowszej płycie z najlepszych źródeł hard rockowego i progresywnego kunsztu. Nie omieszkali też dodać od siebie swojego własnego stylu, co zaowocowało w ogólnym rozrachunku bardzo dobrym albumem. Wojtek Mazolewski użył na nowym wydawnictwie części utworów z zeszłorocznej Polki i zaprosił do nich plejadę muzycznych osobowości. Co ciekawe, niektóre utwory brzmią, jakby zostały stworzone specjalnie dla zaproszonych gości (np. „Vademecum skauta / Punkt Gdańsk” z Panasewiczem i Borysewiczem). Popisowo zabrzmiała z kolei Natalia Przybysz.

Na sam koniec roku wpadły mi w ręce jeszcze 3 płyty, które gdzieś mi umknęły na przestrzeni tych 12 miesięcy. Shy Albatross to niezwykła podróż Natalii Przybysz i Raphaela Rogińskiego w głąb Ameryki. Folklor miesza się tutaj z bluesem i poezją. SONAR miałem na swoim radarze już od dłuższego czasu, ale musiałem poczekać na wyjazd do Polski, aby kupić ich płytę. Pętle przepełnione są bardzo gustowną elektroniką, brak tu bezsensownego kopiowania synthpopu rządzącego w tym roku za granicą. W zamian dostajemy misternie złożony dźwiękowy przekładaniec i odniesienia do house’u. Na sam koniec coś specjalnego. Sorry Boys zebrało same pozytywne opinie za Romę, ale potrzebowałem trochę czasu, aby upewnić się, że to najwyższy tegoroczny poziom. Takim oto sposobem Roma wylądowała na 5. miejscu, a ciekawe, na którym miejscu będę chciał umieścić tę płytę za parę tygodni. Ta muzyka po prostu lewituje ponad czasem i gatunkami. Alternatywny pop romansujący ze śpiewem kurpiowskim? Gospel? Zadziorne gitary? Ulotne dźwięki fortepianu? Jest tutaj absolutnie wszystko.

Co tu dużo pisać, nie był to może najbogatszy muzycznie rok, ale trudno narzekać na jakość wydanych płyt. Pierwsza dziesiątka to idealny kalejdoskop gatunkowy, który każdy słuchacz otwarty na nowe doznania powinien sprawdzić.

10. Julia Marcell - Proxy
9. Thy Worshipper - Klechda
8. Superhalo - Bang! Bang!
7. Tropy - Eight Pieces
6. Rasmentalism – 1985
5. Sorry Boys - Roma
4. Votum - :KTONIK:
3. Blindead – Ascension
2. Krzysztof Zalewski - Złoto
1. Meller Gołyźniak Duda - Breaking Habits


środa, 14 grudnia 2016

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Eskaubei & Tomek Nowak Quartet - Tego chciałem

Nie minęły nawet dwa lata od wydania rewelacyjnego „Będzie Dobrze”, a Eskaubei i Tomek Nowak Quartet wracają z nowym materiałem. Nie ukrywam, że poprzednie wydawnictwo solidnie rozgrzało moje jazz-hopowe serce, a jak to mówią trzeba łechtać serce, póki gorące, czy jakoś tak. Czytaj dalej

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Odkrycie dnia: Poem

Ten grecki zespół progresywno-metalowy czekał na mojej liście dość długo, zanim wreszcie zabrałem się za przesłuchanie ich drugiego albumu. Poem, przepraszam bardzo. Wynagrodzę to wam, obiecuję. Jeśli szukacie muzyki progresywnej, która w swoich wielowątkowych kompozycjach znajduje miejsce na prawdziwy metalowy ciężar, polecam sięgnąć po Skein Syndrome.

czwartek, 8 grudnia 2016

Przebłyski Przyszłych Płyt: At the Drive-In

No i mamy kolejny znaczący zespół, który postanawia powrócić do świata żywych po wielu latach ciszy. Trochę obawiam się o ich spuściznę, ale przyjmuje tę wiadomość z umiarkowanym optymizmem, zwłaszcza że nowy utwór At the Drive-In jest całkiem niezły. Z drugiej strony dostaliśmy już Antemasque, które brzmi jak dużo młodszy brat ATDI.

środa, 7 grudnia 2016

Najlepsze utwory 2016 roku: 10-1

No i dotarliśmy do pierwszej dziesiątki kończącego się roku. Jest to wyjątkowa mieszanka piekielnie przebojowych kawałków i kompozycji, które chwytają boleśnie za serce. W tej drugiej kategorii mamy aż dwukrotnie The Reticent, którzy oczarowali mnie swoją całą płytą. Jest też Kristoffer Gildenlöw z kolejnym utworem wśród najlepszych tego roku, Shura w duecie z Talibem Kweli, który sprawił, że jej "Touch" jest jeszcze bardziej uzależniający, rewelacyjny singiel zapowiadający nowości od Mustasch i na pierwszym miejscu największy hit ostatnich tygodni 2016 roku, czyli singiel promujący In the Passing Light of Day Pain of Salvation. Zwycięstwo należy się za nieopuszczającą głowy melodię i świeże podejście do swojego brzmienia, które może zaowocować rewelacyjną płytą.

10. Mustasch "Midnight Rider"


9. Shura "Touch (feat. Talib Kweli)"

8. The Black Queen "The End Where We Start"

7. Kristoffer Gildenlöw "It Was Me"


6. Thrice "Black Honey"

5. The Reticent "Funeral For a Firefly"


4. David Bowie "Lazarus"

3. Banks "Better"

2. The Reticent "The Day After"


1. Pain of Salvation "Meaningless"

czwartek, 1 grudnia 2016

Najlepsze utwory 2016 roku: 20-11

Czas na kolejną porcję najlepszych utworów 2016 roku (oczywiście tylko i wyłącznie w moim mniemaniu). Po raz kolejny jest to bezkompromisowa mieszanka stylów. Zaczynamy od utworu, do którego tańczyłem grubo ponad 20 minut, czekając kiedyś na gości. W zestawie jest też parę mocnych propozycji metalowych, wielogatunkowy Moon Tooth, porywająca Marz Leon i artysta, któremu udało się wbić na listę z aż 2 utworami (Kristoffer Gildenlöw). Oczywiście to nie jedyne atrakcje.

20. Annabel Jones "IOU"

19. Moon Tooth "Vesuvius II"


18. Krzysztof Zalewski "Luka"

17. Black Crown Initiate "Belie the Machine"

16. Ihsahn "Until I Too Dissolve"

15. Radiohead "Identikit"


14. Puscifer "The Remedy"

13. Kristoffer Gildenlöw "Worthy"


12. Marz Leon "Koh-it-tu-s"


11. Meller Gołyźniak Duda "Shapeshifter"