piątek, 9 czerwca 2017

Linkin Park - One More Light

Nie mogłem sobie darować wypowiedzenia się na temat nowego albumu Linkin Park, który ostatnio wywołał tak ogromną wrzawę w internecie. Stało się tak zarówno przez muzykę zawartą na One More Light, jak i wypowiedzi Chestera, który nie przebierał w słowach, komentując niezadowolenie fanów. Jak powszechnie wiadomo, internet pełen jest narzekania i sztucznych afer, więc darujmy sobie wielkie wzburzenie fanów, bo płyta i tak sobie dobrze radzi na listach sprzedaży.

Pierwszy singiel promujący album z pewnością był dużym zaskoczeniem. „Heavy” to po prostu popowa piosenka, z bardzo prostym podkładem, który nie skrywa w sobie tak naprawdę nic ciekawego. Duet z Kiiarą jednak wpada bardzo w ucho i tym zyskał sobie moją sympatię. Nigdy przecież nie ukrywałem swoich skłonności do lżejszej muzyki. Po pierwszym utworze można było sobie pomyśleć, że w pozostałych będzie trochę więcej gitarowego grania. Niestety „Good Goodbye” i „Battle Symphony” pokazały, że nie ma na to szans i Linkin Park dalej brną w niezbyt ciekawą muzykę z względnie przebojową melodią.

Nie byłoby żadną zbrodnią nagranie płyty czysto popowej, gdyby jeszcze oferowała coś ekscytującego muzycznie. A na One More Light trudno znaleźć coś, co wybija się ponad przeciętność. Linkin Park w zamian powielają pomysły wszystkich tych, którzy kiedyś znaleźli się w top 50. Tak, słucha się tej płyty całkiem przyjemnie, do tego jest bardzo krótka, co chyba potwierdza brak na nią pomysłu. Amerykanie parę razy jednak natrafiają na coś intrygującego i brzmiącego świeżo – przynajmniej na nich. W „Talking To Myself ” wreszcie słychać wyraźnie gitary Delsona (zalatuje tutaj trochę The Temper Trap) i zespół kombinuje bardziej ze stylem, dzięki czemu dostajemy utwór, który brzmi jak Linkin Park wychodzące poza swoje bezpieczne podwórko. Do tego dochodzi ciekawie brzmiący klawisz i lekkie odniesienia do lat 80. „One More Light” autentycznie potrafi wzruszyć, zwłaszcza kiedy pomyśleć, że wydany został zaraz po śmierci Chrisa Cornella. To bardzo oszczędna ballada, pozbawiona zbędnych fajerwerków, i to chyba jej największa zaleta. Kończący album „Sharp Edges” chyba na równi lubię i nienawidzę. Ten kawałek bardzo mocno zajeżdża radosnym folkiem i, o dziwo, całkiem pasuje do głosu Chestera.

Skoro więc wróciliśmy do tematu wokalisty, to trzeba zaznaczyć, że praktycznie porzucił swoje drapieżne wokale na rzecz wręcz kruchego przyśpiewywania. Fajnie, że wreszcie dominuje nad Mike'em w partiach melodyjnych, ale jego głos nie imponuje na tej płycie zupełnie. Może za wyjątkiem „Talking To Myself ” i „One More Light”.

One More Light nie byłoby płytą złą, gdyby zespół miał na nią faktycznie pomysł. Pokazali przy A Thousand Suns, że potrafią czerpać z popu i nagrać album ekscytujący, a nawet oryginalny. Tym razem dostaliśmy w większości miałkie kompozycje, które nie pokazują, że mamy do czynienia z prawdziwym zespołem. Oczywiście są wspomniane wyjątki, ale nie są one w stanie uratować twarzy Linkin Park. Jeszcze przed premierą założyłem sobie, że będzie to pierwszy krążek grupy, który znienawidzę. Aż tak źle nie jest, ale to z pewnością najgorsze dokonanie LP.

Ocena: 2.5/5

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz