sobota, 19 sierpnia 2017

Zachętka: Forest Swords


Debiutancka EPka The Bulversaint „Divorce the Music”

Jak wiadomo, każdy recenzent to niespełniony muzyk. 3 miesiące temu również zacząłem się bawić w muzykowanie, a tego efekty usłyszeć będzie można już niedługo. Tani mikrofon, ja, komputer i mój salon. Czego więcej potrzeba do szczęścia w dzisiejszych czasach? Do zasłyszenia!

wtorek, 15 sierpnia 2017

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Saule - Saule

Opakowanie debiutanckiej płyty grupy Saule z Sosnowca nie łaknie uwagi błądzących oczu postronnych słuchaczy. Na froncie nie ma nawet nazwy zespołu, jedynie niewyraźna postać otulona jakby śnieżycą światła, próbująca iść naprzód mimo przeciwności losu. Kolorystyka jest chłodna i odpychająca, co sprawia, że zainteresuje tylko tych, którzy właśnie tego szukają w muzyce. Świetny zabieg, oznajmiający, że w wypadku Saule liczy się tylko i wyłącznie muzyka. Dlatego też w środku opakowania nie ma absolutnie żadnych informacji na temat zespołu, tylko enigmatyczna lista utworów. Czytaj dalej

wtorek, 8 sierpnia 2017

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Leprous - Malina

W przypadku wielu zespołów, które zasmakowały sukcesu, grając bądź co bądź ekstremalną muzykę, można dopatrzyć się tendencji do zmiękczania brzmienia. Wystarczy wziąć pod lupę przykład Katatonii, Anathemy czy nawet Mastodona. Powody mogą być różne, bo przecież nie zawsze chodzi o tak pociągające komercyjne zyski. Czasem kapele po prostu zaczynają się wypalać, tworząc ciągle w tych samych ramach stylistycznych, i pragną zmian, które pobudzą ich artystyczne tryby do działania na wyższych obrotach. Zawsze jednak w takich sytuacjach rozbraja mnie paradoks fana muzyki progresywnej, wymagającej, ciągle się rozwijającej, który potrafi zaakceptować tylko bezpieczne odstępstwa od tego, co według niego jest normą. Niestety Leprous muszą liczyć się z tym, że albumem „Malina” najprawdopodobniej podzielą fanów, ale mam nadzieję, że tych straconych będzie mniej niż tych zyskanych. Czytaj dalej

poniedziałek, 31 lipca 2017

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Izes - Hello Wasteland

Mamy tutaj do czynienia z klasycznym przykładem okładki odstraszającej od płyty i dającej mylące wrażenie. Spoglądacie na nią i od razu narzucają wam się skojarzenia z różnymi gatunkami muzycznymi. Ale jakimi? Goth rock, power metal, symfoniczny metal, może pop? No i pudło. Niestety, kiedy płyta nie ma odpowiedniej promocji, trzeba liczyć na to, że sprzeda ją okładka. Jeśli ktoś kupił ten krążek ze względu na to, co zobaczył na froncie, to na pewno lekko się zdziwił, odtwarzając go w domu. A pani Izes Sawicka z kapelą w rzeczywistości gra dość zaskakującego alternatywnego rocka, który z niejednego muzycznego świata czerpie swoje inspiracje. Czytaj dalej

piątek, 28 lipca 2017

O muzyce słów kilka (7)

Anathema The Optimist

Dla jednych kolejne arcydzieła, dla innych wielki zawód. Ja jestem gdzieś pomiędzy, a dopiero 7. przesłuchanie pozwoliło mi uchwycić urok tego wydawnictwa. Bardzo bogata to płyta w emocje. W porównaniu do ostatnich dokonań bardzo też wyciszona. Anathema więcej eksperymentuje, otwiera się na inne środki wyrazu, co sprawia, że udaje im się nie złapać zadyszki. Stanęli na chwilę rozejrzeli się, gdzie można by się udać i poczynili pierwsze kroki w obranym kierunku. Przyszłość zapowiada się ciekawie. Nie przegap.



Parov Stelar The Burning Spider

Moja fascynacja muzyką tego Austriaka trwa już dobrych parę lat i kiedy już myślałem, że trafił on w ślepą uliczkę, usłyszałem The Burning Spider. To w pewnym sensie mój ulubiony album w pigułce (mam tu na myśli The Princess, który rozbity był na dwa krążki). Mamy tu idealną mieszankę wszystkich wpływów Parova  blues, swing, jazz i elektronika. Idealne wyważenie stylów to jednak nie wszystko, kompozycje są udane, czasem nawet bardzo („Beauty Mark”), ale nie należą do najlepszych artysty. Niemniej jednak to kolejny sukces tego utalentowanego muzyka, który z jarmarcznych melodii potrafi stworzyć wartościowe kompozycje. Nie przegap.                                                      

A Lot Like Birds DIVISI

Zazwyczaj omijam zespoły grające emocjonalną odmianę post-hardcore'a, zwłaszcza te, które w pewnym stopniu pozostawiły hardcore daleko w tyle i przeszły na czyste śpiewanie. Często brzmią one dla mnie wtórnie i zbyt słodko. A Lot Like Birds jest inne, coś w ich muzyce trafia do mnie na emocjonalnym poziomie, do tego grają bardzo melodyjnie, ale z należytym pazurem. Brzmienie jest bardzo bogate, w pięknym „Trace the Lines” usłyszymy smyczki. „For Shelley (Unheard)” to z kolei emocjonalna wyżymarka. Duża w tym zasługa głosu Cory'ego Lockwooda, który potrafi przekazać tak wiele emocji. Nie brakuje też solidnego przyłożenia, a praca gitary potrafi zachwycić. Nie przegap.

                                                 SOTEI SOTEI

Nowa producencka siła na polskiej scenie, a do tego z żywym perkusistą. Polska muzyka elektroniczna ma ostatnimi laty wiele do zaoferowania i na tym debiutanckim krążku zostaje to ponownie potwierdzone. Na perkusji jest Sobura (Nosowska, Skubas), a za wszystkie elektroniczne smaczki odpowiada Teielte. Jeśli miałbym porównać charakter muzyki duetu, najbliżej im chyba do SBTRKT. Nie jesteście jeszcze zachęceni? Wśród gości znajdują się m.in. Baasch i raper Hades. Sprawdź.


Stone Sour Hydrograd

W czasach przesytu Stone Sour wraca z długaśnym albumem, którego czas trwania nie ma żadnego uzasadnienia. Jest duża szansa, że to ich najsłabszy krążek. Nie oznacza to, że nie ma tu dobrych rockowych kawałków, jest ich sporo, ale jest też sporo zapychaczy, które nie robią zbyt dobrego wrażenia. Nie odkryłem też żadnego utworu, który robiłby na mnie szczególnie dobre wrażenie, ot solidne kawałki, a te na poprzednich płytach ciągle miałem problem z wybraniem ulubionego. Na całe szczęście grupa wciąż ma na czele jeden z najlepszych głosów we współczesnej muzyce. Na pewno znajdziecie tutaj dobry materiał, trzeba będzie tylko trochę pogrzebać. Sprawdź.


Drude Drude

Nie często trafia mi się tak ciężki i wciągający album, a taką muzykę wręcz uwielbiam. Pięć kolosów w buldożerach wpakowało mi się na chatę, przekupiło bujającymi i utytłanymi w smole riffami, a potem bezceremonialnie obaliło mnie na ziemię i podeptało po kręgosłupie. Czuję się świetnie, dziękuję. Nie przegap.




Brutus Burst

Adekwatna nazwa, bo z tej nawałnicy punkowej energii, blackgaze'owego riffowania i hardcorowych breakdownów trudno wyjść bez szwanku. Nie jest to muzyka łatwa i przystępna, ale belgijska załoga ma zaskakujący talent do przebojowych melodii, które lekko ułatwiają odbiór, co najlepiej słychać w „Drive”. To może być kolejne zjawisko muzyczne. Nie przegap.

środa, 26 lipca 2017

Premiery sierpnia

Dawno nie było tak dobrego miesiąca!

Cormorant Diaspora (11 sierpnia)

Steven Wilson To the Bone (18 sierpnia)

Grizzly Bear Painted Ruins (18 sierpnia)

UNKLE The Road Part 1 (18 sierpnia)

Leprous Malina (25 sierpnia)

Nadine Shah Holiday Destination (25 sierpnia)

Akercocke Renaissance in Extremis (25 sierpnia)

Queens of the Stone Age Villains (25 sierpnia)

Wyróżnienie dla najgorszej okładki idzie do... Stevena Wilsona. Wybacz, ale cała reszta jest świetna.

Wyróżnienie dla najlepszej okładki idzie do... Cormorant za dzieło, które może wywołać wiele różnych interpretacji.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Dźwięki świata: Morfeo (Ekwador)

Morfeo zabierają przesączony elektroniką rock w rejony, w których ma on szanse zabrzmieć świeżo i intrygująco. Sekret zdaje się kryć w odważnym użyciu syntezatorów w dynamicznych partiach i wabieniu ponurym nastrojem w zwrotkach.

sobota, 15 lipca 2017

Dźwięki świata: Silent Strike (Rumunia)

Muzyka elektroniczna nie przestaje się rozwijać i zaskakiwać słuchaczy. Rumuński producent łączy siły z wokalistką eM, a słuchacze dostają tę perełkę. Przytłaczający klimat wywołujący niepokój, pulsujący podskórnie bit i zimne efekty, czyli „It's Not Safe to Turn Off Your Computer”. Nie polecam oglądać teledysku w pracy.

piątek, 14 lipca 2017

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Firmam3nt - Firmament

W dzisiejszych czasach odróżnienie debiutantów od zaprawionych w bojach weteranów jest prawie niemożliwe, skoro młokosy potrafią wypuścić perfekcyjnie brzmiące albumy prezentujące imponującą dojrzałość kompozytorską. Po części udaje się to za sprawą łatwego dostępu do studiów nagraniowych, choć w dużej mierze jest to zasługa utalentowanych muzyków, którzy wreszcie mogą z większą łatwością dosięgnąć szerszej publiczności. Bez ludzi mówiących o twojej muzyce, trudno z nią gdziekolwiek dotrzeć. Wierzę, że to właśnie dzielenie się z muzyką z innymi jest najlepszą formą docenianie zespołów i dlatego też prezentuję wam dziś Firmam3nt – debiutantów z Madrytu. Czytaj dalej

czwartek, 29 czerwca 2017

Premiery lipca

Decapitated Anticult (7 lipca)

Haim Something to Tell You (7 lipca)

Integrity Howling, For the Nightmare Shall Consume (14 lipca)

Mr. Big Defying Gravity (21 lipca)

The Tangent The Slow Rust of Forgotten Machinery (21 lipca)

Lana Del Rey Lust for Life (21 lipca)

Foster the People Sacred Hearts Club (21 lipca)

Wyróżnienie dla najgorszej okładki idzie do... akrobatycznego słonia.

Wyróżnienie dla najlepszej okładki idzie do... The Tangent za komiksową stylistykę.

środa, 21 czerwca 2017

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Rikard Sjöblom's Gungfly

Wieść o rozpadzie Beardfish mocno mnie zasmuciła. Szwedzcy progrockowcy na przestrzeni ośmiu albumów urośli do miana mojego ulubionego progresywnego zespołu, a dla wielu innych należeli do najlepszych twórców nowej fali tegoż gatunku. Grupa, której przewodził Rikard Sjöblom, miała w zwyczaju zaskakiwanie przy każdym kolejnym krążku i rozwijanie swojego charakterystycznego stylu. W prawdzie przy okazji ostatnich płyt grali coraz ciężej i mroczniej, ale pozostawał w nich czysto rockowy duch. Jeśli coś dobrego wyszło z rozpadu tej świetnej kapeli, to było to moje większe zainteresowanie solową twórczością lidera. Okazuje się, że Rikard należy do bardzo aktywnych artystów i już w czasach Beardfish kombinował na boku. Nagrywał solowo (w zeszłym roku nagrał „The Unbendable Sleep”), w kapeli Bootcut (ostatni album w 2013 roku), przyjął obowiązki gitarzysty Big Big Train, no i oczywiście krył się pod nazwą Gungfly. Czytaj dalej

niedziela, 18 czerwca 2017

Dźwięki świata: Lika Kolorado (Chorwacja)

Do Lika Kolorado przekonał mnie przede wszystkim intrygujący teledysk, który podejmuje próbę pokazania nam relacji międzyludzkich poprzez taniec. Na szczęście muzyka idąca z nim w parze też ma wiele do zaoferowania. Niby prosty indie rock nastawiony na mocne brzmienie gitary, ale skrywający w sobie bardzo dużo ciepła i bardzo nośny refren.

Odkrycie dnia: Est-Her

Ktoś tutaj nie przebiera w słowach i dzieli się ze słuchaczami bardzo surowymi emocjami. Piorunujące udany debiut.

sobota, 17 czerwca 2017

Dźwięki świata: Monomania (Tajlandia)

Dawno nie prezentowałem nic w Dźwiękach świata, a to dlatego, że nic do mnie specjalnie nie trafiło. Monomania wreszcie wysyła odpowiednie sygnały, które rezonują z moim ośrodkiem słuchu. Monomania pokazują wysoką klasą w budowaniu wielowymiarowej i wciągającej kompozycji. Dajcie utworowi dotrwać do 2 min. 45 s., a zrozumiecie, dlaczego ich tu umieściłem.

piątek, 9 czerwca 2017

Linkin Park - One More Light

Nie mogłem sobie darować wypowiedzenia się na temat nowego albumu Linkin Park, który ostatnio wywołał tak ogromną wrzawę w internecie. Stało się tak zarówno przez muzykę zawartą na One More Light, jak i wypowiedzi Chestera, który nie przebierał w słowach, komentując niezadowolenie fanów. Jak powszechnie wiadomo, internet pełen jest narzekania i sztucznych afer, więc darujmy sobie wielkie wzburzenie fanów, bo płyta i tak sobie dobrze radzi na listach sprzedaży.

Pierwszy singiel promujący album z pewnością był dużym zaskoczeniem. „Heavy” to po prostu popowa piosenka, z bardzo prostym podkładem, który nie skrywa w sobie tak naprawdę nic ciekawego. Duet z Kiiarą jednak wpada bardzo w ucho i tym zyskał sobie moją sympatię. Nigdy przecież nie ukrywałem swoich skłonności do lżejszej muzyki. Po pierwszym utworze można było sobie pomyśleć, że w pozostałych będzie trochę więcej gitarowego grania. Niestety „Good Goodbye” i „Battle Symphony” pokazały, że nie ma na to szans i Linkin Park dalej brną w niezbyt ciekawą muzykę z względnie przebojową melodią.

Nie byłoby żadną zbrodnią nagranie płyty czysto popowej, gdyby jeszcze oferowała coś ekscytującego muzycznie. A na One More Light trudno znaleźć coś, co wybija się ponad przeciętność. Linkin Park w zamian powielają pomysły wszystkich tych, którzy kiedyś znaleźli się w top 50. Tak, słucha się tej płyty całkiem przyjemnie, do tego jest bardzo krótka, co chyba potwierdza brak na nią pomysłu. Amerykanie parę razy jednak natrafiają na coś intrygującego i brzmiącego świeżo – przynajmniej na nich. W „Talking To Myself ” wreszcie słychać wyraźnie gitary Delsona (zalatuje tutaj trochę The Temper Trap) i zespół kombinuje bardziej ze stylem, dzięki czemu dostajemy utwór, który brzmi jak Linkin Park wychodzące poza swoje bezpieczne podwórko. Do tego dochodzi ciekawie brzmiący klawisz i lekkie odniesienia do lat 80. „One More Light” autentycznie potrafi wzruszyć, zwłaszcza kiedy pomyśleć, że wydany został zaraz po śmierci Chrisa Cornella. To bardzo oszczędna ballada, pozbawiona zbędnych fajerwerków, i to chyba jej największa zaleta. Kończący album „Sharp Edges” chyba na równi lubię i nienawidzę. Ten kawałek bardzo mocno zajeżdża radosnym folkiem i, o dziwo, całkiem pasuje do głosu Chestera.

Skoro więc wróciliśmy do tematu wokalisty, to trzeba zaznaczyć, że praktycznie porzucił swoje drapieżne wokale na rzecz wręcz kruchego przyśpiewywania. Fajnie, że wreszcie dominuje nad Mike'em w partiach melodyjnych, ale jego głos nie imponuje na tej płycie zupełnie. Może za wyjątkiem „Talking To Myself ” i „One More Light”.

One More Light nie byłoby płytą złą, gdyby zespół miał na nią faktycznie pomysł. Pokazali przy A Thousand Suns, że potrafią czerpać z popu i nagrać album ekscytujący, a nawet oryginalny. Tym razem dostaliśmy w większości miałkie kompozycje, które nie pokazują, że mamy do czynienia z prawdziwym zespołem. Oczywiście są wspomniane wyjątki, ale nie są one w stanie uratować twarzy Linkin Park. Jeszcze przed premierą założyłem sobie, że będzie to pierwszy krążek grupy, który znienawidzę. Aż tak źle nie jest, ale to z pewnością najgorsze dokonanie LP.

Ocena: 2.5/5

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Hidden By Ivy - Beyond

Ludzkość ma jakby wewnętrznie zakodowaną tendencję do ciągłego wracania w to samo miejsce, czy to w sprawach największej wagi jak relacje międzynarodowe, konflikty i przymierza, czy w sprawach sztuki i tego, w jaki sposób ją wyrażamy. W przypadku sztuki może być to spowodowane naszą chorobliwą nostalgią, zawsze myślimy dobrze o czasach minionych, nawet jeśli nie do końca je pamiętamy. Przypomniały mi się przy tej okazji słowa wypowiedziane przez Toma Hanksa w filmie Forrest Gump i zrozumiałem, że jako ludzie zawsze działamy wręcz przeciwnie, bo dla nas aby ruszyć naprzód, trzeba pamiętać o przeszłości. Zawsze powtarzamy, że uczymy się na błędach, ale to wcale nie znaczy, że unikamy sytuacji, w których możemy je popełnić, my ich aktywnie poszukujemy i próbujemy na nich budować. Czytaj dalej

wtorek, 6 czerwca 2017

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Emil Amos - Filmmusik

Emil Amos to jeden z tych ludzi, którzy wręcz oddychają muzyką. Pomiędzy grą w czterech zespołach (OM, Grails, Lilacs & Champagne i Holy Sans) jakimś cudem znalazł czas, by wydać pierwszy album sygnowany własnym imieniem. Bardzo istotne jest to, że każda z grup, w których się udziela, gra zgoła inną muzykę. Słychać to oczywiście w każdej minucie „Filmmusik”. Jak może sugerować tytuł, solowy krążek Emila to ścieżka dźwiękowa do nieistniejącego filmu, choć 2 utwory faktycznie udźwiękowiły film „Suit of Light”. Pytanie tylko, czy ta muzyka rozbudza na tyle wyobraźnie, by wpasować się w wizualną opowieść jako całość? Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie historią, która zrodziła się w mojej głowie w trakcie słuchania. Czytaj dalej

sobota, 27 maja 2017

Premiery czerwca

Lebowski Lebowski Plays Lebowski (1 czerwca)

Jorn Life on Death Road (2 czerwca)

Mutoid Man War Moans (2 czerwca)

Dua Lipa Dua Lipa (2 czerwca)

Rise Against Wolves (9 czerwca)

Anathema The Optimist (9 czerwca)

London Grammar Truth Is A Beautiful Thing (9 czerwca)

Schammasch  The Maldoror Chants: Hermaphrodite (9 czerwca)

Big Boi Boomiverse (16 czerwca)

Arcadea Arcadea (16 czerwca)

Royal Blood How Did We Get So Dark? (16 czerwca)

VÉRITÉ Somewhere in Between (23 czerwca)

Masterplan Pumpkings (30 czerwca)

Stone Sour Hydrograd (30 czerwca)


Wyróżnienie dla najgorszej okładki idzie do... Masterplan za orgię tandety.

Wyróżnienie dla najlepszej okładki idzie do... Royal Blood za piękno prostoty.

czwartek, 25 maja 2017

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Wywiad z Telepathy

Półpolski zespół Telepathy chce wam opowiedzieć o swojej nowej płycie, przyjemności z grania koncertów i swoich inspiracjach, ale o swoich wstydliwych przyjemnościach milczą. Wybaczamy im i po raz kolejny odpalamy świetny krążek „Tempest”. Czytaj dalej

środa, 24 maja 2017

Krótko i na temat: Baasch, He Is Legend

Nie ma co ukrywać, że Grizzly Bear With A Million Eyes było jedną z najbardziej oczekiwanych przeze mnie tegorocznych płyt na polskim rynku. Mój apetyt na dobrą elektronikę zaostrzył Sambor, więc w pewnym sensie był to pojedynek tych dwóch młodych panów. Z przyjemnością donoszę, że o zawodzie nie ma mowy. Nowe dzieło Bartosza Schmidta to zbiór w większości bardzo udanych, bogatych aranżacyjnie podkładów i uzależniających melodii. Chciałem silić się na wymienienie piosenek, które nie robią na mnie aż tak dobrego, ale kiedy ich słucham, nie mogę się do tego zmusić, ponieważ mogłoby to wysłać wiadomość, że są one złe. Prawda jest taka, że każdy utwór na płycie oferuje coś nieco innego i ciekawego, ale najlepsze są „Kind of Coma”, pełen charyzmy „Grizzly”, świetny duet z Marią Komasą w „Dare to Take” i kończąca to dzieło bajka o zagubionym trampku „Sneaker Fairytale”  przynajmniej dla mnie.

Ocena: 4/5

Suck out the Poison należy bezapelacyjne do najważniejszych albumów w moim życiu. Zawarta na nim wybuchowa i bezkompromisowa muzyczna mikstura otworzyła moje uszy na wiele nowych dla mnie na tamten czas gatunków. Z tego względu regres zaprezentowany na Heavy Fruit powinien być dla mnie ogromnym zawodem, ale nie był. Kiedy krążek pojawił się na rynku, podobał mi się. Niestety nie postarzał się zbyt dobrze i obcowanie z nim w nadmiarze jest dość ciężkie. Na całe szczęście na Few, adekwatnie do tytułu, zespół z Wilmington pozbył się zbędnego balastu, uporządkował brzmieniowy bajzel i przygotował płytę w podobnym stylu, tyle że znacznie lepszą i bogatszą aranżacyjnie. Poświadczają temu „Gold Dust” o latynoskich naleciałościach w kolorycie gitarowego brzmienia, funkujący „Alley Cat”, łagodny „Call Inns”, ale też cięższe i przepełnione północnym swaggerem „Raid” i „Sand”, które promują te dzieło. Brzmienie Few jest niesamowicie soczyste i brudne, a zarazem przejrzyste i uporządkowane. Gitary wybrzmiewają, jakby je ktoś zatopił w błocie, a bębny wprawiają każdą komórkę w organizmie w drżenie. Mimo że He Is Legend wykonało parę kroków w tył, to nadal prą tylko tam, gdzie sami chcą, nie podążając za trendami i zachowując własną tożsamość.

Ocena: 4/5


wtorek, 23 maja 2017

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Animations - Without the Sun

Będzie to historia o tym, jak to pewien instrumentalny zespół progresywny po trudach i znojach rozwoju muzycznego przeistoczył się w brutalną muzyczną machinę, która nie bierze jeńców. Zaczęło się od instrumentalnego „Animations”, który emanował miłością do Dream Theater, podobnie było z „Reset Your Soul”. Różnicą było dołączenie wokalisty Dariusza Bartosiewicza, który pomógł wynieść zespół na nowe wyżyny. Potem zaczęły się komplikacje. Praktycznie gotowy album „Private Ghetto” musiał zostać przearanżowany z powodu zmiany na stanowisku przy mikrofonie. Dariusz poszedł w swoją drogę, a na jego miejsce wskoczył Frantz, facet o potężnym głosie charakteryzującym się death-metalową brutalnością. Jak można się spodziewać, ta zmiana popchnęła grupę z Jaworzna w zupełnie nowe, ekscytujące rejony. Czytaj dalej

Laboratorium Muzycznych Fuzji: Bjørn Riis - Forever Comes to an End

W trakcie słuchania drugiego solowego albumu gitarzysty Airbag moją głowę zalała powódź muzycznych skojarzeń i od tamtej pory ciągle próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie: jak znaleźć równowagę pomiędzy tworzeniem a odtwarzaniem, a przede wszystkim jak ocenić album, którego inspiracje są tak przejrzyste? Czytaj dalej

czwartek, 11 maja 2017

Krótko i na temat: Royal Thunder, Ulver

Dla Royal Thunder przyszedł czas na poważny test. Ich dwie poprzednie płyty zdobyły mnóstwo pochwał, w tym ode mnie, i były pasjonującą mieszanką stylów. Do tego Mlny Parsons skradła wielu serce i je rozszarpała swoim ostrym jak brzytwa głosem. WICK przynosi pewną woltę stylistyczną, a może raczej odciążenie brzmienia oznaczające ucieczkę od wszelkich metalowych elementów, jakie zespół prezentował w przeszłości. Z tego też powodu na nowym wydawnictwie więcej spokojnych, balladowych momentów ("Plans" i "Push" będące najdobitniejszymi przykładami). Płyta nie wyrywa mnie też aż tak z butów jak poprzedniczki. Nacisk został położony na bardziej przestrzenne kompozycje, więcej akustycznych dźwięków, ogólnie urozmaicenie stylu grupy. Myślę, że wyszło to zespołowi na dobre i należy WICK traktować jak album przejściowy, za pomocą którego zespół przepoczwarza się w coś nowego. Z drugiej strony wiele charakterystycznych elementów zostało nienaruszonych, a głos Mlny jak zwykle powala. Słucham już tego krążka od miesiąca i wciąż mam wrażenie, że nie odkryłem wszystkiego, co oferuje. Wiem za to, że takie utwory jak April Showers i We Slipped są godnymi następcami najbardziej porywających momentów poprzednich albumów, a tajemniczy utwór tytułowy to nowy, ekscytujący kierunek muzyczny. Dajcie tej płycie szansę.

Ocena: 4/5


Mój związek z Ulver jest trochę skomplikowany. Uważam, że zespół jest absolutnie fenomenalnym zjawiskiem, ale mają w dyskografii albumy, które do mnie zupełnie nie trafiają. Mimo to nie przestaję wiernie czekać na nowe pozycje. Tak naprawdę ostatni ich album, który podobał mi się w całości to Shadow of the Sun z 2007 roku. Musiało minąć 10 lat, żeby otrzymał dzieło, które w równym stopniu mną wstrząsnęło. Oprócz paru cech wspólnych są to jednak zupełnie inne płyty. The Assassination of Julius Caesar to kolejny hołd dla ejtisowej melancholii i elektronicznego nowatorstwa tamtych lat. "Boże, znowu!" - możecie zakrzyknąć i wcale się nie będę wam dziwić, bo mam tak chociaż raz w tygodniu. Na całe szczęście Ulver przybył nas zbawić i pokazać nam, jak ze starego robić nowe i wykręcić magiczny album. Tylko oni mogli to zrobić, bo tylko oni mają taką wyobraźnie. Wciągające, pełne uzależniającej atmosfery dzieło, które wyciska ostatnie soki z mocno już męczącej nostalgii.

Ocena: 4.2/5